Reklama

"Dzień Kobiet" - Katarzyna Kwiatkowska walczy o siebie

Poniedziałek, 11 marca 2013 (13:50)

Rozśmieszała nas do łez, parodiując Dodę i Krystynę Jandę. Teraz w debiucie Marii Sadowskiej „Dzień kobiet” gra kasjerkę, która odważyła się sprzeciwić korporacji. – Jeżeli lubicie fajne, społecznie zaangażowane kino, zapraszam! – mówi.

Zdjęcie

/Mat. Prasowe
/Mat. Prasowe

Oglądając „Dzień kobiet” Marii Sadowskiej, nie sposób oprzeć się skojarzeniom ze słynną „Erin Brockovich” z Julią Roberts...

– Tak, ale tylko do pewnego stopnia. Nasz film również opowiada historię zwykłej kobiety, nic nie wiedzącej o świecie prawa i korporacji. Jest cały nurt filmów opartych na faktach, które możnaby tu wspomnieć – choćby wspaniały „Silkwood” z Meryl Streep.

Nie starałyśmy się jednak z Marysią odwzorowywać amerykańskich matryc. Podobieństwo kończy się na tym, że i tu ktoś, kto pozornie niewiele może, znajduje w sobie siłę, by wytoczyć proces wielkiej korporacji.

Tą korporacją jest sklep Motylek, czyli...?

– Kasia Terechowicz i Marysia, pisząc scenariusz, spotykały się ze stowarzyszeniem osób poszkodowanych przez duże sieci handlowe. Zebrały ogromny materiał. Scenariusz jest zatem oparty na faktach, tyle że... nie jest to historia, która przytrafiła się jednej osobie, lecz kompilacja doświadczeń wielu różnych ludzi.

Wiadomo – film rządzi się swoimi prawami. Musi być mocniej i więcej, żeby było ciekawie. Wszystkie incydenty i szantaże są prawdziwe, natomiast moja postać – Halina, która je łączy, jest postacią całkowicie fikcyjną.

Obrazi się ktoś po projekcji?

– Na szczęście warunki pracy w Polsce trochę się już zmieniły. Poza tym, to jest uniwersalna opowieść. Ludzie, wykonujący bardzo różne zawody, opowiadali nam, że mieli podobnie.

Wszystko to równie dobrze mogło przydarzyć się mężczyźnie, pracownikowi korporacji, marynarzowi na statku czy górnikowi.

Nie, nikt nie powinien się obrazić.

Halina pracuje w sklepie Motylek, lecz oto pewnego dnia dostaje awans i...

– Do tej pory była jedną z kasjerek. Teraz stała się ich przełożoną. Jest „nad” nimi, relacja robi się trudna. Dziewczyny zdają sobie sprawę, że Halina lepiej zarabia. Zaczynają się napięcia.

Dochodzi do tego parcie z góry, bo przecież ona ma przełożonego, który zmusza ją do nieetycznych zachowań. Nalega, by fałszowała ewidencję czasu pracy czy daty przydatności towaru.

Pracownice Motylka nie mają wózków widłowych, same sprzątają sklep, pracują dużo dłużej niż to jest przewidziane, nie dostają za nadgodziny, muszą siedzieć w pampersach przy kasie, bo nie mają zmian.

Dochodzi do szantaży, a moja bohaterka ulega wszystkim tym presjom, daje sobie łamać kręgosłup moralny, robi rzeczy, o których wie, że są złe.

Dlaczego?

– Bo została postawiona pod ścianą – albo ona, jej dziecko, jej kredyt i jej życie, albo koleżanki. Wybiera siebie. Nie widzi innej możliwości.

Jest też romans z szefem.

– Otóż to. Klasyka gatunku! Jak jest szef, musi być romans. Nieszczęścia chodzą parami. To znana zasada. Dopiero, gdy Halina będzie na dnie i wszystko jej się zawali, dotrze do niej, że jeżeli w ogóle chce żyć, musi znaleźć w sobie siłę, by się podnieść i zacząć działać.

To trochę opowieść o poznawaniu siebie. Bohaterka zaczyna wierzyć, że jest przebojową, silną dziewczyną, która może wejść w obce środowisko i... zrobić rewolucję.

Skąd pomysł na tytuł filmu?

– To bardzo pojemna nazwa. Gdy ją słyszymy, mamy skojarzenia komunistyczne: kobiety dostają rajstopy i goździki. Od lat staramy się to zmienić: 8. marca urządzana jest Manifa. Wiadomo już, że mamy swój głos i chcemy o siebie walczyć.

Feminizm przestał być kojarzony z upiorem, nienawidzącym mężczyzn. Feministki kochają mężczyzn i chcą równości. Dzień kobiet to jest ich święto, święto ich triumfu. Tak, jak w historii Haliny, która z jednej strony jest historią kobiecą, z drugiej zaś – właśnie historią pewnego zwycięstwa.

Jeżeli ktoś lubi fajne, psychologiczne, społecznie zaangażowane kino, które na dodatek nie jest dołujące, tylko pozytywne, a momentami wręcz śmieszne, zapraszam do kina.

„Dzień kobiet” to dobrze sportretowany kawałek polskiej – i nie tylko! – rzeczywistości. Bo za granicą wiele osób mówiło, że miało podobne doświadczenia.

Rozm. Maciej Misiorny

Zdjęcie

Eryk strofuje Halinę. – Mężczyźni powinni zobaczyć ten film, by zrozumieć, jaka siła przetrwania drzemie w kobietach – przyznaje Eryk Lubos. /Mat. Prasowe
Eryk strofuje Halinę. – Mężczyźni powinni zobaczyć ten film, by zrozumieć, jaka siła przetrwania drzemie w kobietach – przyznaje Eryk Lubos.
/Mat. Prasowe

Zdjęcie

– Ta 16-latka to urodzona aktorka! Ma zwierzęcą łatwość współpracy  z kamerą – mówi o Julii Czuraj, która zagrała jej ekranową córkę Miśkę. /Mat. Prasowe
– Ta 16-latka to urodzona aktorka! Ma zwierzęcą łatwość współpracy z kamerą – mówi o Julii Czuraj, która zagrała jej ekranową córkę Miśkę.
/Mat. Prasowe

Zdjęcie

– Mój bohater to niejednoznaczna  postać. Jest świnią, ale wydaje się,  że udało mi się  go wybronić  – mówi Eryk Lubos. /Mat. Prasowe
– Mój bohater to niejednoznaczna postać. Jest świnią, ale wydaje się, że udało mi się go wybronić – mówi Eryk Lubos.
/Mat. Prasowe

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama