Reklama

Olivia de Havilland. Paryżanka z wyboru

Czwartek, 25 sierpnia 2016 (13:37)

Ma dwa Oscary i ogromną charyzmę. Była pierwszą kobietą, która została przewodniczącą jury festiwalu w Cannes. Dziś odtwórczyni roli Melanii w „Przeminęło z wiatrem” jest młodą duchem seniorką, która właśnie skończyła 100 lat.

Piękna, mądra, wszechstronnie uzdolniona. Miłośnikom kina lat 30. i 40. wydawała się boginią. Jej lekkość olśniewała mężczyzn, a hart ducha podpowiadał paniom, że czasem warto postawić na swoim. Jako młoda kobieta inaczej wyobrażała sobie życie. Nie tak... bajkowo: – Mieszkałam w USA.

Moi przodkowie i krewni byli jednak dobrze urodzonymi Brytyjczykami. Gdy wybuchła druga wojna, z Europy zaczęły napływać niepokojące wieści. Pomyślałam: wszyscy zginiemy, tu, w Ameryce też! Miałam 22 lata i nie wierzyłam, że dożyję trzydziestki – wspomina odtwórczyni roli Melanii w legendarnym „Przeminęło z wiatrem” (1939).

Niezwykłe urodziny

Jej obawy się nie sprawdziły. Patrząc na pogodną twarz Olivii, trudno uwierzyć, że 1 lipca skończyła sto lat.

Zapytana, co robić, by dożyć tak sędziwego wieku, wyjaśnia: – Należy postępować w zgodzie z własnym sumieniem. Zauważyłam, że ci z nas, którzy dają się złamać, częściej podupadają na zdrowiu. Widocznie nasze komórki nie lubią takiego szachrajstwa. Ja zawsze byłam wierna sobie. Co więcej, gdy ktoś deptał moje prawa, stawałam się bezwzględna – mówi. Chwileczkę. Ona – bezwzględna? A jednak!

W latach 40. wygrała proces, który wytoczyła Warner Bros. Była oburzona, bo absurdalny kontrakt wiązał jej ręce, każąc czekać na niemal identyczne role ze wspomnianej wytwórni.

– U Warnerów grywałam słodkie, niewinne istoty. Musiałam godzić się na wszystko, do czego zmuszali mnie szefowie. A chciałam czegoś więcej – przyznaje. Proces wygrała. Świat zaczął mówić o „prawie de Havilland”.

Jej kariera poszybowała w górę. Kolejne pokolenia widzów pamiętają ją z filmów: „Szarża lekkiej brygady” (1936), „Przygody Robin Hooda” (1938), „Najtrwalsza miłość” (1947, Oscar), „Dzie dziczka” (1949, Oscar), „Port lotniczy 77” (1977) czy „Rój” (1978). Dziś podobnych praw, uwalniających artystów od „wierności” jednej wytwórni (tym razem muzycznej), domaga się m.in. wokalista 30 Seconds to Mars, Jared Leto.

Nie poddawaj się!

Słynny „charakterek” zwykle wychodził jej na dobre. Pod koniec lat 50. zrezygnowała z wygodnego życia w Los Angeles na rzecz Paryża. – Kocham lekkość i nonszalancję Francuzów. Nie traktują gwiazd kina jak bogów – wyznaje. Niedawno jej słowa powtórzyli Angelina Jolie i Brad Pitt, którzy przed natarczywością amerykańskich fanów uciekli do Prowansji. Olivia zawsze była silna.

Gdy syn z pierwszego małżeństwa zachorował, rozstała się z aktorstwem. Wolała czuwać nad Benjaminem, który zmarł na ziarnicę złośliwą (1991). Zaraz potem drugi mąż, Francuz Pierre Galante, musiał zmierzyć się z rakiem płuc.

– To nic, że byliśmy po rozwodzie. Pielęgnowałam go do końca – wspomina. Przyjaciele podkreślali, że ma w sobie coś z anioła, ale też z małego, upartego diabełka. Ciemna strona charakteru Olivii dawała o sobie znać w relacjach z młodszą siostrą Joan Fontaine, również aktorką.

– Szarpałyśmy się już w piaskownicy – mówi. Obie przyszły na świat w Tokio. Olivia 1 lipca 1916 roku, Joan 22 października rok później. Co sprawiło, że zamożna angielska rodzina znalazła się w Azji? Uśmiech losu! Ojciec, profesor i rzecznik patentowy Walter Augustus de Havilland, otrzymał w stolicy Japonii lukratywną posadę.

Sielskie życie w Kraju Kwitnącej Wiśni nie trwało długo. Olivia miała trzy latka, gdy rodzice się rozwiedli. Mama, Lilian Fontaine, pojechała szukać szczęścia do Kalifornii.

– Gdyby nie rozwód i przeprowadzka, nie zostałabym aktorką – twierdzi gwiazda „Przeminęło z wiatrem”. I dodaje: – W latach 30. o kinie mówiły całe Stany. Każda dziewczyna chciała grać. Mnie się udało. Siostrze też!

(Prawie) niczego nie żałuje

Nie bez znaczenia były niespełnione ambicje mamy, która obie córki pchała na scenę. Śliczna jak obrazek panna de Havilland podpisała kontrakt jako 18-latka. Debiutowała w filmie „Sen nocy letniej” (1935).

Praca ją zachwycała! Wreszcie przyszła propozycja, która miała zmienić życie Olivii. Mając 22 lata, zagrała Melanię Hamilton w „Przeminęło z wiatrem” (1939). – Dostałam nominację do Oscara. Mój świat stanął na głowie – mówi. Cieszyli się wszyscy: ekipa, matka, ojciec, koleżanki z przyklasztornej szkoły.

Tylko Joan nie mogła przeboleć, że wypuściła rolę z rąk. Jej pierwszej proponowano udział w ekranizacji powieści Margaret Mitchell! Była pewna, że Olivia podstępem sprzątnęła jej „Melanię” sprzed nosa. Zemsta miała być słodka.

W 1941 roku odbierała Oscara za rolę w „Podejrzeniu”. Starsza siostra weszła na scenę, by jej pogratulować. Joan – wielka gwiazda – syknęła: – Lepiej nic nie mów! I nie zbliżaj się! Takie gierki trwały latami. W 1946 roku to Olivia otrzymała statuetkę za rolę w „Najtrwalszej miłości”.

Fontaine podeszła, by ją uścisnąć. Ona – schowała dłoń i odwróciła wzrok. Podobno Joan miała żal do Olivii o to, że była ulubienicą matki. Ba, Lilian zabroniła młodszej córce posługiwać się nazwiskiem de Havilland.

– Niczego nie żałuję. Nawet tego, że odrzuciłam ofertę grania w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. Takie role nie przystoją damom! Czy chciałabym cofnąć czas i coś zmienić? Tak. Jedno. Gdybym mogła, pogodziłabym się z siostrą przed jej śmiercią. Niestety, nie zdążyłyśmy... – mówi stuletnia legenda kina.

Maciej Misiorny

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama