Reklama

Olivier Janiak - dziennikarz z klasą

Piątek, 7 grudnia 2012 (11:34)

Olivier Janiak od 11 lat prowadzi magazyn „Co za tydzień”. Od siedmiu zaś jest motorem niezwykłej akcji charytatywnej – kalendarza „Dżentelmeni” (w tym roku znowu z płytą!). Podkreśla, że w jego pracy to ludzie są najważniejsi.

Zdjęcie

Olivier Janiak /  /MWMedia
Olivier Janiak
/ /MWMedia

To już 7. edycja kalendarza "Dżentelmeni". Jak cała ta - niezwykła przecież! - historia się zaczęła?
- Przede wszystkim, należy pamiętać o tym, że to nie był mój pomysł. Patryk Wolski, młody chłopak, który był pierwszym, najmłodszym prezesem bydgoskiego oddziału PCK, zauważył, że ma problemy z butami dla podopiecznych i pomyślał o akcji. Chciał mnie na łamy kalendarza zaprosić. Wysłał maila. W pierwszej chwili go zignorowałem. Potem, przy jakiejś okazji, mail znowu wpadł mi w ręce. Pomyślałem: Boże, a więc jest tyle dzieciaków, które nie mają butów! A ja mam na punkcie butów fioła... Zadzwonię, pomogę, czemu nie! Zaczęło się bardzo obiecująco. Patryk powiedział, że wśród bohaterów pierwszej edycji ma już potwierdzonego Krzysztofa Kolbergera. To było nazwisko - trudno wyobrazić sobie lepszą postać! Drugą osobą był... nasz słynny hydraulik. - Przepraszam cię, młody człowieku - powiedziałem. - Chcesz zestawić ikonę aktorstwa, najlepszy głos w tym kraju, z kimś takim? - Nie ubliżając hydraulikowi oczywiście! - Wiesz co, przyjedź do Warszawy. Pomogę ci to zrobić. Tylko na moich zasadach. Zaprosimy do akcji wyłącznie pierwszą ligę, znajdziemy najlepszych fotografów i spróbujemy znaleźć pieniądze.

Zdjęcie

Lata 70. były motywem przewodnim sesji do kalendarza "Dżentelmeni 2013"
/ /AKPA



Od samego początku sprzyjało Wam szczęście, prawda?

- Przy pierwszej edycji mieliśmy jednego sponsora i 15 tys. złotych. A sam druk kalendarza kosztował... 80 tys. Właściwie nie mając pieniędzy, podjęliśmy się ryzyka. Na szczęście mogliśmy liczyć na stację matkę - TVN. Dostaliśmy coś, co nam ogromnie pomogło - całkiem sporą kampanię telewizyjną. Udało się zorganizować wernisaż, też bez pieniędzy. Dogadaliśmy się z hotelem La Regina. Musiałem wykonać około 100 telefonów. I tak jest do dzisiaj. A wtedy przekonanie ludzi do tego, by robili coś takiego zupełnie za darmo, było ogromnym wyzwaniem.

Pierwsza edycja zadowoliła Wasze oczekiwania?
- Zarobiliśmy 250 tys. Mogliśmy zapłacić za drukarnię. Dla dzieciaków zostało tyle, ile PCK w Bydgoszczy nigdy na oczy nie widział. To był niewyobrażalny sukces! Kupiliśmy za te pieniądze wiele par butów. Potem zrobiliśmy kolejny kalendarz i kolejny. Mieliśmy motywację, do działania zachęcał nas fakt, że dobro lawinowo uruchomiło... dobro. Do akcji przyłączały się kolejne osobowości. Dzisiaj to już prawie 130 nazwisk na przestrzeni siedmiu lat. W kalendarzach zwykle bierze udział 12 bohaterów. Nasz mix "Ladies and Gentlemen" to - 27 osób!

I nigdy nie dopadło Was zwątpienie?
- Nigdy! Choć po 3 latach czuliśmy, że brakuje nam energii twórczej. Postanowiliśmy więc zrobić coś więcej i... nagraliśmy płytę z udziałem ludzi, dla których śpiew był co najwyżej elementem studiów w szkołach aktorskich. Sami tworzyliśmy muzykę. Za pierwszym razem to była ekipa, która dzięki nam odniosła sukces i nagrała potem płytę z Dodą. Proszę sobie wyobrazić: trzy miesiące ciężkiej pracy, pisanie słów, muzyki, nagrywanie w studiu... Nie było łatwo, a jednak płyta okazała się prawdziwym wydarzeniem. Zarobiliśmy prawie milion złotych. Sprzedaliśmy w 4 dni cały nakład kalendarza, a w 10 dni - 30 tys. egzemplarzy płyty. Zrobiliśmy ją także ze względów promocyjnych - po to, by móc dzieciakom dać jeszcze więcej. O kalendarzu możemy opowiedzieć raz. Gdy mamy płytę, na której jest sporo nazwisk ludzi nie kojarzonych ze śpiewaniem, to już jest okazja, by zapraszać ich do studia: raz, drugi, trzeci... By zastanawiać się razem nad doborem repertuaru, nad powodem, dla którego zaśpiewali. No i robi się o akcji głośno, co przekłada się na jej lepsze efekty. Robimy wartościowe rzeczy, pod którymi nasi bohaterowie chcą się podpisywać. Piotr Polk powiedział, że udział w sesji kalendarzowej to naprawdę ogromny zaszczyt. Ja sam nie znam nikogo, kto by z merytorycznych względów nie chciał wziąć w niej udziału. Jeżeli, to wyłącznie ze względu na brak czasu.

Zdjęcie

Olivier Janiak z Karoliną Malinowską
/ /AKPA



Marcin Perchuć nie zaśpiewał. Przyznał się do tego z poczuciem humoru.
- No tak, bo obiecał rodzinie, że nigdy nie będzie tego robił publicznie. Oczywiście z wrodzonym wdziękiem! Wszyscy doskonale wiemy, że śpiewał już i piosenkę aktorską we Wrocławiu, i inne. Pan Janusz Gajos także powiedział, że projekt mu się ogromnie podoba, ale śpiewać nie będzie. Szanujemy te decyzje. Prawdziwym problemem jest, jak powiedziałem, brak czasu. Marcin Dorociński był w 2. i 4. edycji, w tej też miał być, ale nadmiar obowiązków mu w tym przeszkodził. Cudowne jest to, że wszyscy bez wyjątku się starają, podchodzą do tego szalenie profesjonalnie, nie robią nic na rachu-ciachu, na "odwal". Bohaterowie do nas wracają. Sami jeżdżą rozdawać buty. Teraz wydajemy też na inne cele. Zabieramy dzieciaki na wakacje.

Kalendarz na rok 2013 pomoże zebrać pieniądze na...?
- Między innymi Fundację TVN. W ubiegłym roku sporo dostała Fundacja Rak'n'Roll Magdy Prokopowicz. Pani Magda niestety zmarła w dniu, w którym wysyłaliśmy dzieci i ich matki do term spa w Bukowinie...

Serca chyba nigdy Wam nie brakuje?
- To prawda. Opowiem Państwu o najmocniejszym momencie. Pewna firma kupiła od nas kilkaset sztuk kalendarza. Obiecałem, że przyjdę, opowiem, zrobimy wystawę, przyprowadzę dwóch bohaterów. Okazało się, że nie mogę. Tomek Karolak i Piotr Adamczyk mogli. Umówiliśmy się, że jadą w piątek. W czwartek dzwoni do mnie organizatorka. Pyta, czy bohaterowie będą. Ja na to, że tak, że to słowni ludzie i jak mówią, że będą o 19:00, to będą o 19:00. Co słyszę? - Proszę Pana, ale jest już piętnaście po! Wpadłem w panikę. Musiałem coś pokręcić, co za wstyd - to nie piątek, lecz czwartek! Tomek i Piotrek wybiegli z teatru i pojechali. Zostawili wszystko, żeby ratować dobre imię "Dżentelmenów". To był przepiękny gest. Piotrek Adamczyk jest w ogóle naszym dobrym duchem. Nie było go tylko w jednym kalendarzu. Akcja jest czysta, nie dostajemy ani grosza. Mamy ze dwudziestu partnerów, w tym 3 stałych: to drogeria Rossmann, sklepy CCC i marka Aztorin. To także EUCO, czyli Europejskie Centrum Odszkodowań - ludzie z Legnicy, którzy mają absolutnie cudowny gest. No i wreszcie poszczególne gminy. W tym roku - znowu Bukowina. Najważniejszą sprawą jest to, że absolutnie wszyscy - a pracuje przy tym projekcie około 40 osób - robią to za darmo.

Jest konkurencja?
- To złe słowo. Wczoraj byłem na premierze podobnego kalendarza w Łodzi. Lubię wspierać, wziąłem nawet udział w licytacji. Oni zarabiają może 150-200 tys. złotych. My - 1,5 miliona. Ale do czego zmierzam. Nie ważne, kto ile zarabia - ważne, żeby się podzielić tym, czym możemy. I chodzi o klasę! Od 2001 roku robię program "Co za tydzień". Potrafię mówić o różnych rzeczach na poziomie, właśnie z klasą. Także w magazynie "Malemen" udowadniam, że można ten świat opisywać po ludzku, nie sprawiając nikomu bólu, nie wyrządzając krzywdy. Że można szukać w człowieku lepszych elementów, nie pastwić się, lecz wskazywać na wzorce do naśladowania. Jeśli możemy się czymś podzielić, mamy obowiązek to robić - choćby nie wiem co. Dzisiaj widzi pan przed sobą zmęczonego trzydziestoparolatka. Bo nie jest to łatwy projekt! Jest jednak czymś tak fantastycznym, że przestaje być dla nas to zmęczenie znaczące. Włączamy muzykę, patrzymy na zdjęcia i wiemy, że to ma sens. Od 5 grudnia kalendarz powinien być w drogeriach Rossmann i sklepach CCC. Mam nadzieję że płyta oprócz empików będzie do nabycia także na stacjach Orlen.

Zdjęcie

Olivier Janiak od 11 lat prowadzi w TVN program "Co za tydzień"
/Agnieszka K. Jurek /TVN



Dzisiaj jest Pan twórcą kalendarza "Dżentelmeni", autorem programu "Co za tydzień", człowiekiem bardzo zajętym. Jak to się zaczynało?
- Mogę robić to wszystko, bo ktoś - Mariusz Walter - powiedział: ja temu gówniarzowi tuż po studiach dam szansę. Tak poznałem świat show-biznesu i ludzi, którzy go tworzą: tych najbardziej wartościowych również. Mam możliwość do nich zadzwonić, mogę ich poprosić, przekonać do czegoś. To ogromny dar od losu. Mogę to przełożyć na to, co robię w TVN i na inne rzeczy. To, że dzisiaj jestem w "Malemenie", nie byłoby możliwe, gdybym nie nauczył się dziennikarstwa w TVN. Jedna z najcenniejszych lekcji, jakie odebrałem, jest taka: poziom dziennikarstwa zawsze może być wysoki! Bez względu na to, gdzie się jest i co się robi. Wracając zaś do początków. Skończyłem studia, pracowałem w agencji reklamowej, dorabiałem sobie jako model. Trafiłem na casting, a potem przed oblicze zarządu z dyrektorem Miszczakiem i przede wszystkim Mariuszem Walterem na czele. Zobaczyli we mnie coś, za co jestem im nieskończenie wdzięczny. Po 12 latach "Co za tydzień" to nie tylko ja, lecz także producent, 5-6 reporterów, kierownik produkcji etc. Zaskakujące jest dla nas wszystkich to, że właśnie teraz mamy najlepsze wyniki oglądalności od początku istnienia. Po raz pierwszy od 12 lat magazyn był najlepiej oglądanym programem w Polsce - 13 proc. widzów. Myślę, że to zasługa sposobu przedstawiania informacji - w tak elegancki i fajny sposób, że to widza nie drażni. Widzowie wciąż nas lubią, nie znudzili się. To jest najlepsze. A dla mnie najcenniejszy jest fakt, że mogę jeździć po świecie i spotykać znakomitości...

Zwiedził Pan cały świat!
- Prawie! I poznałem setki, jeśli nie tysiące fantastycznych ludzi. Zrobiliśmy 600 programów. W każdym z odcinków poznaję od 5 do 10 osób. Wynika z tego rachunku, że odbyłem około 6000 rozmów. Niektóre były absolutnie wyjątkowe. Niezatarte wrażenie pozostawiają spotkania z prawdziwymi ikonami, takimi jak Krystyna Janda, Janusz Gajos, Paweł Althamer. Można by długo wymieniać. Są też gwiazdy młodego pokolenia. Dla mnie najcenniejsze są jednak spotkania z ludźmi, którzy przez wiele lat ciężkiej pracy swoimi osiągnięciami i talentem udowadniają, że jakość ma znaczenie. To też robimy w "Malemenie". Tu nie ma przypadkowych postaci, nie pasożytujemy na czyimkolwiek wizerunku, bo życie jest gdzie indziej - nie opiera się na zachwycie przelotnymi sensacyjkami. Można karmić się tym, co jest przez chwilę "ważne", ale przecież wartości są gdzie indziej. "Co za tydzień" też ma taki przekaz. Tu największym wydarzeniem dla mnie jest możność przebywania z gwiazdami światowego formatu. Peter O'Tool, Johnny Depp, Brad Pitt, Keanu Reeves, Leonardo Di Caprio - te wszystkie rozpalające kobiecą wyobraźnię nazwiska. Tim Burton, którego cenię jako reżysera. Robin Williams. Nigdy ich nie zapomnę. Są też oczywiście postacie, z którymi bardzo chciałbym porozmawiać.

Na przykład?
- Poleciałem w lipcu do Paryża na premierę "Batmana". Morgan Freeman tam był - moje marzenie! Z sześciu gwiazd światowego formatu. które miałem spotkać, aż cztery były laureatami Oscara. Christian Bale, Marion Cotillard, wspomniany już Morgan Freeman. Niestety, nigdy do tej rozmowy nie doszło, bowiem nieoczekiwanie przyszła informacja, że jakiś szaleniec rozwalił pół Denver. I odwołano premierę. No ale w świetle tej tragedii nie było to tak istotne. Ja zawsze staram się pamiętać: to ludzie w tej pracy są najważniejsi, możliwość pracy z nimi daje zaś najwięcej radości.

Rozmawiał Maciej Misiorny

"Co za tydzień", niedziela godz. 11:00, TVN

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama