Reklama

Prace konkursowe "Przenieś się do świata filmu"

Wtorek, 12 czerwca 2012 (12:22)

Prezentujemy Wam pięć naszym zdaniem najlepszych odpowiedzi, które nadesłano na konkurs organizowany we współpracy z kanałem Zone Europa.

Zdjęcie

"Miasteczko Pleasantville" /fot  /materiały prasowe
"Miasteczko Pleasantville"
/fot /materiały prasowe

Przypomnijmy, jakie zadanie postawiliśmy przed Czytelnikami: Gdybyś miał(a) do dyspozycji takiego pilota, jakim posłużyli się bohaterowie "Miasteczka Pleasantville", do świata którego filmu chciał(a)byś się przenieść? Uzasadnij swój wybór.

Poniżej prezentujemy pięć odpowiedzi osób, które zwyciężyły w konkursie.

Klaudia Brzozowska:
Najbardziej chciałabym się przenieść do świata z filmu "Wszystko co kocham". Być może to jest dziwny wybór, bo nie jest to świat idealny, ani fantastyczny, ani nie znalazłabym tam spełnienia marzeń. Znalazłabym za to prawdziwe życie, za którym tęsknię i którego nigdy nie zaznałam. Chciałabym walczyć o wolność poprzez punkrockową muzykę tworzoną przez licealistów. Chciałabym się buntować, mieć przeciw czemu się buntować. Bo teraz szukamy sobie powodów na siłę, powodów, których nie ma. Wszystko musimy obmyślać w naszych głowach. Wtedy, choć wiele osób narzekało, czasy były lepsze. Każdy wiedział, po co żyje i dla kogo. Wiedział, o co walczyć i co w jego życiu jest najważniejsze. Teraz współczesny młody człowiek nie wie nic. Żyje złudzeniami, w pościgu za karierą, odkładając najważniejsze wartości daleko, naprawdę daleko na bok.

Małgorzata Kuśmierek:
Obawiam się, że nie będę oryginalna, ale nie mogę się powstrzymać przez napisaniem tytułu "O północy w Paryżu" Woody'ego Allena, bo naprawdę bardzo, bardzo, bardzo chciałabym być na miejscu Gila i o północy zostać zaproszoną do uroczej bryczki, która przeniesie mnie kilkadziesiąt lat wstecz i da możliwość poznania genialnych, inspirujących artystów. Ciekawe, jakby to było napić się z Salvadorem Dali, zostać narysowaną przez Pablo Picasso, czy porozmawiać z z Ernestem Hemingweyem...
Och, nie, zdecydowanie pragnę sławnego pilota z "Miasteczko Pleasantville". Zdecydowanie.

Anna Szyputa:
Będąc dziś już dorosłą osobą, z sentymentem powracam do czasów, kiedy byłam dzieckiem. Był to czas, kiedy nie musiałam się o nic martwić, a co ważniejsze, sprawy pozostawały w gestii moich rodziców. Był to czas beztroski i cudowny zarazem. Świat dziecka jest najcudowniejszym czasem w całym naszym życiu. Dziecko wyobraża sobie świat zupełnie inaczej niż człowiek dorosły. Dziecko patrzy na świat autentycznie. Jego zachowania są pełne radości, zabawy i wielu uśmiechów na twarzy. Dlatego z ogromnym sentymentem wspominam czas, kiedy moja starsza siostra razem z kuzynem zabierała mnie do kina na filmy o Panu Kleksie. Tych tytułów była kilka m.in. "Akademia Pana Kleksa", "Podróże Pana Kleksa", czy "Pan Kleks w kosmosie". Przedstawiony świat wydawał mi się nieprawdopodobny. Patrzyłam na to, co widziałam i nie kryłam zadowolenia, podniecenia, ogromnego zaciekawienia, co będzie dalej. Dla mnie to najlepsze filmy z dzieciństwa. Sama dziś moim dzieciom pokazuję ten film! Moje dzieci są strasznie szczęśliwe, gdy wspomniane przygody włączam im na DVD. Świat Pana Kleksa w jego cudownym ogrodzie sprawiał, że szarość czasów komunistycznych nagle gdzieś pryskała jak bańka mydlana. Kiedyś było inaczej, nie było dostępnych tylu programów dla dzieci i młodzieży co dziś. Do kina też nie chodziło się co dzień. Taki seans był dla mnie wielkim wydarzeniem, które wspominałam przez bardzo długi czas. Przygody Adasia Niezgódki były cudowne. Do tego dochodziły wspaniałe piosenki! Moje dwie córki znają te wszystkie piosenki na pamięć! Do dziś uwielbiam takie utwory jak: "Kaczka Dziwaczka", "Na Wyspach Bergamutach", "Kołysanka w Stylu Mango", "Psie Smutki", "Leń", "Witajcie w naszej bajce", "Kwoka", "Jak rozmawiać trzeba z Psem", czy "Dzik jest dziki". W żadnej innej adaptacji, nie ma tylu hitów dla dzieci. Pamiętam, że te piosenki śpiewaliśmy na apelach w szkole i bardzo to wszyscy lubiliśmy! Jak wspominam sobie ten czas, było to coś wspaniałego! Sama Akademia wydawała mi się miejscem szczególnym i cudownym! Nie mogłam się nadziwić, jak to jest możliwe, że można sobie przechodzić z bajki do bajki! Do dziś pamiętam wspaniały sen Adasia o "siedmiu szklankach"! Pojawiają się tam tak ciekawe postacie jak: szpak Mateusz (dawny książę, który został ukarany przez króla wilków), doktor Paj-Chi-Wo i ten wstrętny Filip Golarz grany przez cudownego aktora Leona Niemczyka. Uważam, że rola Piotra Fronczewskiego jako Pana Ambrożego Kleksa była doskonała! Zresztą uważam do dziś, że Pan Fronczewski zapisał się w pamięci jako aktor głownie tych filmów dla dzieci i młodzieży! Świat Pana Kleksa, dzięki Janowi Brzechwie, dawał dzieciom i mnie jakąś nadzieję na inny, kolorowy świat. Kiedyś takie filmy można było jedynie zobaczyć w kinie lub od święta w telewizji. To były rarytasy, na które czekało się nieraz cały rok! Oglądając ten film marzyłam, że i mnie spotka taka historia. Wierzyłam, że będzie mi dane przeżyć przygody z kaczką dziwaczką, dzikim dzikiem, czy pieskim światem. Świat tego filmu był światem bajki, a przecież każdy z nas był kiedyś dzieckiem i w taki świat wierzył, pragnął go i kochał! Każde dziecko powinno mieć szansę przeżyć taką przygodę, gdyż ona kształci młodego człowieka. Owszem, mogłabym podać także wiele innych przykładów filmów, ale nie zapominajmy, że świat dziecka i nas dotyczył, sami dziś mamy dzieci i - chcemy tego czy nie - ciągle do tego wracamy, tak się pewnie stanie, jak doczekamy wnuków! Wtedy znowu zapuka do naszej wyobraźni Pan Kleks, kiedy będzie nas trzymał za rękę nasz wnuk, czy wnuczka! Pewnie razem usiądziemy wygodnie na kanapie i włączymy film o Panu Kleksie! Wszystko do nas powróci jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dobrze kochać Pana Kleksa, gdyż bez świata marzeń ten świat byłby po prostu mniej ciekawy i nudny! 

Krzysztof Wojniak:
Gdybym miał do dyspozycji takiego pilota, jakim posłużyli się bohaterowie "Miasteczka Pleasantville", to chciałbym się przenieść do świata filmu pt. "Nietykalni", który jest dziełem Oliviera Nakache i Erica Toledano. Uzasadnię  swój wybór następująco: w "Nietykalnych" przyglądam się historii Drissa (Omar Sy), czarnoskórego złodziejaszka mieszkającego w blokowisku w szemranej okolicy, który przypadkiem zostaje zatrudniony w roli pielęgniarza u sparaliżowanego milionera Phillippe’a (Francois Cluzet). Ich wspólna znajomość, przeradzająca się szybko w przyjaźń, jest głównym tematem filmu. To tylko tyle i aż tyle. Jest to film o afirmacji życia. O poszukiwaniu i czerpaniu radości z każdej nadarzającej się okazji i chwili. Jeżeli miałbym "Nietykalnych" określić jednym wyrazem, byłoby to słowo "ciepły". Pomiędzy kolejnymi wybuchami śmiechu siedziałem i się uśmiechałem. Tak po prostu, sam do siebie. Oczywiście pojawiły się momenty wzruszające, na których uroniłem łezkę, ale wystarczyło, że zobaczyłem rozpromienioną buźkę Drissa, by uśmiech ponownie zagościł na mojej twarzy. Ten kolega jest niesamowity. Jego rezolutność, pogodność i teksty, jakimi sypał sprawiły, że zaraziłem się jego dobrym humorem szybciej niż Europejczycy dżumą. Dawno żaden film nie wywołał u mnie takich emocji i za sam ten fakt jestem wdzięczny. Poczucie humoru w "Nietykalnych" nie obraziło mojej inteligencji i ujęło mnie swoją naturalnością. Ta nienachalność i spontaniczność jest moim zdaniem sumą dwóch składników: genialnego Omara Sy i świetnych dialogów. Driss w wykonaniu tego komika rozkłada na łopatki swoją bezkompromisowością, a dialogi skrzą się od uszczypliwych i zabawnych komentarzy wymienianych przez duet Sy-Cluzet. Do tego wszystkiego dochodzi świetnie dobrana muzyka. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem tego filmu, gdyż bez problemu uwiódł mnie i zabrał w podróż, podczas której uśmiech na mojej twarzy zniknął tylko dlatego, że zastąpił go głośny śmiech. Oprócz tego film urzekł mnie fenomenalną i przekonującą grą obu głównych bohaterów. Zwłaszcza czarnoskórego Omara Sy, na którego talencie komediowym opiera się siła filmu i dzięki któremu film jest naprawdę zabawny, mimo, że niektóre żarty ocierają się o granicę dobrego smaku. Bezpośredniością i bezpretensjonalnością w opowiadaniu o zmaganiu się z własnymi ograniczeniami. I życie bogatego kaleki, i życie ubogich emigrantów przedstawione są bez zbędnej ckliwości. A na dodatek film szydzi z koneserów tzw. sztuki współczesnej. Nie ma tu efektów specjalnych ani kosztownych dekoracji, czy kostiumów. Nie ma tu nic, prócz życia, a ono według mnie nie ma swojej ceny.

Marta Szloser:
Gdybym miała taką możliwość, przeniosłabym się do filmu "Matrix". Tak, jestem świadoma wszystkich konsekwencji takiego wyboru, niebezpieczeństwa i ryzykownych sytuacji, na które byłabym wciąż narażona. Ale bohaterowie tego filmu mieli cel, walczyli o swoją wolność i prawdę. Walczyli z ułudą i manipulacją. Ta walka była prawdziwą walką o prawdziwy świat, w którym można normalnie żyć. Dzisiejsze walki i protesty są miałkie i w większości bezsensowne. W tym filmie wszyscy angażowali się realnie, a nie tylko wpisując swoje poparcie dla jakiejś kwestii w komentarzach internetowych lub na portalach społecznościowych. Mimo iż świat, który otaczał bohaterów, był iluzją, potrafili naprawdę podjąć walkę, ryzykując swoje prawdziwe zdrowie i życie. Dziś, w dobie Internetu i pozornej anonimowości, nikomu na niczym nie zależy, każdy liczy na to, że sprawą zajmie się ktoś inny. A ja chciałabym wziąć udział w prawdziwej walce o prawdziwy świat. I uważam, że taką możliwość dałoby mi - paradoksalnie - przeniesienie się do świata "Matriksu".



Artykuł pochodzi z kategorii: Filmy TV

Reklama