Reklama

Agnieszka Sienkiewicz nie liczy kalorii

Poniedziałek, 6 kwietnia 2015 (09:30)

Jest zaskoczona sympatią, jaką wzbudza jej postać. Agnieszka Sienkiewicz opowiada, dlaczego Dorota tak bardzo chce dołączyć do przyjaciółek oraz dlaczego ciągle obawia się świątecznej kąpieli w... jeziorze!

Rola Doroty z serialu „Przyjaciółki” nie przysparza pewnie Pani sympatii widzów?

– Wręcz przeciwnie – ludzie ją uwielbiają, co mnie samą dziwi, bo to małpa jakich mało! Ale widać ma swój urok, przez co i ja lubię ją grać, trochę na wesoło, z przymrużeniem oka. Bawi mnie jej egoizm, próżność, czasem głupota.

Zauważyłam jednak, że to postać, która ewoluuje, powoli zrzuca maskę przebojowości, odzywa się w niej instynkt macierzyński, tęsknota za bliższym kontaktem z otoczeniem…

Dlatego tak krąży wokół przyjaciółek?

– Chyba tak, ubzdurała sobie, że chce należeć do tej czwórki, być piątą z nich, ale zdaje się, że nic z tego nie będzie. Owszem, czasem je śmieszy, czasem pozwalają jej pobyć ze sobą, nawet Inga (Małgorzata Socha) nabrała do niej dystansu, nie zważając na to, że Dorota przecież wdała się w romans z jej mężem!

Ale przeszkoda tkwi w czymś innym – istotą przyjaźni jest całkowita szczerość i oddanie, a moja bohaterka, jakkolwiek by się nie zmieniła, zawsze będzie miała przede wszystkim chęć zaspokajania własnych potrzeb. To się wyklucza z przyjaźnią.

Czy Twoja siostra i brat są również aktorami?

– Nie, każde z nas realizuje się na innym polu. Brat jest zawodowym żołnierzem, skończył szkołę podoficerską i zamierza się kształcić dalej, przez pół roku był na misji w Afganistanie. Siostra zaś studiowała prawo, ale działa w branży farmaceutycznej, z sukcesem.

To zasługa naszych rodziców, że wszyscy „wyszliśmy na ludzi”, bardzo dbali o nasze wykształcenie, nie popuszczali. Za sprawą siostry rodzina powiększyła się dwa lata temu, kiedy to na świat przyszła Lenka – cudowne, elokwentne dziecko, moja chrześnica i oczko w głowie – uwielbiam się z nią wygłupiać, taka ze mnie ciotka-wariatka (śmiech)!

Często się spotykacie w pełnym składzie?

– Niestety nie tak często, jak by się chciało, każde z nas mieszka w innym mieście. Na szczęście Wielkanoc, to czas, w którym obowiązkowo stawiamy się wszyscy w naszym rodzinnym domu, położonym w samym sercu Mazur, w Gielądzie Starym koło Mrągowa. To przepiękna, malownicza miejscowość! Uwielbiam ten czas, kiedy jesteśmy wszyscy razem.

Pomaga Pani w świątecznych przygotowaniach?

– Zawsze z siostrą deklarujemy chęć pomocy, ale mama nie daje nam szans, przyjeżdżamy na gotowe (śmiech)! Nasza mama jest genialną kucharką, lubi eksperymentować, choć pewne dania pozostają niezmienne, jak tradycyjny żur z białą kiełbasą na śmietanie w wielkanocny poranek, pieczony indyk, kaczka.

Są też wędliny własnego wyrobu – szynki, baleron, schab ze śliwką, golonka – ogólnie tłusto, obficie i bardzo swojsko. To jest czas relaksu i nie ma mowy o liczeniu kalorii (śmiech).

Jest to też moment, żeby spotkać się z dalszą rodziną, odwiedzamy babcie, wujostwo… Tych kilka dni zawsze szybko mija, niestety…

Ostatni z nich to lany poniedziałek – a wokół dużo wody…

– Właśnie, kiedyś mnie nawet wrzucili do jeziora! Na szczęście nie zrobiła się z tego tradycja (śmiech)!

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama