Reklama

Bartek Jędrzejczak: Czasem moknę, ale nie narzekam

Poniedziałek, 2 czerwca 2014 (12:32)

– Przede wszystkim unikam rutyny. Jeśli się pojawi, to dla mnie synonim końca, znak, że czas zmienić pracę – mówi Bartek Jędrzejak i zdradza, czym zaskoczy nas pogoda podczas majówki.

Co dla Pana jest ważniejsze: unikanie rutyny czy sprawdzalność pogody?

– Zdecydowanie to drugie, bo sprawdzalność buduje zaufanie widzów. Pogoda potrafi być jednak zupełnie nieprzewidywalna i mimo dostępu do najnowocześniejszej techniki, do zdjęć i modeli satelitarnych oraz ogromnego doświadczenia synoptyków, z którymi na co dzień pracuję, zdarza się, że nie trafiamy z prognozą. Są momenty, kiedy aż zaciskam ze złości zęby. Szczególnie wtedy, gdy są wakacje, długie weekendy i święta.

Skąd ta irytacja?

– Podam przykład z ubiegłego roku. Długi czerwcowy weekend miał być piękny i słoneczny. Cieszyłem się jak dziecko, bo pierwszy raz od kilku lat miałem wolne. Słońce schowało się jednak za chmurami, a temperatura spadła. Wystarczyło kilka godzin, by zmieniły się napływy powietrza, silniejsze chłodne wyparło ciepłe i... już!

Co szykuje nam aura na nadchodzący długi weekend?

– Aż boję się mówić o prognozie na maj… Tegoroczny ma być chłodniejszy od normy i bardziej wilgotny. W majowy weekend przez pierwsze dwa dni pogodę ma kształtować rozległy i bardzo silny niż, a to oznacza głównie chmury i deszcz. Na termometrach bez fajerwerków. Ostatnie dwa dni majówki znajdą się pod wpływem azorskiego wyżu, a to oznacza poprawę pogody, słońce i wzrost temperatury. Cytując klasyka – „Sorry, taki mamy klimat” (śmiech).

A pozytywne strony Pana zawodu?

– Bardzo lubię, jak coś się dzieje i jestem prawdziwym szczęściarzem, bo kocham to, co robię i jeszcze dostaję za to pieniądze. Przemierzam tysiące kilometrów, spotykam setki ludzi, odwiedzam dziesiątki miejsc.

Jestem cały czas w ruchu, a ruch to przecież zdrowie (śmiech). Pracy poświęcam dużo czasu i serca, choć staram się rozdzielać zawodowe obowiązki z prywatnością. Podział nie jest równy, ale moi bliscy są bardzo wyrozumiali. I jeśli mógłbym, to chętnie bym „rozciągnął” dobę.

Ciągłe przemieszczanie się z miejsca na miejsce naprawdę nie jest dla Pana męczące?

– Absolutnie nie! W „Dzień dobry TVN” wprowadziliśmy nową jakość w przedstawianiu pogody, bo prezenter nie stoi już tylko w studiu na tle map. Staram się być blisko ludzi, dlatego moknę na deszczu, marznę na mrozie, wiatr przewraca mi mapę pogodową, a śnieg zasypuje obiektyw kamery. Rozmawiam z interesującymi osobami, pokazuję ciekawe miejsca. Muszę szybko reagować na to, co dzieje się na planie podczas pracy na żywo. I tu potrzebne jest zacięcie reporterskie.

Dlaczego?

– W swojej pracy wykorzystuję ciekawość świata, warsztat i umiejętności, które posiadają reporterzy. Wiele lat pracowałem w informacji i to doświadczenie bardzo mi dzisiaj pomaga. Od niedawna wykładam na jednej z warszawskich uczelni, przygotowując studentów do pracy przed kamerą. I czasem słyszę, że to, co robię jest bardzo łatwe, dwie minuty prognozy na antenie i po sprawie. Wówczas daję im moje ulubione warsztatowe zadanie. Mówię, aby wzięli do ręki długopis, gazetę, zapalniczkę, cokolwiek mają pod ręką. Zapraszam na środek sali i proszę, żeby przed dwie minuty ciekawie opowiedzieli o rzeczy, którą trzymają w dłoni. Szybko przekonują się, że nie jest to wcale takie proste.

Doba jest dla Pana za krótka. Znajduje Pan w ciągu dnia chwile tylko dla siebie?

– Bardzo rzadko, a jeśli już mam wolny czas, spędzam go z przyjaciółmi, czytam zaległe artykuły w piętrzącej się stercie gazet, idę do kina lub teatru. Uwielbiam też swoją sypialnię i nicnierobienie (śmiech).

A jeśli chodzi o prywatne wyjazdy i podróże, to najlepiej dalekie, długie i oczywiście ze sprawdzoną wcześniej prognozą pogody.

Rozmawiał Artur Krasicki

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama