Reklama

Gwiazdy wspominają swoje dzieciństwo

Czwartek, 17 maja 2012 (09:53)

Paulina Holtz, czyli Agnieszka Lubicz z „Klanu”, uwielbiała wspinać się na drzewa, Grażyna Szapołowska, czyli Urszula Podhorecka z „Rezydencji”, nigdy nie zapomni babki kartoflanej, którą robiła jej mama, a Jan Wieczorkowski, czyli Mateusz Rybicki ze „Szpilek na Giewoncie”, uczył się od babci stawiania pasjansów. Przeczytajcie, jak gwiazdy wspominają najpiękniejsze chwile ze swojego dzieciństwa.

Zdjęcie

/    /Agencja W. Impact
/ /Agencja W. Impact

Paulina Holtz

- Moje dzieciństwo to podwórko na warszawskim Targówku, gdzie najczęściej siedziałam na drzewie i okupowałam huśtawkę i karuzelę. Moi rodzice nie byli małżeństwem, ale dla mnie nie miało to znaczenia - liczyło się to, że jesteśmy razem. Czułam się bezpieczna, kochana i rozpieszczana. Rodzice bardzo pilnowali, bym z jedynaczki nie wyrosła na samoluba. A ja byłam nieznośna w środku i tylko udawałam grzeczną dziewczynkę! W szkole podstawowej wszyscy brali mnie za chłopaka. Nosiłam pod pachą deskorolkę, miałam poobijane kolana i łokcie, toczyłam bitwy na jabłka z kolegami. Mama siłą zaciągała mnie do sklepu, żeby mi kupić sukienkę, a ja chwytałam pierwsze z brzegu spodnie i upierałam się, żeby kupić właśnie je. Najważniejsze było dla mnie wtedy, by ubranie nie ograniczało mi ruchów. Spodnie były najwygodniejsze do łażenia po drzewach!

Jan Wieczorkowski

- Kiedy byłem dzieckiem, często mieszkałem u dziadków, bo rodzice lubili podróżować i przynajmniej dwa razy w roku wyjeżdżali za granicę. Pamiętam, że dziadek zabierał mnie do zaprzyjaźnionego gajowego i razem chodziliśmy na grzyby. Potem dziadek i gajowy zasiadali do remibrydża i grali na punkty. W tym czasie babcia uczyła mnie stawiać pasjansa. Bardzo lubiłem nocować u dziadków, bo pozwalali mi oglądać filmy w telewizji. Rodzice też dawali mi dużo swobody, ale nie pozwalali na wszystko. Ojciec, zapalony narciarz, nauczył mnie jeździć na nartach. Także dzięki niemu pokochałem muzykę jazzową.

Grażyna Szapołowska

- Wychowywałam się w Toruniu, ale pochodzę z Bydgoszczy. Pamiętam starą, przedwojenną bydgoską willę, moje łóżeczko z metalową siatką i rozsuwane drzwi między pokojami, w których wisiała biała huśtawka. Zajmowała się mną głównie siostra, starsza ode mnie o 11 lat. Do dziś jest moją najlepszą przyjaciółką, powiernicą i oparciem. Mama pracowała w jednym z toruńskich przedsiębiorstw i była absolutnie piękna: smukła, niebieskooka, o popielatych włosach wpadających w czerń. Dom zawsze był zadbany i pachnący. Mama znała mnóstwo wspaniałych przepisów kulinarnych. Jako dziecko najbardziej lubiłam babkę kartoflaną pieczoną w brytfannie i surowe wydrążone ogórki, do których lało się miód. Ojciec namiętnie polował. Ze swoich wypraw przywoził do domu cyraneczki, bażanty i zające. Było z tym mnóstwo roboty. Uczyłam się oporządzać dziczyznę i jestem w tym dobra do dziś. Niestety, nie znałam babć, dziadków i wujków, bo wszyscy mieszkali w Święcianach i w Wilnie, a granica była zamknięta. Ale i tak miałam wspaniałe dzieciństwo i cudowną rodzinę.

Danuta Stenka

- Moje dzieciństwo było piękne, sielskie i spokojne. Świat, w którym żyłam, znany i bezpieczny, składał się z kaszubskich krajobrazów, kolorów, dźwięków, zapachów i smaków. W domu rodzinnym zawsze mówiło się i nadal mówi po kaszubsku. Mój starszy o dwa lata braciszek z braku wymarzonego młodszego brata dopuszczał mnie czasem do swoich chłopięcych zabaw. Prawdę mówiąc, służyłam mu najczęściej jako królik doświadczalny. Jego pomysłom zawdzięczam kilka dorodnych blizn - pamiątek z czasów dzieciństwa. Kiedy zamykam oczy i wracam pamięcią do szczenięcych lat, widzę śnieżne zaspy i cudownie ukwiecone łąki, gorący piec w domu i brata biegającego wokół stołu, mamę dziergającą sweterki, ojca uwijającego się w pasiece, pradziadka noszącego w kieszeniach cukierki owocowe zawijane w papierki. To najpiękniejsze obrazy z mojego dzieciństwa.  


Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Agencja W. Impact

Reklama