Reklama

Polk: Paryż zostawiłem za sobą

Środa, 31 października 2012 (11:28)

Piotr Polk jest szarmancki, inteligentny i przystojny. Dla wielu niedościgniony wzór. To zaskakujące, ale nadal pozostał skromnym mężczyzną.

Zdjęcie

Piotr Polk /fot  /AKPA
Piotr Polk
/fot /AKPA

Może pracować jako elektryk, ale także z powodzeniem grać w zespole. Ukończył bowiem i technikum elektrotechniczne, i szkołę muzyczną. Postawił jednak na aktorstwo. I był to bardzo dobry wybór. To dzięki niemu Piotr Polk (50) stał się rozpoznawalny. Na swoim koncie ma naprawdę wiele ról! Jest mężczyzną wszechstronnie uzdolnionym, który zawsze żył tak, jakby jutra miało nie być...

Zacznijmy nietypowo. Potrafiłby pan jeszcze zaprojektować instalację elektryczną?
- Potrafiłbym. Z zawodu jestem przecież elektrykiem.

Powiedział pan to z niekłamaną dumą w głosie.
-Tak jest. Jestem z tego powodu szalenie dumny. Dążyłem do tego, aby mieć normalny, męski zawód. I tak się stało.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Chce mi pan przez to powiedzieć, że aktorstwo jest niemęskie?
- Wiele osób tak uważa. Moim zdaniem jest to piękny, ale bardzo niewdzięczny zawód.

To w takim razie dlaczego pan się na niego zdecydował?
- Ciężko powiedzieć... W końcu urodziłem się z dala od ośrodków kultury wyższej. Miałem do dyspozycji jedynie kino "Rusałka" oraz miejski dom kultury, w którym niewiele się działo.

Wybór był zatem prosty?
- I właśnie wtedy kino stało się dla mnie pomostem między moimi wyobrażeniami, marzeniami, a tym co mogłem zobaczyć na ekranie.

Czyli kino stało się dla pana wzorem.
- Dokładnie! Lubiłem, a wręcz uwielbiałem spędzać tam swój czas wolny. Bardzo szybko wciągnęły mnie filmy i coraz bardziej fascynowało też aktorstwo. No i dodatkowo mogłem nauczyć się języka.

Języki to kolejna pańska pasja, prawda?
- Tak się jakoś złożyło. Swego czasu z językami obcymi również wiązałem swą przyszłość. Ich nauka przychodziła mi bowiem z ogromną łatwością. A dodatkowo sprawiała mi wielką przyjemność.

Proszę mi zatem wytłumaczyć, dlaczego w pana życiorysie pojawiła się szkoła muzyczna
-Skończyłem ją jako artystyczny dodatek do elektryka.

Ciężko za panem nadążyć!
- Wiem, że to wszystko wydaje się trochę skomplikowane. Jednak dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że warto spróbować swoich sił w aktorstwie. Myślałem sobie wtedy, że nauczenie się kilku tekstów na pamięć nie jest przecież żadną sztuką. Jechałem więc na egzaminy z przeświadczeniem, że jak mi się nie uda, to na pewno nie będzie to dla mnie koniec świata. Miałem tak wiele alternatyw.

Zdjęcie

W "Lekarzach" wciela się w Dr Krzysztofa Florczyka
/fot /TVN

Jednak, gdyby nie mama, nie spróbowałby pan swoich sił w tym fachu...
- Nie da się tego ukryć. Ale nie było to moje widzimisię. Przeżyłem rodzinną tragedię i postanowiłem zostać w miejscowości, w której się urodziłem. Zdecydowałem, że poświęcę się rodzinie i mojej samotnej matce. Chciałem ją podtrzymać na duchu. Jednak ona nie zgodziła się na mój plan. Pewnego razu powiedziała do mnie, że jeżeli nie spróbuję swoich sił w aktorstwie, to będę tego do końca życia żałował. I - jak widać - skutecznie mnie tym przekonała. Zmotywowała mnie do działania i dodała energii, której tak bardzo potrzebowałem.

Pojechał pan zatem na egzaminy i znalazł się na liście przyjętych studentów.
- Przez chwilę myślałem, że to jakaś pomyłka. Nie tak dawno znalazłem nawet to stare powiadomienie pocztowe, które mówi, że Piotr Polk został przyjęty na pierwszy rok Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. Ta pożółkła kartka ze stemplem to jedna z najpiękniejszych pamiątek z tamtego okresu.

Ale przecież mówi się, że studia to najpiękniejszy okres w życiu. Tak to pamiętamy. Pan ich tak nie wspomina?
- Przede wszystkim kojarzą mi się z ciężką pracą. Przez te wszystkie lata pozbywałem się gwary śląskiej i wszystkich moich akcentów. Mówiłem pięknie, ale tylko po śląsku. I tak naprawdę musiałem nauczyć się języka polskiego od podstaw. Było mi zatem o wiele ciężej niż moim kolegom z Warszawy.

Ale jak widać ciężka praca popłaca.
- To w dużej mierze również zasługa szczęścia. Po prostu znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Ale, jak wiadomo, niestety nie każdemu się to udaje.

Zdjęcie

Jako podinspektor Możejko w „Ojcu Mateuszu”.
/fot /AKPA

Pięć lat po studiach wyruszył pan do Paryża...
- I spędziłem tam aż cztery lata mojego życia...

Wystarczyło, aby zakochać się w nim bez pamięci?
-Paryż jest takim miejscem, które może zmęczyć. Ale jak tylko uda się odetchnąć i weźmie się głęboki oddech, to znowu zaczyna czarować. Pięknem, ludźmi, muzyką, literaturą, sztuką, teatrem, operą, a nawet... metrem. W moim sercu już zawsze będzie zajmował czołowe miejsce.

Skoro tak, to dlaczego zdecydował się pan na powrót do Polski?
- Z perspektywy czasu patrzę na to wszystko zupełnie inaczej. Wtedy byłem już po prostu zmęczony tym miastem. Poza tym nie bałem się przyznać do błędu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie wszystko wyszło tak jak to sobie zaplanowałem. Nie zrobiłem międzynarodowej kariery. I wreszcie przyszedł czas, w którym chciałem zamknąć tamten okres mojego życia. Po prostu zostawiłem Paryż za sobą...

Bardzo interesujący z pana mężczyzna...
- Czy ja wiem? Jestem normalnym, zwykłym facetem.

I niby w czym ta normalność się objawia?
- Jak każdy facet uwielbiam kanapę, na której oglądam telewizję i pozwalam sobie na słodkie nicnierobienie. Może to lenistwo, a może po prostu zwykła regeneracja organizmu?

A co z Piotrem Polkiem złotą rączką? Obalamy ten mit?
- Nic z tych rzeczy! Telefon do fachowca zawsze był i będzie ostateczną rzeczą. Chociaż zdarzają się takie momenty, w których potrzebuję tego, by usiąść na wspomnianej wcześniej kanapie i popatrzeć sobie w sufit. Ale lubię też zajmować się ogrodem i dbać o dom. 

Istny ideał?!
- Nie wierzę w ich istnienie. Moim zdaniem ideał to jedynie iluzja, złudzenie. Oczywiście warto je mieć, ale jedynie w naszych marzeniach...

Alicja dopierała

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Świat & Ludzie

Reklama