Reklama

Jutro będę dziadkiem

Poniedziałek, 8 października 2012 (10:08)

Kobiety zaskakują Andrzeja Grabowskiego na każdym kroku, a teraz w jego życiu pojawi się nowa piękność i nowe wyzwanie. Chyba jedyne, do którego wszechstronny aktor nie potrafi się przygotować...

Zdjęcie

Andrzej Grabowski /fot  /AKPA
Andrzej Grabowski
/fot /AKPA

Niebawem zostanie pan dziadkiem. Przygotowuje się pan do tej roli?

- Nie. Podobno jest tak, że jak się weźmie na ręce wnuka, dostaje się tzw. dziadkowego fizia. I dopiero w tym momencie zaczyna się czuć tym prawdziwym dziadkiem, czyli oszalałym na punkcie małego stworzonka staruszkiem. Zobaczymy, jak to będzie. Myślę o tym bardzo ciepło i jestem tego niezmiernie ciekawy. Swojego dziadka nie pamiętam - zmarł, zanim się urodziłem. Pamiętam natomiast babkę. Widywałem ją rzadko i nawet się jej trochę bałem, bo była staruszką. Patrzyłem na nią i myślałem: "Jak to, to jest moja babcia? Taka starucha?".

Zdjęcie

Aktor przyznaje, że popularność Ferdynanda Kiepskiego bywa kłopotliwa.
/fot /AKPA

Teraz najszybszą drogą, by wyjść z cienia i się przebić, jest udział w serialu. A w Polsce są one krytykowane!

- A to przecież ciężki kawałek chleba! Robota w serialu nie jest komfortowa, czasem przypomina pracę w fabryce, jak przy taśmie. Ludziom się wydaje, że aktorzy nic innego nie robią, tylko leżą w łóżkach, malują się i piją wódkę. Tymczasem to jest dwanaście godzin intensywnej harówki. W filmie fabularnym jest łatwiej, bo robi się mniej ujęć w ciągu dnia. Tam się tak nie gna. Tymczasem w serialu wpada się w kołowrót: nauka tekstu, granie, przebieranie, i tak w kółko. Zdarza się, że aktor dostaje za małe buty, złe ubrania albo w środku zimy musi wchodzić do lodowatej wody, bo właśnie odgrywane są sceny letnie. To są oczywiście ekstremalne sytuacje, ale się zdarzają. Ostatnio odwiedził mnie na planie "Świata według Kiepskich" znajomy z synem. Spędzili tam trzy godziny i powiedzieli: "Nigdy więcej! Tak to wszystko wygląda? To jest straszne". Nawet się z nimi nie widziałem, bo schodziłem z jednej sceny, przebierałem się, uczyłem tekstu, i już graliśmy kolejną.

Od niedawna prowadzi pan nowy program w TV Puls "Stare dranie", w którym aktorzy w wieku 60-70 lat wkręcają młodych ludzi. Po co panu to nowe wyzwanie?

- Chciałem się przekonać, czy dam radę. Muszę tu się wykazać refleksem i poczuciem humoru. W sumie mam sto dwadzieścia wejść, w których każdy gag trzeba dowcipnie skomentować. Niektóre się powtarzają. A ja nie mam scenariusza, muszę sam na poczekaniu coś wymyślić. Swoją drogą zastanawiam się, dlaczego właśnie mnie zaproponowano udział w tym programie: czy ze względu na wiek, czy może jednak jestem dowcipny?

Osoby dojrzałe mają więcej dystansu do siebie?

- To zależy nie tyle od wieku, ile od osoby i pojemności jej czaszki (śmiech). My, artyści, jesteśmy bardzo wrażliwi na swoim punkcie. Ale "Stare dranie" czasem śmieją się z siebie.

Wam wolno więcej niż młodym?

- Wolno tyle samo. Często powtarzam, że z wiekiem nie tracimy żadnych praw - ani do miłości, ani do seksu, ani do czegokolwiek innego. Ostatnio mój przyjaciel Jan Nowicki stwierdził: "Młodość jest przereklamowana". Zadzwoniłem do niego i mówię: "Janek, coraz bardziej się z tobą zgadzam, ale szczerze - to przecież my nie mamy wyboru. Musimy tak mówić, bo nie mamy magicznego przycisku, który przeniesie nas z powrotem do czasów, gdy mieliśmy po dwadzieścia lat. Wtedy pewnie byśmy tak nie mówili. Nie będziemy już nigdy młodzi, więc trzeba się pogodzić z tym co jest, a nawet to hołubić".

Przeszkadza panu, że mimo wielkiego dorobku aktorskiego wiele osób wciąż kojarzy pana z Ferdkiem Kiepskim?

- Czasem tak. Ale często spotykają mnie też miłe sytuacje. Ostatnio siedziałem w kawiarni, obok przechodziła pani w wieku około 50 lat. Zobaczyła mnie, podeszła i powiedziała: "Proszę pana, jestem pana wierną fanką i chciałam panu tylko powiedzieć, że mam bardzo dobre wyniki badań". Jakież to było wzruszające! Widocznie wracała od lekarza, bała się tych wyników, może była chora? Wstałem i mówię: "Bardzo się cieszę, życzę pani, żeby zawsze pani miała takie wyniki". Miałem dobry humor przez cały dzień! Innym razem wracałem samolotem z Irlandii. W pewnym momencie pani, która przez pół lotu się modliła, zauważyła mnie i mówi: "O Boże, jak dobrze, że pan z nami leci, to znaczy że się nie rozbijemy!". A na spotkaniu z fanami podeszła inna kobieta i powiedziała, że ma trudną sytuację życiową i ten serial dostarcza jej radości w jej szarym życiu. W takich chwilach ta praca przynosi satysfakcję. I mam w d...e krytyki jajogłowych, którzy nie obejrzawszy nawet jednego odcinka, mówią, że serial jest głupi i piszą, że "czas umierać". Kiedy ktoś mi mówi, że dzięki mnie czuje się lepiej, to wiem, że to właśnie jest powołanie aktora, a nie, że zacytuję Borysa Szyca, "wsadzanie sobie kamieni w d...ę". Mam na myśli pewien spektakl i nową falę w sztuce aktorskiej. Już nie chodzę do teatru, bo się boję, że zobaczę jak aktorzy staruszkowie będą goli biegali po scenie. 

Zdjęcie

Są małżeństwem od ponad trzech lat. Poznali się w pracy. Anita jest charakteryzatorką, pracuje przy produkcjach filmowych.
/fot /MWMedia

Osiągnął Pan w swoim zawodzie bardzo wiele. Jest pan zadowolony z wyboru drogi zawodowej?

- Trudno byłoby mi narzekać na to, co robię. Jeżeli ja bym narzekał, to - jeśli Bóg istnieje - obrażałbym go, narzekając. Naprawdę uważam, że moje życie w tym zawodzie dobrze się ułożyło. Oczywiście mogłoby być lepiej, ale każdy mógłby tak powiedzieć. Nawet hollywoodzcy aktorzy czasem narzekają, ale to jest wydziwianie. Ja jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem, z tego, co mam. Kocham aktorstwo, ale zawsze podkreślam, że to nie jest zawód wyjątkowy ani misyjny. To zawód jak każdy inny. Jeśli szewc jest dobry, to u niego buty reperują. A jeśli aktor jest dobry, to dużo gra, bo ludzie go chcą oglądać. W moim wypadku tak się ułożyło, że dużo grałem w komediach, co wcale nie jest łatwe. Przecież ten sam dowcip opowiedziany przez jednego człowieka jest śmieszny, a przez drugiego żenujący. Aktora komediowego musi cechować prawda, nie wygłupy, nie miny, tylko coś, w co widzowie uwierzą. Ale wracając do pytania - jestem zadowolony, ale nie dumny. Trudno powiedzieć, żebym kiedykolwiek był dumny z siebie.

Zmieńmy temat. Co pana zdaniem jest najważniejsze, by stworzyć szczęśliwy związek?

- Nie ma takiej recepty. Jeśli by była, można by ją sobie wykupić w aptece albo napisać książkę "Jak żyć". Natomiast nie powinno się chwalić swoją miłością na okładkach kolorowych gazet.

Jakie cechy ujęły pana w żonie?

- No wie pani, pytać mnie o coś takiego w jej obecności? Ujęła mnie tym, że jest kobietą niezwykłej urody i tym, że ciągle zmienia kolor włosów (śmiech).

Justyna Kasprzak

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Show

Reklama