Reklama

Niezapomniany Bogumił. Jerzy Bińczycki

Poniedziałek, 5 października 2015 (10:32)

Najważniejszą cechą jego aktorstwa była duchowa dojrzałość, dzięki której nawet grając dla wielomilionowej widowni, potrafił nawiązać kontakt z pojedynczym widzem. I za to właśnie go kochamy.

Choć trudno w to uwierzyć, w młodości Jerzy Bińczycki nie chciał być aktorem. Doskonale rysował i marzyły mu się studia architektoniczne. Kiedy jednak kolega z licealnego kabaretu, Marek Walczewski, zdawał do krakowskiej szkoły teatralnej, w poczuciu solidarności poszedł razem z nim, chociaż nie przygotowywał się do egzaminów.

– Umiał pół „Bagnetu na broń” i modlił się, żeby o więcej nie pytali – zdradziła po latach jego żona Elżbieta. Zdał! PWST ukończył w 1961 roku i otrzymał angaż w Teatrze Śląskim w Katowicach. Cztery lata później wrócił do Krakowa i związał się ze Starym Teatrem, którego aktorem pozostał do końca życia.

Z poczuciem misji

– Aktorstwo jest jednym z tych zawodów, w których zawsze chce się pracować, niezależnie od zmęczenia, stanu ducha i kondycji – mówił Jerzy Bińczycki.

– Granie dużo go kosztowało, bo był człowiekiem nieśmiałym, musiał wydzierać z siebie to wszystko, co pokazywał na scenie – uważała jednak jego żona. Na teatralnej scenie stworzył około 170 ról. Był m.in. Jakubem w „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego, Edkiem w „Tangu” Sławomira Mrożka, Tomaszem Becketem w spektaklu „Mord w katedrze”, Agamemnonem w „Orestei” Ajschylosa oraz Wernyhorą w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego. Sceniczne deski były jego największą miłością.

– Teatr uważam za najważniejsze miejsce w mojej działalności – przyznawał. Paradoksalnie jednak to film zapewnił mu popularność, uznanie krytyków i podziw widzów. Przed kamerą debiutował jako granatowy policjant w „Drugim brzegu” (1962) Zbigniewa Kuźmińskiego. W 1964 r. zagrał więźnia obozu w Oświęcimiu w „Końcu naszego świata” Wandy Jakubowskiej.

Przez następne lata wcielał się w epizodyczne role czarnych charakterów, ludzi pozbawionych morale i siłą osiągających swój cel. Wśród jego ważniejszych kreacji ekranowych znajduje się „Sól ziemi czarnej” (1969) Kazimierza Kutza, gdzie obok Jana Englerta i Olgierda Łukaszewicza wcielił się w jednego z braci Basistów.

Miał wątpliwości

Jednak bezapelacyjnie najbardziej znaną filmową kreacją Jerzego Bińczyckiego jest rola Bogumiła Niechcica w „Nocach i dniach” (1975), zrealizowanej przez Jerzego Antczaka ekranizacji prozy Marii Dąbrowskiej. Reżyser długo nie mógł zdecydować, komu powierzyć rolę Niechcica. – Basia Ptak, kostiumolog, powiedziała mi, że zna jednego aktora, który ma dwa metry wzrostu, okrągłą twarz i nazywa się Bińczycki Pojechałem do Krakowa, obejrzałem spektakl, w którym grał i zaprosiłem go na kolację.

Nie chciał się zgodzić na moją propozycję. Ostatecznie dał się przekonać – wspominał Antczak. Podobno jednak pierwsze zdjęcia na planie wypadły tak źle, że aktor upił się, był gotów oddać gażę i wracać do domu. Na szczęście postanowił spróbować jeszcze raz. – Propozycja Jerzego Antczaka stwarzała mi okazję sprawdzenia się w innym gatunku – mówił po latach artysta. – Poza tym pasjonującym zadaniem wydawało mi się przełożenie na język filmu literackiego bohatera Marii Dąbrowskiej. Wreszcie, aktor grający główną rolę ma możliwość dyskutowania jej koncepcji, kształtu.

Otrzymuje szansę nie tylko odtwarzania, ale też kreowania postaci – podkreślał. – Jerzy Bińczycki zbudował fascynującą, ponadczasową sylwetkę zwykłego człowieka – pisano po filmowej premierze. W 1977 roku obraz był nominowany do Oscara w kategorii najlepszy film nie- anglojęzyczny. O tym, jak bardzo „Noce i dnie” zapadły w serca widzów, świadczy fakt, że na zakończonym przed kilkoma dniami Festiwalu Filmowym w Gdyni uznano je najlepszym filmem czterdziestolecia. Po roli w „Nocach i dniach” i serialowej wersji filmu Jerzy Bińczycki z powodzeniem kontynuował karierę aktorską.

W latach 70. zagrał m.in. w europejskiej koprodukcji „Dagny” (1976), w „Zaklętym dworze” (1976) i „Podróży do Arabii” (1979) Antoniego Krauzego, w „Zaległym urlopie” (1978) Janusza Zaorskiego oraz w głośnym obrazie „Szpital przemienienia” (1978) Edwarda Żebrowskiego. Jednak publiczność wciąż kojarzyła go przede wszystkim jako bohatera „Nocy i dni”, gdzie stworzył postać tak wiarygodną, że przypisywano mu cechy bohatera: prostolinijność, dobroć i cierpliwość.

– Lubię Bogumiła, ale wierzę, że ta najważniejsza rola jeszcze przede mną – zapewniał jednak w wywiadach aktor. I słusznie, bo w 1981 roku jeszcze raz stworzył na dużym ekranie wielką kreację: profesora Rafała Wilczura – znachora Antoniego Kosiby w adaptacji powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Znachor”, zrealizowanej przez Jerzego Hoffmana.

Rodzina i teatr

– Rodzina to moja pasja, aktorstwo to jedynie zawód, który wykonuję – wyznał aktor, który po rozpadzie pierwszego małżeństwa odnalazł szczęście u boku drugiej żony, Elżbiety. Poznali się, gdy była jeszcze studentką. Pobrali się w 1980 roku. Dwa lata później doczekali się syna Jana.

– Takiej kobiety szukałem. Mimo różnych temperamentów i rytmów wewnętrznych, nasze marzenia i wyobrażenia o domu gdzieś się spotkały. Zaczęło się coś, co zmieniło sens mojego życia – opowiadał. Elżbietę nazywał „idealną żoną”, a znajomi potwierdzali, że mimo dzielących ich 17 lat byli świetnie dobraną parą. W ostatnich latach życia Jerzy Bińczycki poważnie chorował na serce. Lekarze kazali mu się oszczędzać. Nie posłuchał. W czerwcu 1998 roku zgodził się zostać dyrektorem Starego Teatru.

– Nowa funkcja była dla niego zbyt wielkim stresem i obciążeniem – mówił później Jerzy Hoffman. „...Dziękuję ci, serce moje, że nie marudzisz, że się uwijasz, bez pochlebstw, bez nagrody, z wrodzonej pilności...” – strofy wiersza Wisławy Szymborskiej były ostatnim tekstem, który Jerzy Bińczycki przeczytał na scenie swojego teatru z okazji dziesięciolecia pierwszej w Krakowie transplantacji serca oraz olimpiady osób po przeszczepach. Osiem dni później, 2 października 1998 r. doznał zawału i ustało bicie jego serca.

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama