Reklama

Piotr Żurawski: Chciałem robić filmy

Czwartek, 23 czerwca 2016 (14:36)

W serialu „Bodo” wciela się w Moryca Bluma – żydowskiego krawca z Łodzi, który robi furorę na salonach Warszawy. Przyjaciel Eugeniusza Bodo towarzyszy mu od najmłodszych lat.

Morris from London, a tak naprawdę Moryc z Łodzi, to postać fikcyjna?

Całkowicie, jedna z niewielu w tym serialu. Przyjaciel Bodzia z dzieciństwa, we dwóch snuli marzenia o wielkim świecie, karierze, pieniądzach, kobietach. Staraliśmy się, zwłaszcza na początku z Antkiem Królikowskim, uzyskać efekt takiej trochę naiwnej, trochę butnej młodzieńczości.

Tych dwóch chłopaków nie interesowała polityka, religia. Oni chcieli po prostu żyć szczęśliwie i realizować marzenia. I udało im się dzięki wzajemnemu wsparciu. Można powiedzieć, że ich przyjaźń przetrwała próbę czasu, nie zmieniły tego sukcesy i sława.

Antka zastąpił Tomasz Schuchardt, Pan zaś pozostał w swej roli.

Mimo upływu lat – historia pokazywana w serialu zaczyna się w okresie I wojny światowej i obejmuje całe dwudziestolecie międzywojenne. Siłą rzeczy musiano Moryca postarzać siwizną, zmarszczkami, pojawił się też wąs. Poza tym z przyjemnością wspominam tę pracę.

To tak, jakby się wsiadło w wehikuł czasu i przeniosło o wiek wstecz. Przy okazji zobaczyłem wiele fajnych miejsc w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu. Lokacje były różne, jak choćby willa Gomułki.

Moryc był Żydem. Nie po raz pierwszy wciela się Pan w postać tej narodowości. Przypadek?

Niedawno dowiedziałem się, że mam domieszkę krwi żydowskiej ze strony mamy (a więc, wedle judaizmu, tej właściwej). Szukam teraz stosownych dokumentów, muszę odwiedzić kilka parafii. Jeśli sytuacja polityczna w Polsce sprawi, że granica żenady zostanie przekroczona, to wystąpię o paszport i wyjadę do Izraela.

Bo jak słyszę słowo Polska, odmieniane w ustach jedynych prawdziwych patriotów przez wszystkie przypadki, to leci mi czerwono-biała krew z nosa. A tak naprawdę to chciałbym żyć na Dolnym Śląsku, tam mieszka moja babcia. Wychowałem się na Górnym, ale serce zostało na Dolnym.

Ma Pan starszego brata Michała, też aktora. To w ślad za nim poszedł Pan z wyborem zawodu?

Z pewnością miał na mnie wpływ. To on zainteresował mnie sztuką, teatrem, filmem. Występowaliśmy już parę razy w tych samych produkcjach – chociażby w „Bodo” (on jako agent Kawetzky) czy w „Czasie honoru”, ale nie mieliśmy wspólnych scen. Zdarzyło się to dopiero w filmie wojennym „Karbala” Krzysztofa Łukaszewicza, gdzie zagraliśmy razem, i to braci!

Przed zdjęciami doszło między nami do strasznej kłótni. Nie odzywaliśmy się do siebie ze dwa tygodnie, aż do spotkania przed kamerą. Ten konflikt mógł dodać ognia naszym scenom. A tak w ogóle to żyjemy w zgodzie.

W przeciwieństwie do brata nie skończył Pan jednak szkoły aktorskiej.

Po drugim roku studiów w AT dostałem propozycję pracy w teatrze w Jeleniej Górze. Skorzystałem chętnie i już nie wróciłem. Nie lubiłem tej szkoły, a Warszawa mnie drażniła. Teraz bardzo lubię stolicę. A tak w ogóle to chciałem być reżyserem i właściwie tym się powinienem zająć, tyle że kiedy już się przymierzam, to przychodzi kolejna propozycja, w której się zakochuję. I tak w koło.

To co Pan teraz ma „na tapecie”?

Jestem w próbach do dwóch spektakli w Teatrze Studio. Pierwszy będzie miał premierę w maju, drugi we wrześniu. Także we wrześniu odbędzie się premiera projektu inaugurującego działalność W-Arte, nowej przestrzeni sztuki, założonej przez moją bratową Romę Gąsiorowską – niektórzy uznają to za nepotyzm, i słusznie.

Czekam też na premierę filmu „Kamper” Łukasza Grzegorzka, w którym z Martą Nieradkiewicz zagraliśmy główne role. Jest to opowieść o współczesnych 30-latkach. Mądry, wartościowy film. Jestem z niego niezmiernie dumny!

Zawodowo więc czuje się Pan spełniony, a prywatnie? Wciąż wolny, „do wzięcia”?

Wręcz przeciwnie, jestem bardzo zajęty. Od sześciu lat w szczęśliwym związku.

Rozm. Jolanta Mjewska

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama