Reklama

Kłopoty z dziewczynami

Poniedziałek, 26 marca 2012 (15:43)

Jak radzić sobie z zazdrością? Co zrobić, by sceny erotyczne nie były krępujące? Jak bardzo wyrozumiała musi być dziewczyna aktora? Oto szczery wywiad z Antonim Pawlickim!


Zdjęcie

Antoni Pawlicki /     /AKPA
Antoni Pawlicki
/ /AKPA

Nie tylko w mundurze mu do twarzy

liczba zdjęć: 28

Co cię zainteresowało w "Big Love"?
- Oprócz scen erotycznych? (śmiech). Strona psychologiczna. Najciekawsze wydawało mi się pokazanie wszystkich etapów chorej, uzależniającej miłości. Ostro przygotowywałem się do tego filmu. Byłem na wielu spotkaniach, m.in. z psychologiem więziennym, z prokuratorem. Chciałem wiedzieć, jak reagują oskarżeni, mordercy podczas wizji lokalnych. Okazało się, że najwięcej zbrodni popełnia się pod wpływem emocji. A sprawcą jest najczęściej ktoś z bliskiego otoczenia.

Olę Hamkało, odtwórczynię głównej roli kobiecej, znałeś wcześniej?
- A skąd! Kiedy okazało się, że Ola spodobała się na castingu, producenci zorganizowali nam pierwsze spotkanie. Ponieważ graliśmy dużo odważnych scen, musieli sprawdzić, czy w ogóle się dogadamy. 

Zdjęcie

W filmie "Big Love" partnerowała mu Aleksandra Hamkało
/ /AKPA

Zaprzyjaźniliście się trochę?
- To oczywiście, że nawiązaliśmy bliższą relację. Wyjechaliśmy nawet na Mazury razem z reżyserem. Producent stworzył nam możliwość zbudowania atmosfery. Również jeżeli chodzi o sceny erotyczne. Trzeba je było wypróbować, aby później łatwiej było na planie, gdy patrzy na ciebie sześćdziesiąt osób.

Z Olą dobrze ci się współpracowało?
- Ona jest silną osobowością. Mimo że jest młoda i to był jej debiut, dobrze się uzupełnialiśmy. I nie chcę, by zabrzmiało to szowinistycznie (śmiech), ale Ola naprawdę stanęła na wysokości zadania. Na szczęście było się z kim ścierać podczas kręcenia.

Ale niektórzy twierdzą, że w "Big Love" jest zbyt dużo nagości.
- Uważam, że gdyby jej zabrakło, to ten film byłby po prostu ułomny. Historia opowiedziana jest w sposób tak emocjonalny, że sceny erotyczne są absolutnie konieczne. "Big Love" demitologizuje miłość.

A w życiu osobistym można sobie wyznaczyć granicę zazdrości?
- Jeszcze kilka lat temu byłem niezwykle zazdrosny. Teraz mam więcej doświadczenia w relacjach damsko-męskich i jestem ostrożniejszy z zaborczością. To się wiąże również z moim zawodem. Bo jeśli dziewczyna jest o mnie bardzo zazdrosna, to, niestety, nie da się zbudować relacji.

Wyjaśniasz to na początku swoim dziewczynom? Co robisz, by uniknąć kłótni i nieporozumień?
- Gram parę spektakli w miesiącu z różnymi aktorkami i jeżeli ktoś nie jest w stanie zrozumieć, że nasze relacje są wyłącznie zawodowe, to nie da się kontynuować takiego związku. Dzięki temu zrozumiałem też własną zazdrość. Teraz jestem w stanie przesunąć granicę tolerancji dużo dalej.

Podobno ostro trenujesz na siłowni?
- Chcieliśmy, aby "Big Love" był bardzo atrakcyjny wizualnie. Pokazywał pięknych ludzi. Dlatego trzy miesiące przed rozpoczęciem zdjęć zatrudniono trenera, który nie tylko rozpisał mi zajęcia, ale także opracował specjalną dietę. Chodziło o to, aby pokazać, że ten facet na ekranie jest niemal bogiem, a z czasem okazuje się, że w głowie ma kompletny śmietnik. Jestem zadowolony z efektów. Zawsze byłem chuderlakiem, nigdy nie uprawiałem regularnie sportu, a tu nagle zaaplikowałem sobie taki wycieńczający trening. Po zakończeniu zdjęć sam zacząłem opłacać trenera.

Za chwilę skończysz 30 lat. Nadszedł czas na podsumowania?
- Wolę odpowiadać za to, co w życiu zrobiłem, niż żałować tego, czego nie zrobiłem. Staram się robić wiele rzeczy jednocześnie i jestem czasami maksymalnie zmęczony. Na szczęście na razie nie mam poczucia zmarnowanego czasu.

W "Big Love" i "Kacu Wawa" zagrałeś z Borysem Szycem. To prawda, że on lubi dominować na planie?
- Borys lubi dominować, ale to jest taka zdrowa rywalizacja między aktorami. On dobrze gra i stawia wysoko poprzeczkę innym. Ja to lubię, bo wtedy nie ma nudy.

Nie jesteś trochę zmęczony rolami "mundurowymi"?
- Nie! Cieszę, że "Czas honoru" będzie miał kontynuację. Po czterech latach w serialu obchodzi mnie po prostu los mojego bohatera i innych chłopaków. Zżyłem się z nimi. Podczas kręcenia tego serialu ważne były dla mnie spotkania ze starszymi ludźmi, którzy pamiętali tamte czasy. Słyszałem od nich: "Może ten wasz serial nie jest taki do końca zgodny historycznie, ale oddajecie »tamtą atmosferę«". To były dla mnie ważne słowa.

Serial to też pułapka popularności. Ty w nią jeszcze nie wpadłeś. Na przykład nie chadzasz na bankiety.
- Nie lubię tego! Nie byłem tak dawno na żadnym bankiecie, że w końcu zapomniałem, dlaczego nie lubię na nie chodzić (śmiech). A tak serio: niedawno dostałem zaproszenie na pokaz mody czy imprezę. Zakładam więc garnitur i jadę. Wchodzę tam i... od razu czuję się fatalnie. Nikogo nie obchodziło, jak się czują goście. Od razu sobie przypomniałem, dlaczego tego nie lubię. Mnie nie interesuje, jak wyglądam w gazecie, bo to mi nic nie da. Przecież od tego nie będę miał więcej propozycji filmowych. 

Zdjęcie

Od kilku lat widzowie śledzą losy serialowego Janka z "Czasu honoru"
/ /Agencja W. Impact

"W moim życiu liczy się skromność i pokora", tak mówiłeś jeszcze kilka lat temu w jednym z wywiadów.
- Powiedziałem to w kontekście mojej babci, która była aktorką i miała dużą pokorę wobec tego zawodu (Barbara Rachwalska - przyp. red.). Myślę, że to jest bardzo ważna cecha w tej profesji. Czasem rozpędzam się i myślę sobie, że jestem fantastyczny, najlepszy. Ale kiedy stajesz przed kamerą albo wychodzisz na scenę, musisz tak się czuć. Jeśli tego nie przeżyjesz, to lepiej nie stawać przed publicznością, bo brak pewności siebie widać później w spektaklu albo na ekranie. Tylko że łatwo to sobie przełożyć na życie. Jeśli próbujesz być taki też w "realu", to można wpaść w pułapkę.

Chcesz powiedzieć, że masz problemy z powrotem do realnego świata?
- Czasem też mi się to zdarza. Muszę ciągle pamiętać, że, niestety, w życiu nie jestem nieomylny, nie robię wszystkiego najlepiej. Warto to sobie przypomnieć co jakiś czas. Zdałem sobie sprawę z tego, kiedy na początku tego roku całe środowisko filmowców spotkało się na pogrzebie Jerry’ego (Jerzy Mizak - przyp. red.), kierownika produkcji, z którym niemal wszyscy pracowali. Zginął w wypadku samochodowym w święta. Po prostu. I nagle na pogrzebie wszyscy na siebie spojrzeliśmy i nie mogliśmy uwierzyć, że jego już nie ma. Bo to był człowiek, który wydawał się niezniszczalny. Skała, o którą rozbijały się wszystkie problemy. Nagle go zabrakło. Pomyślałem sobie wtedy, że nasza praca, wypruwanie sobie żył na planie, są ważne, ale czasem zapominamy, że może ważniejsze jest usiąść, porozmawiać z kimś bliskim.

Jak ty odreagowujesz stres?
- Poprzez podróże. Rok temu razem z moją dziewczyną objechaliśmy samochodem terenowym dookoła całe Morze Czarne - Turcję, Rosję, Rumunię. Na podróże poświęcam mnóstwo czasu i pieniędzy. Byliśmy na Kaukazie, weszliśmy na lodowiec na wysokość 3 tys. metrów. Zrobiliśmy w miesiąc 10 tys. kilometrów! To była gruba akcja, bo w pewnym momencie przekroczyliśmy nielegalnie granicę gruzińsko-rosyjską.

Jest jakiś reżyser, u którego chciałbyś zagrać?
- Martin Scorsese i Krzysztof Krauze. U tego drugiego akurat gram (w "Papuszy", najnowszej produkcji reżysera o cygańskiej poetce - przyp. red.), więc połowę moich marzeń właśnie zrealizowałem (śmiech).

A poważnie. Marzysz o Hollywood? Teraz stało się dla Polaków bardziej dostępne.
- Nie, wciąż to jednak pewien problem. Alicja Bachleda-Curuś dziesięć lat siedziała w Stanach, zanim coś udało się jej zagrać. To nie jest takie proste. Podałem nazwisko Scorsese, bo lubię jego filmy. Ale nie jestem gościem, który rzuci nagle wszystko i pojedzie do Hollywood. Zbyt dużo fajnych rzeczy robię tutaj.

Oskar Maya

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Show

Reklama