Reklama

Cezary Łukaszewicz: Schowałem się w teatrze

Środa, 7 listopada 2012 (06:00)

Tuż po szkole zagrał kilka niewielkich ról w ważnych filmach. A potem ukrył się w teatrze, bez którego dziś nie wyobraża sobie życia. Ostatnio coraz częściej pojawia się w serialach. Uważa się za prawdziwego szczęściarza. I pomyśleć, że szkoła aktorska wcale nie była jego marzeniem z dzieciństwa. Panie i Panowie, oto Cezary Łukaszewicz.

Zdjęcie

Cezary Łukaszewicz /Anna Powałowska /Tele Tydzień
Cezary Łukaszewicz
/Anna Powałowska /Tele Tydzień

Zdjęcie

Dzięki roli w "Czasie honoru" spełnieniło się trochę marzenie Cezarego, by zagrać w filmie wojennym
/ /TVP

5. sezon miał być ostatnim, ale podobno TVP nosi się z zamiarem dokręcenia 6. serii "Czasu honoru". Chciałbyś, żeby scenarzyści wymyślili dalsze losy Bolka, żeby pociągnęli jego wątek?
- Bardzo bym chciał. To w ogóle świetne spotkanie. Marzyłem kiedyś bardzo mocno o tym, żeby zagrać w "Czasie honoru". Mówię poważnie. I tak się złożyło, że jak już zapomniałem o tym serialu, to akurat zaproponowano mi rolę. Nawet nie musiałem się o nią starać w castingu. Na planie spotkałem się ze świetną ekipą, a przede wszystkim reżyserem, doskonale też grało mi się z Antkiem Pawlickim. Poza tym spełniło się trochę moje marzenie, żeby zagrać w filmie wojennym.

Dlaczego akurat wojennym? Pociąga Cię ta tematyka?
- Relatywnie niedawno dowiedziałem się, że mój śp. dziadek ze strony ojca odznaczony był dwoma Virtuti Militari - za Monte Casino i za kampanię wrześniową. Jestem z tego dumny. O dziadku, którego niestety nie miałem okazji poznać, właściwie niewiele wiem, ale może zostało coś w genach.

A w ogóle lubisz grać w kostiumie, w strojach z epoki?
- Lubię, bo to bardzo ułatwia grę. Odpowiedni but potrafi zmienić styl chodzenia. Strój dużo daje. W "Czasie honoru" inaczej zaczeszesz włosy czy dostaniesz kostium, i to samo już napędza zrobienie postaci.

Idąc do szkoły aktorskiej nastawiałeś się na granie w teatrze, czy raczej liczyłeś na filmy?
- Idąc do szkoły aktorskiej, nie wiedziałem w ogóle, z czym to się wiąże. Nie miałem pomysłu co ze sobą zrobić po liceum, bałem się, żeby nie pójść do wojska i stwierdziłem ku zaskoczeniu rodziców, że będę zdawał do szkoły aktorskiej, chociaż się praktycznie w ogóle do tego nie przygotowywałem. Niemniej z wiarą w siebie jakimś fuksem udało mi się dostać za pierwszym razem.

Zdjęcie

- Na pewno nie jestem pazerny - przyznaje Cezary Łukaszewicz. - Po prostu chciałbym pracować
/Anna Powałowska /Tele Tydzień

A dlaczego wybrałeś warszawską szkołę, a nie np. we Wrocławiu?
- Z którego pochodzę... Składałem też papiery do Wrocławia, ale o szkole warszawskiej słyszałem pochlebne opinie, więc jak przeszedłem pierwszy etap, to zdecydowałem się już na Warszawę. Poza tym chciałem się usamodzielnić, mieszkać sam w innym mieście, z dala od domu. Rodzice niesamowicie mi pomogli, bo samemu nie można się utrzymać, jak się spędza w szkole cały dzień od 8 rano do 10 wieczorem. Z perspektywy czasu widzę, że właściwie byłem za młody na szkołę aktorską. W tym sensie, że zbyt mało korzystałem z obcowania z takimi wspaniałymi profesorami, jakich mieliśmy.

Rodzice nie byli przeciwni Twojemu wyborowi?
- Nie. Byli zdziwieni. Ale rodzice zawsze mi pomagali w moich wyborach. Dla nich to też było trudne pomagać mi utrzymywać się w Warszawie przez 4 lata i wspierać mnie finansowo, bo nie pochodzę z majętnej rodziny. I za to zawsze będę im wdzięczny.

Jak to było po szkole? Chodziłeś po teatrach, podtykałeś swoje papiery, prosiłeś "przyjmijcie mnie"?
- Tak, chodziłem chyba po 20 teatrach od razu po szkole - niestety, bez odzewu. Miałem jakiś kontakt z kinem, trochę z serialem i Teatrem Telewizji. Przez chwilę pracowałem w Teatrze na Woli, zagrałem w kilku przedstawieniach dla dzieci. A w teatrze w Poznaniu wylądowałem właściwie przez przypadek. Nagle dostałem telefon - ktoś dzwoni i pyta, czy nie przyjąłbym takiej a takiej roli. Czyli można powiedzieć przypadek albo los.

Ale miewałeś takie okresy zupełnego przestoju, żadnej propozycji znikąd?
- Miewałem.

Frustrowało Cię to? Co sobie wtedy aktor myśli?
- Ja się raczej nie frustruję za bardzo. Ale na pewno uczy to pokory. Na szczęście po szkole właściwie zawsze - lepiej czy gorzej - udawało mi się utrzymywać z aktorstwa.

To był Twój świadomy wybór, żeby nie pchać się od razu do telewizji?
- Po szkole robiłem bardzo fajne rzeczy. Wprawdzie to nie były jakieś duże, zauważalne role filmowe, ale pracowałem i z Kolskim i z Wosiewiczem, i z Feliksem Falkiem. Cały czas gdzieś w tym zawodzie uczestniczyłem. A później schowałem się w teatrze.

Właściwie nie zagrałeś w niczym, czego musiałbyś się wstydzić...
- Oby tak do końca! Później stwierdziłem, że to jednak taka praca, która dawała mi jakieś pieniądze na utrzymanie, ale czułem, że się nie rozwijam. I wtedy spotkało mnie to szczęście, że ktoś zaprosił mnie do Poznania do teatru na rolę i już tam zostałem. Od 6 lat gram w Poznaniu. Teraz sobie nie wyobrażam życia bez teatru. Niby się mówi, że aktor teatralny jest zmanierowany, że traci naturalność - ja w to kompletnie nie wierzę. Dobry aktor teatralny zawsze sobie radzi w kinie. Osobiście uważam, że jestem lepszym aktorem po tych sześciu latach w teatrze i po rolach, które tam zagrałem. Organizm jest teraz aktorsko rozwibrowany i korzystam z tego przed kamerą.

Zdjęcie

Największą do tej pory rolę filmową Cezary Łukaszewicz zagrał u Ryszarda Brylskiego w "Cudownym lecie"
/ /AKPA

Więcej aktor uczy się w szkole czy później w praktyce - w teatrze i na planach filmów, seriali?
- Szkoła to jest dopiero początek. Potem zależy gdzie lądujesz. W Polsce można się jeszcze wiele nauczyć w teatrze, jeśli trafi się na odpowiednich ludzi. Dla mnie szokująco pozytywnym doświadczeniem był tydzień pracy z panem Peszkiem w Teatrze Telewizji. Nauczyłem się od niego, jak się bawić tym, co się robi.

O jakiej jeszcze roli marzysz?
- To jest trudne pytanie. Na pewno nie jestem pazerny, ale mam nadzieję, że tak mi się w życiu poukłada, że będę mógł grać różnorodne role, a czym bardziej skomplikowane, tym lepiej. Teraz moim marzeniem jest, szczególnie w teatrze, ale może w kinie też by się udało, żeby przy mojej raczej pozytywnej aparycji zagrać kogoś złego, np. Jagona w "Otellu". Ale nie mam sprecyzowanych marzeń aktorskich. Chciałbym po prostu pracować. Wiadomo, że ten zawód to jest taka trochę huśtawka, że czasami tej pracy jest tak bardzo dużo, że nie ma gdzie wszystkiego pomieścić, a później jest tak, że nie ma nic. Ale ja naprawdę nie mogę narzekać i jestem bardzo zadowolony z tego, co udało mi się osiągnąć. Przez ostatnie cztery miesiące pracowałem z naprawdę świetnymi aktorami - i w "Czasie honoru", i w "Paradoksie" - z niesamowitymi reżyserami i ze znakomitymi operatorami. Dużo ostatnio zyskałem.

Zauważyłam, że nawet w "Lekarzach" się pojawiłeś - to jakaś epizodyczna rola?
- A ja jeszcze tego nie widziałem. Chyba tak, bo byłem tam tylko dwa czy trzy dni, więc raczej epizod, ale z możliwością kontynuacji.

A którą z serialowych postaci najbardziej lubisz, w który serial najchętniej wszedłeś?
- Przyznam, że one są tak różne, że nie potrafiłbym powiedzieć, co jest dla mnie fajniejsze. Zawsze lubiłem oglądać "Czas honoru" - jak mogłem, to oglądałem. "Paradoksu" - wiadomo - nie mogłem, ale jak się dowiedziałem, o czym to jest, a szczególnie kto w tym gra i kto to reżyseruje, to uznałem się za szczęściarza.

Sprawdź emisje seriali: PARADOKS oraz CZAS HONORU

Ale pracowałeś wcześniej z kimś z ekipy "Paradoksu"?
- Ekipę produkcyjną Opus TV tworzą po części ludzie, których poznałem kilka lat temu przy okazji pracy w filmie "Cudowne lato" Ryszarda Brylskiego, gdzie zagrałem jedną w głównych ról.

Rolę w "Paradoksie" też ktoś od razu Ci zaproponował?
- Nie, to rola z castingu. Chodziłem, próbowałem, walczyłem o nią dzielnie, mam nadzieję.

Zdjęcie

O rolę Jacka z "Paradoksu" aktor walczył dzielnie na castingu
/ /AKPA

Lubisz oglądać siebie na ekranie?
- Czasami oglądam, ale raczej się do tego zmuszam.

Oglądasz w ogóle jakieś seriale?
- Tak, oglądam. Uwielbiam amerykański serial "Breaking Bad", bardzo mnie zainteresowała "Gra o Tron", "Mad Men", "Sons of Anarchy", "Californication". Albo "The Extras" - genialna komedia Ricky’ego Garvais - to jest tak branżowe, świetne. Zastanawiałem się kiedyś, jak by to zrobić w Polsce, taki remake z naszymi gwiazdami.

Tylko czy u nas znaleźliby się aktorzy, którzy chcieliby w czymś takim zagrać, robić z siebie kompletnych idiotów?
- Trzeba mieć dużo autoironii chyba. Myślę, że znalazłoby się kilka osób, które mają spory dystans do siebie.

Ty byś się zgodził?
- Bardzo chętnie. Chciałbym pokazać te swoje słabości, powygłupiać się. Super! A wracając do tego, co sam oglądam - z polskich seriali trochę "Czas honoru" oglądałem, ale też dawniej te kryminalne, np. świetnego "Oficera", czy z jeszcze starszych - "Ekstradycję" z Kondratem. A jak przyjeżdżam do domu, to nawet czasem z mamą oglądam telenowele i podglądam, co robią koledzy. "Alternatywy 4" i "Zmiennicy" - to były genialne seriale. "Kolumbowie" też. Nawet "W labiryncie" oglądałem. Podobnie jak pierwsze odcinki "Klanu" (śmiech). Ale bardziej jestem kinomanem niż "serialomanem". Od zawsze jeździłem na Erę Nowe Horyzonty - jak jeszcze w Cieszynie były i później, gdy festiwal przeniósł się do Wrocławia. I to kino chłonąłem. Najbardziej do mnie przemawia amerykańskie kino lat 70., np. "Pięć łatwych utworów" z Jackiem Nicholsonem, czy wszystkie sensacyjne filmy z De Niro i Alem Pacino. Ale uwielbiam też "Brooklyn Boogie", "Dym".

A jakie masz hobby niezwiązane z aktorstwem? Gdybyś nie został aktorem, to co mógłbyś robić w życiu? Albo czemu poświęcasz swój wolny czas?
- Mam bardzo silne zacięcie sportowe. Osiem lat trenowałem koszykówkę, odnosiliśmy jakieś sukcesy w kadetach, ale to się pokończyło. Zwłaszcza z moim wzrostem, bo przy 1,78 m to trzeba być wybitnym koszykarzem, żeby się przebić gdzieś dalej.

Załapałeś się jeszcze na taką erę w telewizji, kiedy właściwie NBA królowało...
- Tak, tak. Michael Jordan i spółka. Chociaż nigdy jemu nie kibicowałem. Nawet wolałem, żeby Utah Jazz wygrało z Chicago Bulls, bo uwielbiałem tam takiego genialnego rozgrywającego - Stocktona. Grałem też w tenisa, teraz grywam w squash, pływam na żaglach, wspinam się. Ta rywalizacja sportowa jest we mnie przez ojca mocno zakorzeniona. Najlepiej byłoby wyjechać na rok, wrócić, popracować i za chwilę dalej zwiedzać świat, kosztować życia.

Właściwie aktorzy mają taką możliwość, żeby się wyeksploatować, zarobić na zapas i wyruszyć gdzieś na rok.
- Oby jak najczęściej zdarzały się takie sytuacje! Chociaż my naprawdę w Polsce nie zbijamy kokosów na aktorstwie. Moim docelowym marzeniem jest robić kino, ale te dwa seriale, które mi się trafiły, to jest naprawdę szczęście. "Paradoks" to taka próba filmowego zrobienia serialu - jestem dumny z tego, że w nim gram. Podobnie jak w "Czasie honoru". To jest coś, co mi się prywatnie podoba jak na polskie warunki.

Wracając do Twoich zainteresowań...
- Lubię też czytać książki i palić szlugi (śmiech).

To co ostatnio czytałeś?
- Ostatnio jestem pod wielkim wrażeniem Philipa Rotha - jest genialnym pisarzem. Albo Henry’ego Millera.

A jak czytasz książkę, to widzisz się czasami w roli któregoś z bohaterów, myślisz sobie: o, chciałbym to zagrać?
- Jest taka kapitalna książka: "Siedem dalekich rejsów" Leopolda Tyrmanda. Głupio to brzmi, ale wyobrażam sobie, że ta postać była pisana pode mnie. Genialny klimat - lata powojenne, szwindle, wszystkie postacie świetnie zbudowane. Później dowiedziałem się, że już był zrobiony Teatr Telewizji na podstawie tej książki. Ale chciałbym, żeby powstał film, bo to jest moje marzenie, żeby zagrać taką postać.

No proszę, w ten sposób doszliśmy jednak do roli, którą chciałbyś jeszcze zagrać. Ty zdecydowanie nie siedzisz w miejscu - Poznań, Wrocław, Warszawa, do niedawna Łódź, w której kręciliście "Paradoks". Wiecznie na walizkach, czy udało Ci się to jakoś sprytnie poukładać?
- Teraz po tym 4-miesięcznym szaleństwie przyjechałem do Poznania. Staram się sobie wszystko ułożyć na nowo, zobaczyć dokąd dalej się wybrać. 

"Dwunastu Gniewnych Ludzi" - Teatr Nowy w Poznaniu

W Poznaniu szykuje się premiera z Twoim udziałem...
- Tak, "Dyskretny urok burżuazji", a od niedawna gramy też "Turystów". Ale jeżeli miałbym polecić spektakle, w których gram i mam do nich stosunek bardzo emocjonalny, to przede wszystkim "Don Juan" zrobiony przez Aleksandra Kaniewskiego, reżysera, który przyjechał do nas z Rosji. To było właśnie spotkanie, które naprawdę uczy. Nawet dostałem nagrodę za rolę w tym spektaklu, więc została doceniona. A drugim spektaklem jest "Dwunastu gniewnych ludzi" na podstawie filmu Sidneya Lumeta.

To też w miarę nowy spektakl...
- Tak, to świeża sprawa, reżyserowana przez Radka Rychcika. Polecam. Fajna rzecz. Będziemy z tym spektaklem w Krakowie na festiwalu w Teatrze Starym w grudniu.

Ty nie romansujesz za dużo z mediami, właściwie prawie w ogóle, dzięki temu nie jesteś zepsuty przez show-biznes - np. z entuzjazmem zgodziłeś się na rozmowę - ale też niewiele o Tobie wiadomo...
- Wolałbym, żeby o mnie świadczyło to, co robię, a nie to, co gadam. Przecież mógłbym opowiadać jakieś wymyślone historie, tylko po co? Bardzo podoba mi się postawa Roberta Kubicy, którego jestem wielkim fanem. Po tej okropnej tragedii schował się i nie odzywał, a ludzie przecież i tak go uwielbiają. Ale uwielbiają go za to, co robi.

Jaka jest najodważniejsza rzecz, którą zrobiłeś w życiu? Boisz się czegoś w ogóle?
- Tak, są rzeczy, których się boję, ale może zachowam to dla siebie. Kwintesencją jest sprawdzanie siebie w takich sytuacjach. Myślę, że jeszcze najodważniejsza rzecz przede mną. Ale hołduję zasadzie "zrób to, czego się boisz" i tak właśnie staram się żyć. Staram się pokonywać strach. Stąd marzenie, żeby popracować przy połowie krabów, który jest podobno jedną z najtrudniejszych prac.

Rozmawiała Anna Mieczkowska

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Reklama