Reklama

Otaczam się lepszymi od siebie

Czwartek, 5 stycznia 2012 (11:31)

Michał Żebrowski ma propozycje zawodowe z Rosji, ale ze względu na żonę i dziecko coraz więcej pracuje w Polsce. Skończył zdjęcia do filmów „Sęp” i „Tajemnica Westerplatte”. Teraz dołączył do obsady „Na dobre i na złe”. Nam zdradza, co go skłoniło do przyjęcia roli w serialu i jak prowadzić teatr.

Zdjęcie

    /AKPA
   
/AKPA

Wszystkich Pan zaskoczył, decydując się zagrać w „Na dobre i na złe”!

– Aktor powinien zaskakiwać. Otrzymałem dobrze napisaną propozycję z serialu, który od wielu lat cieszy się szaloną popularnością wśród Polaków, co stanowi swoisty rekord nawet na skalę europejską. Dołączyłem do obsady tylko na kilka miesięcy, ale cieszę się, że biorę udział w takim legendarnym przedsięwzięciu.

Co do serialu wniesie doktor Falkowicz, którego Pan gra?

– Przede wszystkim l lubię tę postać. Ma barwny charakter. To trochę despotyczny, pewny siebie człowiek, który nie znosi sprzeciwu i robi tylko to, co przynosi mu odpowiednie korzyści. Mam nadzieję, że włoży kij w mrowisko i doda kolorytu Leśnej Górze

Czarny charakter?

- Aktor nie powinien oceniać postaci, to nic nie daje z perspektywy zawodowej. Powinien korzystać z tego, co napisał scenarzysta, by uczynić postać jak najbardziej barwną i ciekawą dla widzów. Niech oni ocenią Falkowicza.

Ta rola to jednorazowy wybryk, czy otworzył się Pan na propozycje telewizyjne?

- Wrócę do pierwszej odpowiedzi. Rola doktora Falkowicza została napisana zaskakująco dobrze, a "Na dobre i na złe" cieszy się uznaniem i trzyma poziom od wielu lat. Dlatego zdecydowałem się zagrać w tym serialu. Jeśli otrzymam równie interesujące propozycje telewizyjne, na pewno nie przejdę obok nich obojętnie. Mam na horyzoncie potężną rolę serialową, ale nie będę o tym mówił, bo jesteśmy na etapie przygotowań. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zdjęcia rozpoczną się w tym roku.

Między zdjęciami w "Na dobre i na złe" lata Pan na Ukrainę. Kręci Pan kolejny film?

- Jestem tam zbyt często. Śmieję się nawet, że mógłbym przenieść się na wschód i cały czas pracować, ale, biorąc pod uwagę, że jestem młodym ojcem, mężem i nie chce mi się opuszczać Polski - otworzyłem się na telewizję i pracę w ojczyźnie. Cieszę się, że po pracy na planie serialu mogę wrócić do siebie, a nie do hotelu w Kijowie czy Moskwie. Aktualnie latam na plan rosyjskiego filmu, który powstaje w Kijowie. Gram współczesnego milionera, który ma za uszami.

Niedawno skończyły się zdjęcia do "Sępa", w którym gra pan główną rolę. Proszę powiedzieć kilka słów o tym filmie.

- To trzymający w napięciu film akcji z dużymi pokładami miłości. Fajny scenariusz i debiut reżyserski Eugeniusza Korina, mojego wspólnika i dyrektora artystycznego Teatru 6. piętro.

Rodzinna produkcja.

- Można tak powiedzieć, choć nie jesteśmy producentami. Ja gram, a Eugeniusz jest scenarzystą i reżyserem. Cieszę się, że mój przyjaciel zadebiutował i zrealizował film kinowy, bo to było jego marzenie. Sześć lat temu zapytał mnie, czemu nie gram w filmach sensacyjnych. Odparłem, że miałem kilka propozycji, ale nie skorzystałem. Wziął ode mnie scenariusze, przeczytał, powiedział, że rozumie, dlaczego odmawiałem, a na koniec stwierdził, że coś dla mnie napisze. Początkowo odnosiłem się do tego sceptycznie, ale gdy przeczytałem gotowy scenariusz, pomyślałem:

- Cholera, chyba mam do czynienia z czymś niesamowitym! Scenariusz otrzymał znakomite noty w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Na dziewięćdziesiąt punktów do zdobycia, uzyskał osiemdziesiąt trzy. Film najprawdopodobniej jesienią wejdzie na ekrany kin.

Kogo Pan gra?

- Asa policji, któremu wydaje się, że jest najlepszy. Przyjdzie mu zweryfikować tę opinię.

Wcieli się Pan także w majora Henryka Sucharskiego w filmie "Tajemnica Westerplatte. Miał go zagrać Bogusław Linda. Jak doszło do tej zmiany miejsc?

- Kilka miesięcy temu spotkałem się z reżyserem i scenarzystą Pawłem Chochlewem pełnym desperacji, aby dokończyć swój film. Opowiedział mi historię niefortunnej realizacji zdjęć sprzed lat. Uznałem, że spotkała go krzywda i nie można dopuścić, by ten niezwykle interesujący scenariusz i film przepadł. Ostatecznie przekonał mnie autorytet Jacka Samojłowicza, który jest znany jako producent pełen rozmachu i konsekwencji.

A co z teatrem? Czy widzowie zobaczą Pana w jakimś nowym spektaklu?

- Mamy już za sobą dwa lata działalności Teatru 6. piętro, gra u nas coraz więcej cenionych aktorów, choćby Piotr Fronczewski, Daniel Olbrychski czy Andrzej Grabowski. Należy im ustąpić miejsca na scenie i cieszyć się, że tak znamienite nazwiska wspierają markę naszego teatru.

Czym skusił Pan takie gwiazdy?

- Aktor jest zadowolony, jeśli sztuka, nad którą pracuje, cieszy się popularnością. To duża satysfakcja, gdy co wieczór do teatru przychodzi pięćset pięćdziesiąt osób, a spektakl jest wystawiany dwieście pięćdziesiąt razy.

Jaki jest przepis na sukces?

- Sekret tkwi w tym, żeby otaczać się lepszymi od siebie, dobrać taką drużynę, która pracuje na zasadzie entuzjazmu, a nie smutnego obowiązku.

Czy są jakieś minusy prowadzenia takiej działalności?

- W teatrze państwowym dyrektor siedzi na ciepłej posadce za pańskie i moje pieniądze. Według własnego uznania raz zleci zrobienie scenografii czy napisanie muzyki Krzysiowi, innym razem Mateuszowi. Potem, bez żadnej weryfikacji, czy na spektakl przyjdzie dwieście, czy dwadzieścia kompletów widzów, i tak dostanie pieniądze na kolejny rok działalności. My mamy teatr szczególny, bo prywatny. Jeśli popełnimy błąd, a niestety takie się zdarzają, musimy wyciągnąć własne, ciężko zarobione pieniądze i za to zapłacić. To szalona różnica. Jeżeli przyjdzie pan do Teatru 6. piętro i nie spodoba się panu spektakl, ma pan świadomość, że pan do tego nie dopłaca. To moje i Eugeniusza Korina prywatne ryzyko.

Rozmawiał Kuba Zajkowski

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama