Reklama

Agnieszka Gozdyra. Warto mieć pod górkę

Piątek, 12 sierpnia 2016 (13:37)

Życiową postawę zawdzięcza babci. Konkretna i odważna, na wszystkie sukcesy zapracowała sama. Lubi swoją pracę. Kocha też zwierzęta, którym od wielu lat pomaga.

Mama głosi, że jest Pani twardą babką. To się opłaca czy częściej przeszkadza w życiu?

Nigdy nie narzekałam na swój charakter. (śmiech) Ale przyznaję, że tak, jestem raczej twarda. To się wzięło stąd, że jestem dziewczyną z warszawskiej Pragi, i to z tej części, która u niektórych budzi przerażenie, bo wychowywałam się przy Szwedzkiej. Dla mnie to powód do dumy, a od ludzi często słyszę: „A, to teraz rozumiem, dlaczego ty taka jesteś!”.

To znaczy jaka? Konkretna. Mówię wprost to, co myślę. Nie lubię się za bardzo cackać. Zawsze tak było?

Nie, jako małe dziecko wielu rzeczy się bałam. Byłam wychowywana na grzeczną dziewczynkę, ciągle pod czujnym okiem rodziców czy babci. Gdy nieco podrosłam, okazało się, że siedzi we mnie mały diabełek. Nie zawsze wracałam z podwórka na wyznaczoną godzinę, miałam na wszystko odpowiedź.

Nie byłam wprawdzie w bandzie, która napadała na warzywniaki (śmiech), ale na pewno nie dawałam sobie w kaszę dmuchać. Teraz wszyscy siedzą na Facebooku, a kiedyś Facebookiem był trzepak. Wisiało się na nim całe dnie, pożerało ze smakiem niemyte czereśnie, zapijając wodą z hydrantu i było super! Mój charakter kształtował się w boju, a każde dziecięce doświadczenie przydało mi się w dorosłym życiu. Jestem odporna na ból, nie mdleję na widok krwi, mam w sobie dobry gen przetrwania.

W takim razie praca w telewizji nie robi na Pani wrażenia.

Robi, jednak już tak nie stresuje. Ale pamiętam jeszcze swoje początki, gdy mając 20 lat, zaczynałam pracę w radiu. Czytałam pierwszy raz informacje i byłam tak przerażona, że z trudem łapałam oddech. Później zdobywałam szlify jako reporterka miejska, a dopiero potem zostałam prezenterką. I taka kolejność jest dobra. Słynie Pani z pięknej, poprawnej polszczyzny.

Jestem polonistką. Poszłam na studia polonistyczne z miłości do poezji, literatury, ale ostatecznie moją specjalizacją stało się językoznawstwo. Bo sprawdziły się niestety słowa mojej ukochanej polonistki, której wiele zawdzięczam i która nauczyła mnie wszystkiego. Ona mi powiedziała: „Nie idź na polonistykę. Rozczarujesz się, bo to są nudne studia”. Niestety, miała rację.

Zamiast układać hasła w słownikach, znalazła się Pani w mediach.

Miałyśmy z koleżanką tzw. okienko w zajęciach na studiach i poszłyśmy do sąsiadującego wtedy z uniwersytetem radia Kolor. Wdrapałyśmy się po schodach, a tam stali panowie Mann i Materna. Powiedziałyśmy: „Dzień dobry, chciałybyśmy tu pracować”. A Krzysztof Materna w śmiech i mówi: „Możecie zostać, ale na razie za darmo. Szybko się okaże, czy coś z was będzie”.

Zostałam tam na 11 lat, przechodząc całą ścieżkę, od sierotki Marysi, która w swoich pierwszych materiałach pytała ludzi o cenę pisanek, do szefa działu informacji. Potem były jeszcze studia Public Relations na SGH, gdzie pisałam pracę o wizerunku kobiety w polityce…

O, to pewnie dużo może Pani powiedzieć o szansach Hillary Clinton na zostanie prezydentem.

Ona jest rasowym politykiem, ale nie przekonuje mnie do końca. W kosztujących majątek strojach mówi o nierówności społecznej albo głosi hasła feministyczne, a wszyscy wiedzą, jaki jest jej układ małżeński. Tak czy inaczej, Amerykanie nie mają łatwego wyboru. Gdy prowadziła Pani program „Tak czy nie”, bardzo dobitnie akcentowała Pani swoje zdanie. Kiedy człowiek jest bardzo młody, to widzi świat w czarno-białych barwach i wszystko wydaje mu się oczywiste.

Chętnie by stawiał pomniki albo skazywał na karę śmierci. A im dłużej żyje, im więcej „strzałów” dostaje od życia, tym bardziej nabiera wątpliwości. Niedobrze ich w ogóle nie mieć. Jednak w „Tak czy nie” goście nie trzymali się tylko swoich tez, dyskutowali i zmieniali zdanie pod wpływem argumentów. Mam nadzieję niebawem ponownie spotkać się z widzami w formule publicystycznej. Wiem, że nie będzie nudno.

Ciągle się Pani rozwija. Dla dzieciaka z Pragi nauka była przepustką do lepszego życia?

Na pewno widziałam, że ludziom układa się tam bardzo różnie. Ale jako dziecko nie kalkulowałam, co muszę zrobić, by osiągnąć cel. Teraz jestem pewna, że jeśli ktoś napotkał w życiu nieco trudności, to go to hartuje. Mnie wychowywali rodzice, ale przede wszystkim babcia, której zawdzięczam niemal wszystko. To dzięki niej jestem taka, jaka jestem. Warto mieć w życiu trochę pod górkę. Bo jeśli wszystko na starcie jest nam dane, to potem, wcześniej czy później, życie nas kopnie. I bez porażek trudniej będzie to znieść.

Co dla pani jest ważne poza pracą?

Ogromnie kocham zwierzęta. Wyssałam to z mlekiem matki, która od dziecka znosiła do domu przeróżne zwierzaki. Dużo piszę na Facebooku i Twitterze o psach czy kotach, które potrzebują pomocy. Teraz mieszkają z nami koty, main coon i dwa dachowce. Kocham zwierzęta do tego stopnia, że nie zabiję robaka. Pieczołowicie odnoszę do ogrodu pająki, myszy i jaszczurki, które, na szczęście żywe, przynosi mi kocica Wandzia. Umiem pogłaskać jaszczurkę, ale gdy pierwszy raz dostałam to zwierzątko w „prezencie”, to prawie padłam na zawał!

Rozmawiała Katarzyna Ziemnicka

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama