Reklama

Monika Dryl. O synu mówię bez końca

Środa, 2 grudnia 2015 (11:33)

Czas dzieli między swoje największe pasje: aktorstwo, muzykę i macierzyństwo. Monika Dryl opowiada m.in. o premierze w Teatrze Narodowym i przyznaje, że rozpiera ją energia.

Dołączyła Pani do obsady „Klanu” jako Ula, córka Leopolda (Grzegorz Wons). Czy postać zagości w serialu na dłużej?

Nigdy nie wiadomo. Zaskoczyła wszystkich swoją decyzją powrotu z zagranicy, gdzie mieszkała przez ostatnich 10 lat, rozstała się tam z facetem i postanowiła budować życie na nowo w kraju. Czy jej się to uda i w jakim kierunku pójdzie – wszystko zależy od scenarzystów.

Już na wstępie skomplikowali sprawę, kiedy okazało się, że nie ma dokąd wracać, bo jej dom jest zamieszkany!

Co mogło zapowiadać konflikt, tymczasem, ku memu zadowoleniu, tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, Ula z życzliwością  odniosła się do córki nowej żony swego ojca, Bożenki (Agnieszka Kaczorowska) i jej męża (Konrad Darocha), mieszka z nimi pod jednym dachem, pomaga im, gotuje i… czeka, aż znajdą sobie nowe lokum (śmiech).  

Jest Pani niejako „weteranką serialową”, zagrała Pani już w tylu, że trudno zliczyć!

Seriale stanowią ważny obszar aktywności w zawodzie, minęły czasy podziału aktorów na teatralnych i serialowych, dziś grają w nich wszyscy. Przez 14 lat, bo tyle minęło, odkąd skończyłam Akademię Teatralną,  zdążyło się już ich uzbierać.

Na co dzień jest Pani aktorką Teatru Narodowego w Warszawie. Nobliwa scena...

Na której obchodzimy 250-lecie teatru publicznego w Polsce. Z tej okazji mieliśmy uroczystą premierę „Kordiana”, w reżyserii dyrektora Jana Englerta, z udziałem prawie całego zespołu. To doniosłe wydarzenie, a dla nas niebywała okazja do spotkania w tak licznym gronie. Zazwyczaj mijamy się w kuluarach, napotykamy przypadkiem po próbach w bufecie...

Jest w Pani życiu jeszcze inna ważna scena, Teatr Pieśni Kozła.

Zaczęłam z nim współpracę cztery lata temu, przez ten czas zdążyliśmy już objechać pół świata, zdobyć wiele wyróżnień. Na jednym z naj- ważniejszych międzynarodowych festiwali teatralnych w Edynburgu, w 2012 roku, nasze „Pieśni Leara” zgarnęły wszystkie możliwe laury, wymyślono nawet dla nas dodatkową nagrodę, a w rankingu wszystkich spektakli tam wystawianych, a było ich 2,5 tysiąca, zajęliśmy pierwsze miejsce! Jako wyraz uznania Szkoci zaproponowali nam realizację spektaklu w języku gaelickim! Tak powstał projekt „Return to the voice”, w którym śpiewa również Anna Maria Jopek.

Tym akcentem przechodzimy w świat muzyki, równie Pani bliskiej jak aktorstwo…

Faktycznie, te dwie pasje we mnie tkwią mocno, kiedyś miałam swój zespół, The Monica Quintet, dziś śpiewam solo. Przygotowuję się do wydania płyty, myślę, że pojawi się wiosną. Ostatnio wzięłam udział w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, który dostarczył mi wiele radości i niespodziewanych emocji.

Odgrywanie danej postaci wymaga koordynacji wielu elementów – śpiewu cudzym głosem, zaprzyjaźnienia się z charakteryzacją, często mało komfortową, opanowanie układu choreograficznego, interpretacji aktorskiej – a na występ mamy tylko 2,5 minuty – jeden strzał! Bardziej udany lub mniej, w każdym razie zabawa jest przednia i pouczająca. Dowiedziałam się o sobie rzeczy, o które bym się nawet nie podejrzewała... (śmiech).

Z chęcią opowiada Pani o pracy, ale ponoć dopiero się zacznie, gdy zapytać Panią o Antosia!

O tak, moi znajomi wiedzą, że potrafię o nim mówić bez końca (śmiech)! Nasz 6,5 letni synek jest najcudowniejszym zdarzeniem w kosmosie, jakie mi się mogło przytrafić! W tym roku rozpoczął naukę w szkole muzycznej, gra na pianinie i saksofonie. Popołudniami trenuje piłkę nożną, tu może się wyszaleć. Bo energia go rozpiera, a baterie zdaje się nigdy nie wyczerpują – to u nas rodzinne (śmiech)!

Rozm. J. Majewska

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama