Reklama

Być jak cwaniak z półświatka

Piątek, 23 marca 2012 (10:17)

Jacek Koman to aktor, który coraz częściej grywa w polskich serialach ("Ratownicy", "Hotel 52", "Lekarze"). Ale jakiś czas temu odnalazł w sobie niezłego łobuza i to oblicze prezentuje fanom podczas koncertów zespołu VulgarGrad.

Zdjęcie

VulgarGrad /    /materiały prasowe
VulgarGrad
/ /materiały prasowe

Ponad 30 lat temu, jako świeżo upieczony absolwent łódzkiej filmówki, podjął decyzję o emigracji i wylądował w dalekiej Australii. Z czasem udało mu się wypracować tam mocną pozycję w zawodzie, zagrał wiele znakomitych ról teatralnych, występował w serialach i międzynarodowych produkcjach filmowych. Najgłośniejsza z nich to musical "Moulin Rouge!", w reżyserii Baza Luhrmanna, gdzie wcielił się w postać Argentyńczyka. Wykonywane przez niego słynne "El Tango De Roxanne" ze ścieżki dźwiękowej tego filmu weszło już do klasyki światowego kina.
Wkrótce potem utworzył własny zespół muzyczny o nazwie VulgarGrad, w którym śpiewa na pozycji lidera. Koncerty zespołu z powodzeniem łączy z aktorstwem, dzięki czemu realizuje jednocześnie obydwie te swoje pasje.
Od kilku miesięcy VulgarGrad odbywa tournee po Europie, a już 27 marca wystąpi, po raz pierwszy w Polsce, na 33. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

VulgarGrad - Limonchiki


Skąd pomysł, by aktor, skądinąd znany, uznany i nienarzekający bynajmniej na brak propozycji, zakładał własny zespół. Czyżby rozsmakował się Pan w muzyce po "Moulin Rouge!"?

- Rzeczywiście, myśl o śpiewaniu pojawiła się właśnie wtedy. Uświadomiłem sobie, że brakuje mi takiej formy ekspresji, mimo że kontakt z muzyką mam na co dzień, w teatrze, gdzie wiele ról opiera się na wokalu lub przynajmniej posiłkuje się nim. Ale teatr, czy nawet plan filmowy to jedno, a bezpośredni kontakt z publicznością, kiedy artysta nie chowa się za żadną rolą, tylko staje przy mikrofonie i śpiewa, to drugie. I tego mi było trzeba.

Zorganizował Pan grupę?
- Ona się jakoś sama zorganizowała. Zaczęło się od... bałałajki. Kontrabasowej bałałajki, bo tak się ten - monstrualny zresztą - instrument nazywa. Posiadał go pewien znajomy moich znajomych, zafascynowany muzyką rosyjską. I wokół tego instrumentu zaczęliśmy montować naszą tożsamość artystyczną, w oparciu o bogatą tradycję folkloru ulicznego.

Rodem ze Wschodu?
- Dla nas - z Zachodu, bo zespól powstał w Melbourne (śmiech)! Jesteśmy bodaj jedyną taką grupą w Australii, która gra "błatnyje piesni" - rosyjski underground w klimacie tamtejszych więzień, spelunek, szemranych lokalików pełnych cwaniaków z półświatka, ubijających gdzieś na boku swoje szemrane interesy. Żałosnych i butnych jednocześnie w brawurowym poczuciu bezkarności, mimo że wciąż na bakier z prawem. Pełnych proletariackiej nonszalancji i nonkonformizmu w każdym calu. Na początku włożyłem sporo wysiłku, by wiarygodnie przeistoczyć się w takiego Żenię-nożownika, co to rządzi na scenie, musiałem przy tym doszukać się w sobie niezłego łobuza i... przyznaję, że nie sprawiło mi to większego kłopotu (uśmiech)!

Zdjęcie

/ /materiały prasowe

Waszej zespołowej stylizacji dopełnia strój, kompatybilny z muzyką, jaką gracie.
- Tak, występujemy w pasiastych koszulkach, tzw. "tielniaszkach", będących nieodzownym elementem marynarsko-knajacko-więziennej kombinacji. Te koszulki to prawie mundur, noszony powszechnie przez eksponentów tego gatunku od, z górą, stu lat. Oglądaliśmy wiele materiałów, które pokazują, że nawet Wysocki, najsłynniejszy bodaj piewca ulicznego songu, rzadko rozstawał się z "tielniaszką".

Czy szlifował Pan jakoś specjalnie rosyjski do tych występów?
- Nie musiałem. Szczęśliwie uczyli nas w Polsce porządnie tego języka, co w kontekście politycznym nie brzmi za dobrze, ale, jak widać, w życiu się przydaje. Oczywiście Rosjanie wychwycą u mnie obcy akcent, ale i tak są zachwyceni, słysząc swą mowę.

A skąd się wzięła nazwa zespołu?
- To połączenie dwóch słów: angielskiego "vulgar" - ordynarny i rosyjskiego "grad" - miasto. Taki fonetyczny skrót myślowy. Rozważaliśmy też poszerzenie naszego repertuaru o motywy subkultur z różnych stron świata. W końcu wszędzie istnieją trendy będące ekspresją ludu prostego, ubogiego, ciemiężonego, jak weźmy na przykład argentyńskie tango, które ma właśnie takie plebejskie praźródło. Zdecydowaliśmy się jednak, póki co, pozostać w obszarze tradycji rosyjskiej, zwłaszcza że jest ona na tyle obszerna i atrakcyjna, że starczy na długo. Dodatkowy jej atut, przynajmniej dla mnie, stanowi fakt, że jako jedyna spośród form tzw. "sztuki ludowej" oparła się zakusom autorytarnym - najpierw caratowi, a potem, wszechwładnej niemal komunie. "Błatnaja piesn" nie zatraciła nigdy ducha wolności, co daje mi dodatkową satysfakcję z jej wykonywania.

Zdjęcie

Jacek Koman w serialu "Hotel 52"
/ /Polsat

Śpiewa Pan również po polsku?
- Oczywiście. W zespole jest, poza mną, jeszcze jeden Polak, Adam Pierzchalski, który gra na trąbce i razem śpiewamy "Bal na Gnojnej" Stanisława Grzesiuka. W przygotowaniu jest jeszcze kilka rodzimych piosenek.

Niebawem VulgarGrad wystąpi na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Czy będą niespodzianki?
- Jak najbardziej. Jest to nasz pierwszy występ w Polsce, dlatego postaraliśmy się o coś wyjątkowego, szczególnego, czego dotąd jeszcze nigdzie nie prezentowaliśmy. Poza tym zagramy standardowy koncert i jestem bardzo ciekawy przyjęcia ze strony polskiej publiczności. To miłe wystąpić przed swoimi.

A jakiej muzyki słucha Pan prywatnie, kiedy Pan już zejdzie ze sceny?
- Mam eklektyczny gust i słucham całej masy przeróżnych rzeczy, ale zdecydowanie najbardziej przemawia do mnie "world music", czyli muzyka świata, inspirowana wpływami etnicznymi. Ostatnio zafascynowany jestem malijską grupą Tinariwen, która brzmi wyjątkowo egzotycznie, niebanalnie. Od zawsze pociągały mnie dalekie podróże i nowe, nieznane dźwięki z różnych stron świata. Oraz eksperyment - który cenię sobie i w muzyce, i w życiu.

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Więcej o Jacku Komanie dowiecie się z wywiadu, który ukaże się w 14. numerze "Tele Tygodnia"



Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Reklama