Reklama

Kociniak: Pracuję dla wnucząt

Niedziela, 9 grudnia 2012 (06:00)

Marian Kociniak przez 50 lat kariery nie udzielał wywiadów. Trzy lata temu przełamał się. Dziś mówi nam, czy warto było. Opowiada o tym, co nie pozwala mu wieść spokojnego żywota emeryta i dokąd ucieka przed zgiełkiem.

Zdjęcie

Marian Kociniak /fot  /AKPA
Marian Kociniak
/fot /AKPA

Chętnie daje się Pan namawiać na wspomnienia?
- Ileż można wspominać? Ot, minął któryś tam rok... Tyle.

Ale przecież Pan dopiero co przerwał milczenie w książce "Marian Kociniak. Spełniony"...
- To prawda. Po czterdziestu, właściwie po pięćdziesięciu prawie latach, otworzyłem buzię.

Zdjęcie

/fot /AKPA

I źle Panu z tym?
- No i teraz jej nie zamykam, na okrągło gadam, udzieliłem chyba tysiące wywiadów. Już mam dosyć, już się powtarzam.

Ale to piękne czasy. Trzeba o nich opowiadać, bo one już nie wrócą. Mieliście szczęście tworzyć w czasach ludzi pięknych.
- I w teatrze. Przede wszystkim w Ateneum, moim ukochanym, w którym święciłem sukcesy przez pięćdziesiąt lat. Pięknie było aż do dnia, w którym przyszła pewna pani i rozwaliła cały teatr, a mnie zwolniła...

Czuje się Pan emerytem?
- Nie, nie czuję się. Cały czas pracuję w trzech teatrach. Mam więc huk pracy. We wrześniu zacząłem próby u Tomka Karolaka w IMCE.

Okazuje się, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i otworzyć własny teatr?
- Karolakowi bardzo pięknie idzie. Na każdym spektaklu jest komplet publiczności, więc to przyjemność.

Zdjęcie

Marian Kociniak z żoną
/fot /MWMedia

A kiedy Pan nie gra?
-A jak nie gram, to siedzę u siebie na wsi. Mam piękny dom nad Narwią. Siedzę, grilluję, robię mięsiwa. Głównie kuchnią się zajmuję.

A na mięsiwie się Pan zna?
- Pewnie! Karkówkę trzymam kilka dni w zalewie, w chłodni, a potem rzucam na ruszt. Często przyjmuję gości. Bez przerwy ktoś u mnie przesiaduje.

Jak najchętniej spędza Pan czas z wnukami?
- W kanastę z nimi gram. Ogrywają mnie w karty i to jak!

A kultową sztukę z Pana udziałem - "Igraszki z diabłem" - znają?
- Znają na pamięć. Najmłodszy wnuk, który skończył siedem lat, oglądał już kilkakrotnie "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" i "Janosika". A ja "Janosika" z kolei nie lubię, bo jestem tam tym, któremu nic się nie udaje.

Zostały przyjaźnie z tamtych lat?
- Tak, bezwzględnie.

Spotykacie się? Macie czas na wspólne nasiadówki?
- Rzadko bardzo. Nie ma czasu. Ja najczęściej siedzę na wsi, więc i zawsze zapraszam serdecznie do siebie, ale nie każdy ma czas, by przyjechać.

W Warszawie ma Pan swoje ulubione miejsca?
- Nie. Może Saska Kępa, czyli tam, gdzie mieszkam. Ale nie mam specjalnie ulubionego kąta. Moje miejsce to jest wieś. Tam odpoczywam.

Od czego zaczyna Pan dzień?
- Od kawy. Ja się wcześnie kładę, obejrzę "Fakty" i padam, a o wpół do szóstej już jestem na nogach. Pierwsza kawa mocna, następna z mlekiem.

A potem dopiero śniadanie?
- Śniadanie jemy najwcześniej o wpół do dziesiątej. Żona przygotowuje. Na ogół są to w różnej odmianie jajka, a co drugi dzień musli na mleku. Moją specjalnością jest jajecznica na cebulce, pomidorach i papryce.

Samo zdrowie.
- Samo zdrowie. Widzi pani, tak to spędzam czas.

Ale jak przyjadą wnuki to nici z ciszy?
- O, tak! Moje kochane. Jak były maleńkie, budowałem im huśtawki i piaskownicę. Teraz rozpalamy ognisko i pieczemy kiełbaski albo grillujemy.

 Śpiewacie czasem?
- Nie. No chyba, że popijemy troszkę, to wtedy.

Rozmawiała Beata Banasiewicz

Pełna wersja wywiadu - z którego dowiecie się, jak Marian Kociniak dba o kondycję, jakie jest jego danie popisowe, oraz która nalewka najlepiej wychodzi aktorowi - w 50. numerze "Tele Tygodnia".

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama