Reklama

Magdalena Boczarska: Nauczyłam się być sama ze sobą

Środa, 25 stycznia 2012 (08:00)

Po sukcesie "Różyczki" Kidawy-Błońskiego jej świat się zatrzymał. Musiała dojrzeć emocjonalnie do zamknięcia za sobą kilku etapów życia, zarówno jako aktorka, jak i kobieta. Teraz znowu ruszyła do przodu.

Zdjęcie

    /MWMedia
   
/MWMedia

Umawiamy się w modnej restauracji w centrum Warszawy. Magdalena Boczarska przychodzi prosto z treningu. Bez makijażu, ubrana w luźne czarne spodnie, białą bluzę. Bardzo szczupła, delikatna. Wygląda młodziej niż na ekranie, jak dwudziestoparoletnia dziewczyna. Uważnie przegląda kartę. Długo się waha, co zamówić, rozmawia z kelnerem, w ostatniej chwili zmienia zdanie. – Chodzenie ze mną do restauracji to męka, nigdy nie mogę się zdecydować – żartuje. W końcu wybiera śledzia. Na początku zadaje mi pytanie: – Będziemy autoryzować? To dla mnie ważne. Kiedyś udzieliłam wywiadu pewnemu magazynowi, później zobaczyłam tekst, w którym moje słowa zostały całkowicie wyrwane z kontekstu. Próbowałam tłumaczyć to dziennikarce, a ona w odpowiedzi wysyłała mi obraźliwe maile.

Przed naszym spotkaniem czytałam kilka wywiadów z Tobą, z których… niewiele można się dowiedzieć.

- Wywiad to przede wszystkim rozmowa. Jej przebieg zależy również od dziennikarza. Pytanie: jak bardzo można być szczerym? Gdzie leży granica prywatności? Są osoby, które mogą sobie pozwolić na bycie sobą. To wynika z wieku, doświadczenia, dystansu. Na przykład wywiady z Danielem Olbrychskim zawsze są świetne.

Dla filmu odkrył Cię duet Saramonowicz/Konecki, który wyprodukował kilka hitów. Ale ostatnie dzieło Saramonowicza „Jak się pozbyć cellulitu?”, delikatnie mówiąc, do udanych nie należy, zwłaszcza że wcześniej była genialna, nagrodzona „Różyczka” Jana Kidawy-Błońskiego. Żałujesz, że w nim zagrałaś?

- Nigdy nie żałowałam, że coś zrobiłam. Decydując się na rolę, ufam swojej intuicji i w tym przypadku też mnie nie zawiodła. Propozycję pracy w „Jak się pozbyć cellulitu?” dostałam jeszcze przed festiwalem w Gdyni, więc byłam wolna od kalkulacji „mam nagrodę i co dalej”. Cieszyłam się, że po trudnym filmie, jakim jest „Różyczka” – który mógłby mnie zafiksować na tzw. ambitne kino – będę mogła sprawdzić się w innym gatunku. Osobiście bardzo lubię „Cellulit”, to najbardziej profesjonalny projekt, w jakim do tej pory brałam udział, i było mi przykro, że wysiłek tak wielu ludzi nie został doceniony. Chociaż mam świadomość, że nie wszystkim musi podobać się moja praca. Teraz gram w kilku spektaklach równocześnie. Niektóre z nich to wyłącznie rozrywka.

W najnowszym „Henryk Sienkiewicz. Greatest hits” (reż. Krzysztof Materna) w teatrze IMKA wychodzisz na scenę jako pierwsza i przedstawiasz się: „Nazywam się Magda Boczarska. Jestem aktorką. Cenioną aktorką. Dostałam na festiwalu nagrodę za najlepszą rolę kobiecą. Ale nie powiem, żeby działo się najlepiej”. To część scenariusza. A poważnie? Co słychać u Magdy Boczarskiej? Nagroda w Gdyni coś zmieniła?

Cytat

Kobiety zawsze traktowały mnie jak zagrożenie. Lepiej czułam się w towarzystwie mężczyzn. To się zmieniło.

- To trudne pytanie. Każdy aktor jest trochę próżny i potrzebuje docenienia, więc i nagrody są ważne. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miała dla mnie znaczenia. Miłe też były następne: w Indiach, na festiwalu na Goa, później w San Francisco. „Różyczka” to w ogóle wiele ważnych chwil w moim życiu. Na premierze Adam Michnik powiedział mi komplement: „Dziękuję pani, bo pani zagrała Polskę. Tak bardzo chciała być kochana, tak bardzo chciała się podobać, tak chciała być szczęśliwa, a tak ją wszyscy pieprzyli”. To było mocne! Ale wracając do twojego pytania, to myślę, że o nagrodach trzeba zapomnieć równie szybko, jak się je dostało. Rzadko coś zmieniają.

Czyli nie przełożyło się to na propozycje?

Nie, to znaczy dostawałam propozycje, ale były rozczarowujące. Nie chcę nikogo urazić, bo doceniam, że się do mnie zwrócono, ale uważam, że po „Różyczce” nie wypadało ich przyjąć. Nie chodzi o to, że nie chcę się rozbierać, ale jak czytam, że „wychodzi seksowna spod prysznica”, to robi mi się niedobrze. Może „Różyczka” mnie rozpieściła? Ważna jest jakość. Dlatego zdecydowałam się zagrać 33-letnią babcię w „Baby blues” u Kasi Rosłaniec (reżyserka „Galerianek” – przyp. red.). Nieduża rola, siedem dni zdjęciowych, ale niesamowite wyzwanie. Wspomniane role, których odmówiłam, były główne, ale w ogóle mnie nie zainteresowały. Po „Różyczce” wiele osób mówiło mi, że takiej roli – w tym sensie, że taki kaliber, tyle materiału – długo nie dostanę. I nagle okazało się, że jednak przyszła – od Janka Kidawy-Błońskiego.

Nie było to chyba aż tak zaskakujące. W końcu Kidawa poznał Twoje umiejętności właśnie przy pracy nad „Różyczką”.

- Wiedziałam, że chce zrobić film, ale nie sądziłam, że będę w nim grać. Znałam scenariusz, tam była postać osiemnastolatki, więc nie dla mnie. Poza tym myślałam, że Janek chce ode mnie odpocząć. Dużo ze mną przeżył przy „Różyczce” – najpierw zdjęcia, potem rok montażu, później jeździliśmy z filmem. Ale miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć do „Nigdy się nie dowiesz” zadzwonił: „Nie uwierzysz, ale szukam od roku i nie jestem w stanie znaleźć aktorki”. Historia lubi się powtarzać, bo Różyczki też szukał dokładnie rok. Z mojego powodu postanowił zmienić scenariusz i z osiemnastolatki zrobił dorosłą kobietę. To jest bardzo ważny film w moim życiu, nie wiem, czy nie najważniejszy.

Dlaczego?

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama