Reklama

Gawliński: Warto być niepokornym

Poniedziałek, 13 sierpnia 2012 (14:00)

Popularny rockman, autor kultowej „Baśki”, debiutuje w nowej roli: łowcy młodych talentów w „Bitwie na głosy”. Nam mówi, czego nie lubi w polskiej muzyce i przeciwko czemu dziś się buntuje.

Zdjęcie

W latach 90. Gawliński był twórcą wielu hitów – „O sobie samym”, „Ogień i wiatr”, „Sid
i Nancy”, „Beniamin”. Jednak jego najbardziej znana piosenka to „Baśka”. Robert po latach przyznał jednak, że znudziło mu się śpiewanie tego kawałka. /fot  /AKPA
W latach 90. Gawliński był twórcą wielu hitów – „O sobie samym”, „Ogień i wiatr”, „Sid i Nancy”, „Beniamin”. Jednak jego najbardziej znana piosenka to „Baśka”. Robert po latach przyznał jednak, że znudziło mu się śpiewanie tego kawałka.
/fot /AKPA

Słyszałem, że ostatnio omal nie zginąłeś przez trąbę powietrzną na Mazurach...

- Na szczęście nie było nas wtedy na scenie. Spóźniliśmy się jakieś pół godziny na próbę koncertu w Mrągowie. Ucierpiał natomiast nasz techniczny, który ratował wzmacniacze i trafił do szpitala. Gdybyśmy zdążyli na czas, to wszystko mogłoby się skończyć tragicznie.

Zdjęcie

Na scenie Robert wciąż jest wulkanem energii. Od lat ma także jeden z najbardziej prężnych fanklubów„Wilcze stado”.
/fot /AKPA

Niedługo będziemy cię oglądać w programie "Bitwa na głosy", w którym szukasz młodych talentów na warszawskiej Pradze. Tam się urodziłeś. Powiedz szczerze: kiedy ostatni raz przespacerowałeś się uliczkami tej dzielnicy?

- Oj, naprawdę dawno i trochę jestem zaskoczony zmianami. Te wszystkie odnowione kamieniczki, fajne knajpki... Wychowałem się na Kamionku (zbieg ulic Podskarbińskiej i Grochowskiej - przyp. red.), do dziś potrafię nawijać w gwarze ulicznej, znam ludzi, o których mówi się, że to tzw. element. Chociaż w większości są to spoko goście.

Zostali ci kumple z tamtych lat?

- Nasze drogi już się rozeszły. To było w końcu ze trzydzieści lat temu (śmiech).

Jak żyło się na Pradze w latach 90.?

- Urządzaliśmy z kumplami z zespołu imprezy, które spontanicznie przenosiły się z mieszkania na podwórko i bawiła się wspólnie cała ulica. Czasami pojawiali się niespodziewani goście - kiedyś okazało się, że dziewczyny, które do nas dołączyły, właśnie wyszły z więzienia.

Jaka będzie twoja ekipa w "Bitwie na głosy"?

- Oni często - tak jak ja - pochodzą z mniej zamożnych praskich domów. Chciałbym dużo z nimi rozmawiać i lepiej ich poznać, bo przecież przyszli do mnie ze swoimi marzeniami. Nie lubię i nie potrafię oceniać. Jak ktoś jest dobry w te klocki, to po prostu mówię mu, że "śpiewa zajebiście" i tyle.

Przyszedł ktoś podobny do ciebie? Zbuntowany?

- Teraz młodzi ludzie nie mają tylu powodów, żeby się buntować, chociaż przyznam, że trochę tego nie rozumiem, bo zobacz: niesprawiedliwość społeczna, korporacje, nieszczerzy politycy - jest z czym się nie zgadzać. Ja na przykład mógłbym protestować przeciwko prezydentowi, który cierpi, że nie może zabijać zwierząt.

Przeciwko czemu buntowałeś się, gdy byłeś młodszy?

- Przeciwko komunie. To naturalne! Przecież nie mogłem kupić sobie nawet magazynu "Bravo" z plakatami zespołów. Nie mieliśmy dostępu do zachodnich płyt, brakowało nam informacji. Jedynym festiwalem, na którym warto było się pokazać, był Jarocin. Jednak nawet ten festiwal stał się w pewnym sensie wentylem bezpieczeństwa dla władzy. Dzięki Jarocinowi kontrolowano młodzież, aby nie wyszła z bojkotem na ulice. Do dziś pamiętam cenzora, który siedział w swoim smutnym biurze. Musiałem z każdym utworem do niego przychodzić i tłumaczyć mu, o co chodzi, słowo po słowie. Tłumaczyłem się na przykład z utworu "Moja baby", który nagrałem z taką fajną punkową kapelą "The Dided-Bidet". Tam były takie słowa: "Chodź na ławkę, zdejmij bluzkę, wypalimy całą trawę". I musiałem oczywiście udowodnić, że konsumpcja tego związku wypali dookoła trawę.

Zdjęcie

Robert poznał Monikę na koncercie zespołu „Madame”, w którym był wokalistą. Od tamtej pory są nierozłączni. Monika jest nie tylko żoną Roberta, ale też menedżerką Wilków.
/fot /AKPA

Czy to prawda, że wyrzucano cię ze szkół?

Dwa razy. Nie byłem łatwym dzieckiem. Dopiero w trzeciej szkole znalazłem pedagogów, którzy ujarzmili mój charakterek i nawet dzięki nim brałem udział w olimpiadzie z fizyki.

Kiedy zakładałeś pierwszą punkową kapelę "Gniew", miałeś 16 lat. Gdyby w tamtych czasach był taki program jak "Bitwa na głosy", zgłosiłbyś się do niego?

- Teraz wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nie wyobrażam sobie siebie w żadnych medialnych sytuacjach trzydzieści lat temu.

Uważasz się za wybitnego wokalistę?

- Śpiewam tak, jak pozwala mi na to moja wrażliwość. Natomiast nie znoszę, jak ktoś udaje. W Polsce na przykład wiele białych wokalistek udaje Murzynki. To mnie po prostu wkurza! Śpiewają złą frazą, kiepsko się ruszają.

Kto był dla ciebie w dzieciństwie autorytetem?

- Dziadek. W moim domu nie było ojca, wychowywała mnie mama, która i tak twierdziła, że urodziłem się w czepku. Ale moim drugim wielkim idolem był... Zawisza Czarny. Imponowała mi jego niezłomność i prawdziwy rycerski charakter.

W tym roku będziecie z Moniką obchodzić 25. rocznicę małżeństwa. Powiedz szczerze, czy Monika zawsze była OK?

- Oczywiście, że OK (śmiech). A poważnie? W każdym związku zdarzają się lepsze i gorsze dni, ale najważniejsza jest miłość. Peace and love!

Oskar Maya

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Show

Reklama