Reklama

Kamilla Baar - czarna orchidea

Niedziela, 23 września 2012 (06:00)

Kamilla Baar o aktorstwie mówi z niezwykłą pasją. Przyznaje też, że szczęśliwie trafiła na doskonałych mentorów – Dorotę Pomykałę, Jana Englerta. Nam opowiada o tym, jakie role uwielbia i co sprawia, że w życiu czuje się naprawdę spełniona.

Zdjęcie

Kamilla Baar /  /Agencja W. Impact
Kamilla Baar
/ /Agencja W. Impact

Zdjęcie

Pierwszego męża, Wojciecha Solarza, Kamilla Baar poznała na studiach
/ /AKPA

Proszę zdradzić, jak to było? Jeszcze w liceum ni stąd ni zowąd spłynęła na Panią wiedza, że trzeba jechać do Katowic do studia aktorskiego Doroty Pomykały? Czy musiała Pani tam zdawać egzamin?
- I to niezwykle stresujący, bo Dorota ma świdrujące spojrzenie, które naprawdę widzi sporo. Ale egzamin się powiódł. I to był początek naszej przyjaźni.

Domyślam się, że kazała wysłać dokumenty do szkoły teatralnej i zakończyła dyskusję. A co na to powiedzieli rodzice?
- Dorota dla nich, jak i dla mnie była autorytetem. Jeśli powiedziała "absolutnie tak", uznali, że powinnam do tej szkoły zdawać.

No i chyba się udało...
- Pomogła mi też wiara Doroty, ale ja od razu czułam, że jest dobrze. Już na tzw. dniu otwartym w szkole w Warszawie poczułam się jak u siebie, mimo że zawsze myślałam, że będę studiować w Krakowie. Ja po prostu wiedziałam, że "Miodowa" to jest to miejsce. Wtedy miałam jeszcze czarne włosy, koledzy nazwali mnie "czarną orchideą".

Pięknie! To dodawało skrzydeł.
- No tak. To było dla mnie ważne, bo z tyłu głowy jednak tkwiła ta niesforna myśl: Jestem z prowincji, przybywam skądś... 

Zdjęcie

Kamillę Baar oglądaliśmy też w "Londyńczykach" (na zdj. z Marcinem Bosakiem)
/ /AKPA

Pewnie Pani już dziś wie, że prowincja to nie jest szerokość geograficzna, to raczej stan umysłu... Jak się Pani poczuła na Miodowej, na Marszałkowskiej, w tym obcym świecie?
- Mieszkałam na Zgody, więc znałam tylko Warecką, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. Nie było żadnej innej Warszawy, żadnego centrum. Gdy raz wsiadłam do autobusu, który mnie nocą wywiózł na plac Trzech Krzyży, byłam przerażona, że aż dzwoniłam do koleżanki: O Boże, tu są jakieś trzy krzyże, i pośrodku kościół. Gdzie ja jestem? Miasto zaczęłam poznawać po studiach. To nie jest tak, że ono się we mnie wdarło, tylko po prostu żyłam wyłącznie szkołą. Teraz szkoła bardzo się otworzyła, ludzie szybko zaczynają szukać swojego miejsca w zawodzie. I uważam, że to jest wspaniałe. Kiedy ja studiowałam, w szkole spędzało się dosłownie każdą godzinę. Nie chodziło się na część zajęć teoretycznych po to, żeby robić sceny... Żeby je robić, trzeba było walczyć o sale wieczorem. A potem jeszcze życie nocne, które toczyło się na Starym Mieście. To był mój hermetyczny świat.

Skończyła Pani szkołę, był dyplom i...?
- I zaczęłam czekać na liczne propozycje filmowe - myślałam, że reżyserzy od razu rzucą się na mnie (śmiech). 

Zdjęcie

Aktorka ma sentyment do serialu "Na dobre i na złe"
/ /Agencja W. Impact

No i pierwsza zawodowa propozycja przyszła chyba szybko?
- Mój start, który też był ogromną nobilitacją, to była rola Michelle w "Oszustach" w Teatrze Telewizji, u Jana Englerta. Zagrałam z Trelą, Szczepkowską, Englertem, Gabrysią Kownacką, z Maćkiem Stuhrem!

Jak się zdobywa taką rolę tuż po studiach?
- W takiej obstawie obsadził mnie opiekun roku, Jan Englert, mój obecny dyrektor w Teatrze Narodowym.

Dobre rzeczy robi Pani przecież nie tylko w teatrze. Także w filmie. Najpierw był "Vinci". Brała Pani udział w castingu? Pytam, bo aktorzy żalą się, że często po prostu nie wiedzą o castingach, więc jak mają na nie trafić...
- To jest trudność w tym zawodzie. Reżyserzy filmów i reżyserzy obsady wybierają sobie aktorów. Nie zawsze o wszystkim wiemy. Ja miałam szczęście, bo Julek zapamiętał mnie z dyplomu...

Więc od początku był teatr - i to prestiżowa narodowa scena. Był film u znanego reżysera. Ale i serial. Zaraz po szkole zagrała Pani w jednym odcinku "Na dobre i na złe".
- Tak. Grałam Ewę, bardzo młodą dziewczynę, która ukrywała swoją ciążę. Ciekawy problem młodej matki, która nie chce swojego dziecka. Pięknie napisany odcinek.

Czym tak naprawdę różni się praca w serialu od tej w filmie i na scenie narodowej? A może jest tak, że istnieje tylko jeden podział - na role napisane i zagrane dobrze albo napisane i zagrane źle?
- Dla mnie każda możliwość grania w czymś, co jest dobrej jakości, co ma sens, jest tak samo budująca i potrzebna. Aktorstwo teatralne, filmowe czy serialowe to za każdym razem inne spotkanie z widzem. Istotne, czy grając umiem widza wzruszyć do łez, albo do łez rozśmieszyć. W teatrze można przecież grać totalne głupoty, a w serialu role, które mogą zmienić czyjeś życie. Okazuje się, że serialowe role są ważne, zwłaszcza w Polsce, gdzie ludzie bardzo identyfikują się z postaciami. Odkryłam, że Polacy kochają się wzruszać, jesteśmy "wzruszliwym" narodem! Bywa, że nie potrafimy otworzyć się przed swoimi najbliższymi - losy serialowych bohaterów ułatwiają to widzom, mam wrażenie, że oczyszczają ludzi emocjonalnie... 

Zdjęcie

Z aktorem Wojciechem Błachem Kamilla Baar założyła rodzinę
/ /MWMedia

Czy w Hanie jest coś z Kamilli?
- (śmiech) Paradoksalnie - moim zdaniem - w serialu aktor "gra" mniej, niż budując rolę w filmie czy teatrze. To jest warunek pewnej przyjemności i pewnej magii, która się rodzi przy tak częstym byciu na planie. W tym sensie muszę odpowiedzieć, że tak - w Hanie jest pewna doza Kamilli. Jej uczuciowość, pasja w stosunku do uprawianego zawodu, potrzeba bliskich relacji. Także przekonanie, że "ze wszystkim sobie poradzę", wiara w pomyślne rozwiązanie - tak... to też moje podejście do problemów. Chociaż od kiedy mam Wojtka (Wojciech Błach - przyp. red.), swojego partnera, mogę zawsze liczyć na jego pomoc i męskie analityczne spojrzenie. W Hanie jest kobieca siła. Zna swoją wartość i swoje miejsce. To mi się w niej podoba. I ja... czasami czerpię coś z Hany (śmiech).

Na koniec proszę zaspokoić ciekawość widzów i zdradzić, jak się skończy związek Hany i Gawryły?
- A on się skończy? Nigdy nie wiemy, co scenarzyści wymyślą, ale wygląda na to, że będzie między nimi intensywne przyciąganie. Nic więcej zdradzić nie mogę, poza tym, że wydarzy się coś nieprzewidywalnego dla obojga. Na pewno Piotrowi i Hanie nie będzie łatwo, a to, co ich łączy, będzie skomplikowane. Na szczęście! Tylko wtedy jest co grać - kiedy są emocje, niejasności. Przeciwnie niż w życiu - tam miłość podsycana jest trudnościami. W życiu raczej wolimy inne rozwiązania. Przynajmniej ja...

Nie dziwię się, że akurat Pani to mówi.
- Mogę teraz spokojnie powiedzieć, jak bardzo sobie cenię znalezienie właściwego mężczyzny i zbudowanie z nim prawdziwego domu. Mamy z Wojtkiem syna, półtorarocznego Bruna.

Dziecko Panią zmieniło?
- Nastała we mnie harmonia i radość z tego, co jest. Właściwie nie oczekuję niczego więcej. Ale też czuję ten potencjał, który wokół mnie wiruje. Czuję, jakbym wciąż nabierała siły. Widzę, jak wielką siłę daje miłość do dziecka, jak mnie umacnia, daje dystans do rzeczy zbędnych, niepotrzebnych...

Rozmawiała Bożena Chodyniecka

Pełna wersja wywiadu - z którego dowiesz się jeszcze, czy w żyłach Kamilli Baar płynie żydowska krew; skąd dokąd pędziła, zanim poszła na studia; dlaczego Jan Englert przyjął ją na studia; czy aktorka miała wątpliwości, przyjmując rolę w "Na dobre i na złe" i dlaczego jednak się zgodziła; oraz co czerpie z serialowej Hany - w 39. numerze "Tele Tygodnia"!

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama