Reklama

Łukasz Nowicki o roli w serialu "Zbrodnia"

Poniedziałek, 10 sierpnia 2015 (13:31)

W środowisku bogatych i sławnych dochodzi do zbrodni. Policjanci wracają na Hel, by rozwikłać kolejną zagadkę. Wśród podejrzanych znajdzie się bohater grany przez Łukasza Nowickiego. Życie Walickiego jest pełne kłopotliwych sekretów.

Rola Mariusza Walickiego nie gwarantuje łatwego zdobycia sympatii widzów. To jest postać bardzo niejednoznaczna... Co Pana skłoniło do zagrania jednego z bohaterów drugiego sezonu „Zbrodni”?

– Bardzo zainteresowało mnie w tej propozycji, że przyjdzie mi się zmierzyć z rolą człowieka uwikłanego w wewnętrzny konflikt. A gdy jeszcze dowiedziałem się, że partnerować mi w tym ukrywanym związku będzie Rafał Cieszyński, to po prostu… umarłem.

Rafał, najpiękniejsze ciało Rzeczpospolitej. Mężczyzna o ogromnym poczuciu humoru, wrażliwości, subtelności. Jak pomyślałem, że spędzę z Rafałem kilka dni zdjęciowych, to uznałem, że warto podjąć to wyzwanie. Nawet narażając się na przeziębienie, bo na Półwyspie Helskim bardzo wieje. Ale Rafał zawsze dbał o mnie...

A tak zupełnie poważnie, to już raz grałem geja, w serialu „Magda M.”. Jednak wtedy to były inne czasy – homoseksualizm inaczej postrzegano, był tabu w znacznie większym stopniu niż dzisiaj. Dlatego też, gdy w tamtym serialu pojawiła się scena, w której Bartek Świderski wycierał moją głowę ręcznikiem, to nie pojawiła się ona w emisji. Producenci uznali widocznie, że jest za ostra.

Teraz idziemy trochę dalej. Oczywiście nie oznacza to, że w tej produkcji pojawią się jakieś dosłowne sceny. Chodzi raczej o to, że historia jest znacznie głębsza.

To znaczy?

– W „Zbrodni” wszystkie zachowania mojego bohatera i jego motywacje powodowane są miłością. Walicki cały czas ukrywa swoje prawdziwe uczucia – i to jest chyba najbardziej interesujące, a jednocześnie to prawdziwy dramat. Nie potrafię wyobrazić sobie takiej sytuacji w moim prywatnym życiu. Sytuacji, w której aż tak bardzo nie mogłbym żyć w zgodzie z samym sobą.

Ale świat, w którym żyje Mariusz, taki właśnie jest, męski, wręcz samczy. A do tego jeszcze mój bohater ma pilnie obserwującą go żonę, od której jest zależny.

Drugi sezon „Zbrodni” jest kreatywną adaptacją książki „W zamkniętym kręgu” szwedzkiej pisarki Viveki Sten. Lubi Pan skandynawskie kryminały?

– Odpowiedź jest banalna – słabo je znam. Dużo pracuję i nie bardzo mam czas na czytanie, a jeśli już czytam, to staram się wybierać książki podróżnicze. Ale swego czasu czytałem trylogię Stiega Larssona „Millenium” i bardzo mnie zachwyciła. W niej jest taki rodzaj szarości, operowania półtonami, który lubimy.

Myśli Pan, że umiemy tę szarość, półmrok i tajemniczość przenieść do serialu?

– My, Polacy, jesteśmy czarno-biali, a materiał skandynawski, na którym się opieramy, jest szary. Nieco wolniejszy, nie tak agresywnie jednoznaczny. Pewnie dlatego tak wiele osób pokochało tę literaturę. A wszystko przez to, że świat się zradykalizował, a ludzie mają dość skrajności i tęsknią za brakiem radykalizmu.

Mam nadzieję, że druga „Zbrodnia” też będzie taka niejednoznaczna, a przez to ciekawa. A czy my to potrafimy zagrać? Myślę, że pomoże nam dobry scenariusz. No i nieco magiczny Półwysep Helski – tu cztery razy w ciągu godziny pada, cztery razy wychodzi słońce.

Lubi Pan grać w serialach?

Nie traktuję „Zbrodni” jak serialu. Ponieważ kręcimy trzy godziny materiału, mam wrażenie, że gram w nieco dłuższej fabule. To jest jedna historia, przy odpowiednim montażu można by zrobić z tego dwu i półgodzinny film. I mogłoby to wejść do kin.

A jaka rola się Panu marzy?

– Zdecydowanie teatralna. Praca na planie filmowym czy serialowym jest dość monotonna i męcząca. To czekanie, czekanie, czekanie. W teatrze tak wiele zależy od nas, aktorów…

Po premierze to na nas spoczywa odpowiedzialność za historię, za prawdę, za wzruszenia… Zawsze można coś poprawić, pozmieniać, zareagować na wcześniejsze błędy w inscenizacji.

Na planie często pytam reżysera, jak było? I muszę mu zaufać… On wie, jak to zmontuje, widzi wszystko na monitorze, czuje rytm montażu.

Lubi Pan swojego bohatera z serialu „Zbrodnia”?

– Bardzo. Choć nigdy, ani przez sekundę nie chciałbym być Mariuszem Walickim. I to właśnie jest piękne w aktorstwie. Jesteśmy kimś, a za chwilę już nie jesteśmy, bo znowu jesteśmy… sobą.

Rozmawiała Hann Miłkowska

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama