Reklama

Pakosińska zawsze znajdzie powód do śmiechu

Poniedziałek, 26 listopada 2012 (12:46)

Katarzyna Pakosińska rozśmiesza ludzi nawet, kiedy chce być poważna. Twierdzi, że taka jej natura. Mimo to dawna gwiazda Kabaretu Moralnego Niepokoju zatyka uszy, kiedy ktoś próbuje opowiedzieć jej dowcip.

Zdjęcie

Katarzyna Pakosińska /fot  /AKPA
Katarzyna Pakosińska
/fot /AKPA


Podobno zrobiła Pani wszystko, żeby książka "Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska" była poważną lekturą, a i tak wyszło zabawnie.
- Nie można walczyć z naturą (śmiech). Starałam się ukryć w sobie satyryka, jednak narracja i tak mnie zdradziła. Podobno, jako autor, jestem do rozszyfrowania już na pierwszej stronie. Ale to miłe. Nawet, kiedy muszę przekopać się przez zbiory archiwalne i stosy starych rękopisów, to i tak znajduję coś, co wywołuje uśmiech.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Może to dlatego, że tęskni Pani za kabaretem?
- Nie tęsknię, bo jestem na scenie. Zauważyłam, że wiele osób sądzi, że wraz z odejściem z Kabaretu Moralnego Niepokoju rozstałam się z tą formą sztuki. Nic bardziej mylnego. A nowy program już tuż-tuż! Przez ostatnie dwa lata próbowałam też wielu nowych, fascynujących mnie rzeczy, więc nawet nie zwolniłam tempa. Zrealizowałam kolejny film dokumentalny, program telewizyjny "Pakozetka", napisałam kilka scenariuszy. Może nie pojawiam się już tak często w telewizji, ale ja najlepiej czuję się mając publiczność przed sobą i obok siebie.

Na pewno Pani wie, że Robert Górski również napisał książkę. Będziemy mogli przeczytać w niej coś na Pani temat?
- Nie mam pojęcia, ale zauważyłam kolejną zbieżność losu między nami. Nasze książki miały premierę tego samego dnia. Przypadek? (śmiech).

Gdzie jeszcze zamierza Pani rozśmieszać ludzi?
- To dziwne pytanie (śmiech). W sklepie, w pociągu, na ulicy. A poważnie? Jestem w trakcie przygotowywania odcinkowego serialu kabaretowego, według własnego scenariusza. Serial będzie można obejrzeć w Internecie, zatem nie będzie żadnej cenzury i słupków liczących oglądalność, będzie za to pełna niezależność i dużo zabawy.

A planuje Pani jakieś występy w Gruzji?
- Jeśli potraktować moje poetyckie toasty i przemowy podczas supr (gruzińskie biesiady - przyp. red.) jako występy - to tak. Nie potrzeba tu scenariuszy, bo dzieją się bardzo spontanicznie. Niestety, kabaret po polsku w Tbilisi byłby kompletnie niezrozumiały. Pod koniec grudnia odbędzie się w stolicy Gruzji festiwal Elektronauts, przy którego organizacji asystuję. To bardziej praca zakulisowa niż występ.

Jak zostaje się obywatelem Gruzji? Sama się Pani o nie upomniała, czy była to propozycja z ich strony?
- Propozycja wyszła od gruzińskiej diaspory w Polsce. Zebrali odpowiednie dokumenty i napisali oficjalne listy potwierdzające moją wieloletnią działalność na rzecz Gruzji. To miała być niespodzianka w dzień premiery książki. Zepsułam ją pytając: "Po co Wam moje zdjęcie paszportowe?" (śmiech).

Śmiech to dla Pani tylko praca, czy na co dzień ludzie oczekują, że będzie Pani opowiadać dowcipy?
- To oczekiwanie, to dla mnie najuciążliwsza rzecz pod słońcem. Jestem osobą, która absolutnie nie potrafi opowiadać dowcipów. Nie za bardzo lubię też ich słuchać. Nie zawsze są wysokich lotów. Nie umiem śmiać się z gotowych żartów, wolę anegdoty i niezaplanowane, niespodziewane komiczne sytuacje.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Co zabawnego ostatnio Panią spotkało?
- Choćby dziś, jadąc na nasze spotkanie, słuchałam radiowej Trójki. Odbywała się poważna dyskusja o tym, czy kiedy dziecko coś przeskrobie, to dać mu klapsa, czy nadludzkim wysiłkiem powstrzymać się. Audycja była na żywo. Dzwonili kulturalni słuchacze. Jeden z nich, o głębokim aksamitnym głosie, rozpoczął piękną polszczyzną, że jest ojcem dwójki małych dzieci, ale według niego "trzeba dać w dupę". Myślałam, że mu się wyrwało, emocje wzięły górę, ale on powtórzył to, tym aksamitnym głosem, jeszcze kilkakrotnie. Było to tak niespodziewane. Słyszałam, jak prowadzący krztusi się ze śmiechu i sama też nie wytrzymałam. Stojąc na światłach widziałam zdziwione spojrzenia kierowców. Zdziwione, dopóki mnie nie rozpoznali (śmiech).

Mimo wszystko nie ucieka Pani przed poważnymi wydarzeniami. Została Pani twarzą akcji, która promuje profilaktykę raka szyjki macicy. Czy to dlatego, że sama otarła się Pani o śmierć?
- To za dużo powiedziane. Przez kilka dni byłam przekonana, że moje życie się kończy, ponieważ lekarz źle zdiagnozował wyniki. Spędziłam tydzień nie mając pojęcia, co mam powiedzieć najbliższym i nie wiedząc jak mam sama sobie z tym poradzić. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Pani córka powoli dorasta. Czy wychowuje ją Pani tak, aby była świadoma takich zagrożeń?
- Jasne. Moja mała kobietka ma już prawie 9 lat i zdaję sobie sprawę, że kobiece tematy zbliżają się wielkimi krokami. Ale to nie jest dla mnie problem, bo doskonale się ze sobą dogadujemy. Pochodzę z bardzo pruderyjnej rodziny, więc przez te wszystkie intymne szlaki musiałam przedzierać się samotnie. Nie chcę, aby to spotkało moją córkę. Poza tym w rozmowach pomaga nam poczucie humoru. Niektóre rzeczy trudno wyrazić w konkretnych słowach, ale określone dowcipnie, są zrozumiałe i nie przerażają.

Czy ciężko jest wychowywać dziecko, kiedy ma się tyle zajęć?
- To zawsze sprawa chęci, priorytetów i dobrej organizacji. Wydaje mi się, że całkiem nieźle sobie z tym radzę. Niestety godziny snu skróciły mi się do minimum.

Czy Pani córka chce iść w Pani ślady?
- Jest zafascynowana pisaniem. Obserwowała mnie podczas ostatnich miesięcy. Podkradała pierwsze zapisane arkusze, czekała na każdy kolejny rozdział. Widziała moje emocje i łezki radości, gdy wzięłam wydrukowaną już książkę do ręki. Kilka dni temu pokazała mi swoje pierwsze szkice pisarskie. Tytuł "Kaśka spod 6-tki z ulicy Grochowej". Rozdział pierwszy: "W szkole nie jest nudno". I niech się Mikołajek schowa! (śmiech).

Mateusz Albin - AKPA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

AKPA

Reklama