Reklama

Muszynka, Paryż, Londyn

Piątek, 13 kwietnia 2012 (06:00)

Gra z Juliette Binoche, Kristin Scott Thomas i Ethanem Hawke, ale Joannie Kulig nie grozi od tego zawrót głowy. Góralka nie dzieli ludzi na zwykłych i gwiazdy. Po odważnych nagich scenach w "Sponsoringu" została okrzyknięta seksbombą, nie zamierza jednak rozbierać się w „Playboyu”.

Zdjęcie

/   /AKPA
/ /AKPA

Czy w Muszynce widzieli już Sponsoring?

- W Muszynce mieszka 300 osób i nie ma kina, więc ludzie jechali do Krynicy. Film sprowadzono tak szybko, że premiera krynicka była prawie równocześnie z warszawską! Natychmiast rozeszły się wszystkie bilety. Dzwoniłam do znajomej z urzędu gminy, żeby pomogła zorganizować wejściówki dla mojej rodziny. (śmiech)

Mamie film się podobał?

- Mamie się podobał. Pamiętam, że zadzwoniłam do niej, pytam, co robi. A mama: "Właśnie idę do kina. Na TWÓJ film". Zobaczyła, zadzwoniła: "Asiu, ty się urodziłaś z... TAKĄ energią!". Dodała, że jestem bardzo fotogeniczna.

Przygotowywałaś ją na to, co zobaczy?

- Tak, gdy już byłam po zdjęciach, powiedziałam: "Mamo, wiesz, gram w takim filmie... o sponsoringu wśród studentek... I wiesz, będą takie sceny...". Mama przerwała: "Daj spokój, przecież ja wiem, że to jest film, a ty jesteś aktorką! Dawniej się o takich tematach milczało, a teraz się mówi głośno. I bardzo dobrze". No więc okazało się, że moja mama jest nie tylko mądrą, ale i otwartą kobietą.

A inni? Znajomi, sąsiedzi...

- Pewnie trochę się obawiali. Po tym, co na początku mówiło się w mediach, krążyły opinie, że zagrałam w soft porno. Zobaczyli, odetchnęli z ulgą, że jednak nie.

Ale Szumowska wspominała, że kłóciłaś się z nią, bo nie chciałaś zagrać jakiejś sceny. O którą chodziło?

- O całą sekwencję z klientem. Powiedziałam Małgośce, że chyba nie dam rady. Była wściekła: "Po coś brała tę rolę?! To było w scenariuszu! Wiedziałaś!". Pomyślałam: "No fakt". Potem Małgośka się śmiała, że Anaïs Demoustier zapowiadała, że nie ma najmniejszych problemów z erotycznymi scenami, a okazało się, że jednak miała. A ja, jak już weszłam na plan, byłam spokojna, skupiona na tym, co mam robić. Duble były, ale nie z mojego powodu. Raczej zawodził sprzęt na planie. (śmiech)

Zdjęcie

Joanna Kulig na premierze "Sponsoringu" razem z Juliette Binoche i Małgośką Szumowską
/ /AKPA

Czyli panika była przedwczesna?

- Tak, jednak wcześniej musiałam zracjonalizować, zrozumieć, kim jest postać, którą gram. Powiedziałam sobie: "OK. Alicja nie uważa, że sponsoring równa się prostytucji. Tak sobie to w głowie ustawiła. Ma jednego przyjaciela, który się nią opiekuje, potem kilku, ale zawsze to ona wybiera klientów. Traktuje sponsoring jak każdy inny zawód. Mówi nawet: "Szkoda, że nie mogę tego wpisać w CV".

Pierwszy raz zagrałaś nago w "Środa czwartek rano". Dostałaś wtedy na festiwalu w Koszalinie i w Gdyni nagrodę za debiut.

- Pamiętam ogromny stres. Byłam na trzecim roku studiów. W filmie Grzegorza Packa naga Tereska traci przytomność. Panikowałam, że nie dam rady zagrać, i reżyser po kilku dublach kazał nam wracać do domów. Nazajutrz udało się już w drugim ujęciu. Czułam, że moja nagość ma sens. Scenariusz był oparty na prawdziwej historii 18-letniej dziewczyny chorej na białaczkę. Tereska nigdy nie miała chłopaka, chciała kochać się pierwszy i być może ostatni raz w życiu. Przygotowując się do roli, odwiedzałam szpital dziecięcy. Starałam się dać mojej bohaterce rodzaj naiwności, którą widziałam u tych dzieci. I myślałam o tzw. tańcu śmierci, gdy ludzi tuż przed odejściem roznosi energia.

Zawsze tak przygotowujesz się do roli?

- Przed zdjęciami do Sponsoringu chodziłam do Muzeum d’Orsay oglądać akty. Myślałam, że przecież nie patrzymy na nie jak na pornograficzną nagość. Na planie pomogło też to, że intymne części ciała były oklejone taśmami. To ważne - powstała symboliczna granica. Kręcąc takie sceny, dba się o komfort aktorów. Minimum ekipy, maksimum skupienia, by było jak najmniej dubli.

Zdjęcie

/ /AKPA

Podobno zanim zagrałaś u Szumowskiej, miałaś kryzys i myślałaś, by rzucić aktorstwo.

- To prawda. Grałam Hermię w Śnie nocy letniej w Starym Teatrze w Krakowie. Reżyserowała Maja Kleczewska. Stosowała metodę Stanisławskiego. Wiedziałam, że aktor grając postać, ma "podkładać" swoje osobiste przeżycia, emocje. Ale schodziłam ze sceny i czułam się fatalnie. Nie mam pretensji do Mai, powinnam była sama wiedzieć, że to nie jest dla mnie. Tylko skąd mogłam to wiedzieć na początku?

Szkoła tego nie uczy?

- Doceniam krakowską szkołę teatralną, nauczyła mnie wiele, ale niestety jednego nie: ochrony siebie. Aktorzy uczą się, jak się otworzyć. Studenci reżyserii mają zajęcia z psychologii i potem z tej wiedzy korzystają. Zdarza się, że wyciągają od aktora zwierzenia i wykorzystują, pracując nad rolą. By się przed tym chronić, czytałam książki o manipulacjach.

I aktorstwa nie rzuciłaś.

- Ale rzuciłam etat w Starym Teatrze! Zdziwiona odkryłam: "Mam dwadzieścia kilka lat i czuję się wypalona?!". Zrobiłam tabelkę: plusy i minusy. Wyszło więcej powodów, dla których powinnam odejść, niż tych, dla których warto byłoby zostać w teatrze - grałam ze świetnymi aktorami, ludzie przychodzili mnie oglądać, bili brawo. Podarłam plakaty, na których była moja twarz, wyrzuciłam DVD z filmami, w których wystąpiłam. Zostawiłam jedną płytę - ze spektaklem Teatru Telewizji Doktor Halina. Obejrzałam go znów i spodobało mi się, jak gram. Pomyślałam, że nie muszę być tak radykalna. I że część plusów z mojej tabelki mogę zachować, nie będąc w teatrze na etacie. Zwolniłam się więc, a potem założyłam zeszyt. Na okładce napisałam: "Firma Joanna Kulig", a na każdej stronie u góry zapisywałam kolejno nazwiska drugich reżyserów.

Dlaczego drugich?

- Bo oni kompletują obsadę. Dzwoniłam, umawiałam się, zostawiałam swoje demo. A jak reżyser nie chciał się spotkać, zostawiałam płytę na portierni i później dzwoniłam sprawdzić, czy ją odebrał.

Zadziałało?

- Tak. Odwiedziłam dwunastu reżyserów i dostałam cztery role, m.in. w Ojcu Mateuszu, w Szpilkach na Giewoncie, w Maratonie tańca, w niemieckim Die verlorene Zeit.

W żadnym z nich już nie grałaś metodą Stanisławskiego?

- Już nie. Dlatego nerwowo zareagowałam, gdy Małgośka Szumowska powiedziała, że stosuje psychodramę. Nie wyobrażałam sobie, że miałabym tak grać. Jedni opierają się na swojej emocjonalności, a ja zadaję mnóstwo pytań dotyczących postaci. Nie obyło się więc bez spięć, ale pod koniec zdjęć Małgośka przyznała mi rację.

Wiesz, że gdy dziś wpisze się "Joanna Kulig" w internetową wyszukiwarkę, pojawia się "Polska seksbomba" albo "Nowa Katarzyna Figura"?

- Wiem. Ktoś, przygotowując tzw. pressbook o filmie Milion dolarów, zapytał, co ja na to, że jestem podobna do Figury. Powiedziałam, że Figura to świetna aktorka i że bardzo podobała mi się w Pociągu do Hollywood. I że wzięłam kiedyś udział w castingu do filmu, w którym miałam zagrać jej córkę. A potem czytam w gazetach, na portalach: jestem jak Katarzyna Figura! I co mogę z tym zrobić? Nic. Więc śmieję się z tego. I cieszę się, że po polskiej premierze Sponsoringu pojechałam do Londynu. Wprawdzie w polskim sklepie "skumali", że to ja, prosili o autografy, pytali, czy mam plakaty, przychodziły jakieś SMS-y, ale jednak byłam "odcięta", nie wiedziałam, że tyle się mówi o filmie i mojej roli.

Rozebrałabyś się do "Playboya"?

- Nie mam nic przeciwko "Playboyowi", ale co innego rozebrać się dla roli, a co innego pokazać biust w gazecie! To nie dla mnie.

Demo, z którym chodzisz na castingi, przygotował Twój mąż, Maciej Bochniak. Jest reżyserem i scenarzystą, ale nie grasz w jego filmach. Wolisz nie łączyć pracy z życiem prywatnym?

- Maciek namawiał, żebym zagrała główną rolę w jego I love you so much. Nie zgodziłam się, nie wyobrażałam sobie wtedy, by na planie mąż wydawał mi polecenia. Wystąpiłam tylko w epizodzie. Potem poprosiłam go, by zrobił demo, więc wyreżyserował kilka scen ze mną i świetnie nam się pracowało. Maciek będzie niedługo kręcił fabułę o disco polo i przekonał mnie, bym zagrała u niego większą rolę. Ale nie zamierzam skończyć jako aktorka obsadzana tylko w filmach męża!

Agnieszka Sztyler

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Reklama