Reklama

Lech Dyblik. Wolny jak Badura

Piątek, 4 września 2015 (13:32)

– Cieszę się z tego, co mam. Nie czekam na sławę, bo wiem, że spektakularny sukces najczęściej kończy się katastrofą – przyznaje aktor, który w serialu gra Kazimierza Badurę, bezdomnego o filozoficznym podejściu do życia.

Aktor drugoplanowy. Lubi Pan to określenie?

– Kiedyś miałem z tym duży problem. To wynik moich kompleksów, niskiej samooceny. Szeregowiec, który ma poczucie, że nosi w plecaku buławę. W pewnym momencie uświadomiłem sobie jednak, że na którym planie bym nie był i w którym rzędzie bym nie stał, to płacą mi coraz więcej (śmiech).

W przeciwieństwie do większości ludzi z tej branży jestem chytry na pieniądze. Z drugiej strony wiem, że zawodowe sukcesy mi ogromnie szkodzą...

To znaczy?

– Spektakularny, nieoczekiwany sukces, tzw. wznosząca fala bywa bardzo niebezpieczna. Zdarzyło się kiedyś, że francuski reżyser pochwalił mnie, a ja z tego szczęścia... piłem dwa lata.

To było dawno temu, teraz wiem, że moja choroba jest najlepszą rzeczą, którą dostałem od Boga. Dzięki niej mam szansę zrozumieć, kim jestem.

Odkryłem też bardzo ważną dla siebie rzecz: zrozumiałem, że jednak to nie ja jestem najważniejszy na świecie. I wreszcie polubiłem fakt, że jestem ojcem oraz mężem.

I teraz, po tych doświadczeniach, poświęca Pan swój czas spotkaniom z młodzieżą, rozmawia z osobami uzależnionymi.

– Owszem, choć kiedy zaczynałem, nie wierzyłem, że młodzi ludzie, gimnazjaliści, będą w stanie cokolwiek zrozumieć i wysiedzieć ponad godzinę, cierpliwie słuchając moich wywodów na temat zagrożeń, które czają się za rogiem. A oni, co jest dla mnie dość zaskakujące, siedzą jak w filharmonii.

Rozmawiam z nimi i nie widzę powodu, by być dla nich mentorem. Czy moje spotkania odnoszą jakikolwiek skutek? Nie wiem, ale mam przekonanie, że robię to, co do mnie należy. Staram się przełamywać stereotypy. Taki na przykład, że przyczyną alkoholizmu jest alkohol.

Ta choroba zaczyna się najczęściej w domu rodzinnym. Gdy nie lubisz swojego domu, szykuj się na kłopoty.

Śpiewa Pan też na ulicy, niczym bard rosyjskie ballady.

– Wiem, że śpiewanie po rosyjsku w obecnych czasach jest nielogiczne. Jednak brak logiki zawsze mnie pociągał, dlatego być może zostałem piosenkarzem radzieckim (śmiech).

Lubię obserwować twarze starszych ludzi, którzy raptem słyszą dawno zapomniane piosenki swojego dzieciństwa. Często śpiewają razem ze mną. To, że występuję na ulicy, jest dla mnie potwierdzeniem mojej wolności. Chcę śpiewać – biorę gitarę, siadam na ławce i śpiewam. To proste i nie ma potrzeby, by finansowała to Unia Europejska, a patronatem obejmował minister kultury (śmiech).

Nie spotyka się Pan z kolegami po pracy na planie?

– Cóż, z kolegami z branży spotykam się po godzinach bardzo rzadko. To dlatego, że żyję na co dzień w zupełnie innym świecie. Moi najlepsi kumple to różni dziwni i ciekawi ludzie, delikatnie mówiąc, niezwiązani z kulturą oraz sztuką.

Czy postać bezdomnego Kazimierza Badury, którą gra Pan w „Świecie według Kiepskich”, jest Panu emocjonalnie bliska?

– Bardzo. To przede wszystkim człowiek niezależny, a tę cechę cenie sobie także prywatnie. Żyje na złomowisku, wytrwale oczyszcza planetę, dyskutuje z panem Ferdynandem (Andrzej Grabowski) o sprawach w życiu najważniejszych, a Unia Europejska i tanie loty nie powalają pana Badury na kolana.

Rozmawiał Artur Krasicki

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama