Reklama

Lamparska zagra nawet na Grenlandii

Poniedziałek, 3 grudnia 2012 (12:10)

Podobnie jak grana przez nią Marta w "Hotelu 52", Magdalena Lamparska jest niepoprawną optymistką i głęboko wierzy w marzenia. Celebruje życie - gotuje, maluje, śpiewa i występuje. Zafascynowana Wschodem, ma za sobą główną rolę w polsko-rosyjskim filmie i nie zamierza na tym poprzestać.

Zdjęcie

Magdalena Lamparska /fot  /AKPA
Magdalena Lamparska
/fot /AKPA

W szóstym sezonie "Hotelu 52" pojawiła się aż trójka nowych bohaterów. Jak pracowało Ci się z nimi na planie?
- Wspaniale! Bardzo się cieszę, że do nas dołączyli. Najwięcej scen mam z Klaudią Halejcio, czyli serialową Sarą, nową recepcjonistką. To młoda, fantastyczna dziewczyna, bardzo energetyczna i otwarta na współpracę. Kiedy za to pierwszy raz zobaczyłam na planie Adę Fijał, która w serialu gra nową kierowniczkę restauracji, przestraszyłam się, że już nigdy nie będę mogła przyjść do pracy w dresie (śmiech). Ale to oczywiście tylko żarty, bo Ada jest naprawdę świetną dziewczyną. No i Filip Bobek. To jest moje odkrycie i wielka platoniczna miłość! (śmiech). Filip jest bardzo dobrym aktorem o nieprzeciętnym poczuciu humoru. 

Zdjęcie

Z Klaudią Halejcio na planie "Hotelu 52"
/fot /AKPA

Czujesz się mentorem dla najmłodszej, Klaudii Halejcio?
- Nie, jest tylko dwa lata młodsza, to prawie żadna różnica. Aktorstwo zresztą jest zawodem, w którym wciąż się uczymy. Na bycie dobrym aktorem nie ma gotowej recepty. Nawet gdybym zagrała w dwudziestu filmach, to i tak przy każdej roli zaczynam od początku. Jeśli chodzi o Klaudię, to mogłam ją wesprzeć jedynie tym, że ciepło przyjęłam ją na planie i bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Prywatnie pojawiła się między nami fajna chemia i to jest ważne, bo od czerwca do września spędziłyśmy ze sobą dużo czasu na planie (śmiech).

Podobno upiekłaś tort dla reżysera?
- Tak, gotowanie to moja druga pasja. W moim rodzinnym domu zawsze się dużo gotowało. Podpatrywałam w kuchni tatę, a później siostrę. Już w wieku sześciu lat dekorowałam pierwsze torty. Zawsze miałam zdolności manualne, malowałam, robiłam własnoręcznie kartki na różne okazje. Teraz często zapraszam znajomych na obiady i kolacje. Chętnie kosztują moich dań. Na planie "Hotelu 52" w związku z tym było sporo śmiechu, bo nasz reżyser, Grzegorz Kuczeriszka, zaczął witać mnie każdego dnia pytaniem: "Masz ciasto?". Dlatego niewątpliwie miłe jest to, że moje wypieki smakują, bo to w gotowaniu jest najfajniejsze.

A w przerwie między zdjęciami pisałaś magisterkę o Poli Negri. To Twoja idolka?
- Moich idoli szukam raczej w czasach obecnych. W jej historii bardziej interesowało mnie badanie mitu, który stworzyła i to, jak funkcjonuje on w naszych czasach. Nie doszukiwałabym się w tej osobie jakiegoś mistycyzmu. Niestety, realia są takie, że my o Poli Negri nie wiemy zbyt wiele. Znamy tylko misternie skonstruowany, w dużej mierze zafałszowany, obraz jej życia. Najczęściej opowiadany w konwencji melodramatu lat dwudziestych. Każdy wie, że była wielką aktorką, ale nic poza tym. Jak się okazuje, jej historia wcale nie jest tak idylliczna.

Kto w takim razie jest Twoim współczesnym idolem?
- Moja siostra. Ona jest dla mnie wzorem do naśladowania. Nie ma to zupełnie nic wspólnego z aktorstwem, ale gdy myślę o życiowej inspiracji, to do głowy jako pierwsza przychodzi mi właśnie siostra. 

Zdjęcie

/fot /AKPA

Zagrałaś główną rolę w polsko-rosyjskiej produkcji "Tylko nie teraz". Jak się gra w obcym języku?
- Bardzo dobrze. Wtedy młody aktor uświadamia sobie, jak ważne jest słowo i przekazanie tego słowa w odpowiedniej tonacji i akcencie. Ja jestem z tego pokolenia, które w szkole uczyło się angielskiego, dlatego rosyjskiego zaczęłam się uczyć na potrzeby filmu. Cały czas zresztą uczę się tego języka, bo zaraziłam się wschodnią kulturą i bardzo lubię Rosję. Byłam na festiwalach filmowych w Moskwie, Petersburgu, w Monczegorsku oraz Irkucku i muszę przyznać, że to zupełnie inny świat, ale ludzie są nam bardzo bliscy. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że takiej gościny, jak w Rosji, nie ma nigdzie na świecie. Ludzie tam są bardzo otwarci na Polaków, ja zostałam przyjęta rewelacyjnie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła zagrać w Rosji. Tego sobie życzę.

Chciałabyś kontynuować swoją karierę za  granicą?
- Aktor to człowiek w ciągłej podróży. A granice i bariery językowe nie mają znaczenia, bo wszystkiego można się nauczyć. Granie w filmach zagranicznych to wyzwanie i fantastyczna przygoda. Dlaczego więc ograniczać się do własnego podwórka. Jeśli propozycja byłaby interesująca, jestem gotowa zagrać nawet na Grenlandii!

Wielu polskich aktorów działa przecież za granicą.
- Tak, i radzą sobie świetnie! W Rosji polscy aktorzy są bardzo doceniani. Wszyscy znają tam Janusza Gajosa, Beatę Tyszkiewicz czy Barbarę Brylską. Byłam ostatnio na niemieckim filmie "Zagubiony czas", w którym główną rolę zagrał Mateusz Damięcki i wypadł znakomicie! Podobne odczucia miałam po filmie "Stepy", polsko-belgijskiej produkcji. Tam w głównej roli obsadzono Agnieszkę Grochowską. Film jest bardzo poruszający, a Agnieszka jest po prostu fantastyczna. To jest niesamowite, że nasi aktorzy wyjeżdżają, pracują i pokazują, że aktorstwo w Polsce jest naprawdę na wysokim poziomie. 

Paulina Masłowska - AKPA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

AKPA

Reklama