Reklama

Robert Janowski - sąsiad widzów

Niedziela, 6 stycznia 2013 (06:00)

Kiedyś niepokorny bard i zbuntowany poeta, dziś gwiazda telewizji. Robert Janowski i jego „Jaka to melodia?” od 15 lat nieprzerwanie święcą triumfy, są nagradzani i kochani przez widzów. Na szczęście sukces nie uderzył mu do głowy. Po prostu robi swoje. A nocą... pisze wiersze.

Zdjęcie

Robert Janowski /  /AKPA
Robert Janowski
/ /AKPA


Jaki jest klucz do sukcesu programu "Jaka to melodia?"?
- Och, gdybym to ja wiedział...

...to i tak by Pan na pewno nie powiedział!
- Właśnie tak, sprzedawałbym swoją wiedzę różnym stacjom telewizyjnym (śmiech). Ale tak naprawdę nigdy do końca nie wiadomo, co stanie się hitem, a co nie. To tak jak z nową piosenką, może stać się przebojem albo przejdzie bez echa. 15 lat temu, gdy podejmowałem decyzję o prowadzeniu tego programu, musiałem znaleźć w sobie sporo odwagi. Dotychczas budowałem autorytet w branży artystycznej jako zbuntowany poeta, z długimi włosami, grający autorskie piosenki. Najchętniej mieszkałbym na strychu, pił tanie wino i pisał wiersze. Bohema, cyganeria, artystyczne życie! 

Zdjęcie

Robert Janowski podczas przygotowań do sesji fotograficznej dla "Tele Tygodnia"
/ /AKPA

A tu nagle program rozrywkowy?
- Tak, quiz telewizyjny. Pomyślałem, że to jest obciach. Jednak poszedłem na zdjęcia próbne, które... wygrałem. Ale okazało się, że muszę uczyć się na pamięć formułek, że mam czytać z kamery... Więc zrezygnowałem.

Jak traktują Pana uczestnicy programu - boją się, są onieśmieleni?
- U nas jest naprawdę fajnie. Bez zadęcia, bez kreacji. Nie udaję nikogo, nie jestem plastikowym prowadzącym i nie zjadłem wszystkich rozumów. Mylę się tak samo jak wszyscy. W bufecie, przy kawce i ciastku, gadamy sobie o życiu. Nie jestem niedostępnym "panem z telewizji". Gdy mnie ludzie spotykają, to zachowują się tak, jakbym był od lat ich sąsiadem spod trójki. Lubimy się.

Pytają, kiedy znów zobaczą Pana w roli aktora w jakimś serialu?
- Dziennikarze mnie o to pytają, publiczność rzadko. Bardzo chciałbym zagrać w teatrze, ale w tej chwili naprawdę nie mam na to czasu. To absorbująca praca. Jeszcze jest radio Złote Przeboje, które uwielbiam, dzieci, które trzeba wychowywać.

Tymczasem ciągle zbiera Pan nagrody od publiczności - Telekamery, Wiktory. Znalazły te trofea jakieś szczególne miejsce w pańskim domu?
- Od trzech lat mam swój pokój, nazywam go gabinetem, gdzie mam swoje półki, biurko, płyty, książki. Jestem bardzo szczęśliwy. No, tylko dziewczyny czasami tam myszkują w poszukiwaniu długopisów (śmiech). I właśnie tam jest pewna specjalna półka, gdzie stoją moje nagrody. Są dla mnie bardzo ważne, bowiem wszystkie to nagrody publiczności, czyli najcenniejsze!

Jest Pan także muzykiem i poetą. Ma Pan czas na pisanie poezji, tworzenie muzyki?
- Skoro powstają... Książki zawsze pisałem po nocach. Lubię poezję, bo to taka szczególna forma wypowiedzi. Nie wszystko się mówi dziennikarzom, nie wszystko zdradza się swoim bliskim czy przyjaciołom. W poezji można się wygadać i pogadać ze światem.

Co zostało z tego barda sprzed kilkunastu lat? Bo poezja, na pewno.
- Długich włosów już nie wypada nosić, zbyt długo trzeba je myć i jeszcze dłużej suszyć (śmiech). Bunt mam już za sobą. W zeszłym roku ukazała się moja ostatnia książka "Anioły", ale już myślę o kolejnej. Czy moje wiersze są wynikiem buntu? Raczej kontemplacją. 

Kulisy sesji Roberta Janowskiego - making of /AKPA

Jest Pan ojcem dwóch nastoletnich córek. Czy one także piszą wiersze?
- Pięknie piszą, ostatnio zachwycono się w szkole wierszem Anielki, Tola pisze od dawna - opowiadania i krótkie książki. Może to jednak geny o czymś decydują? Myślałem też, że one nigdy nie będą śpiewały, żałowałem, że nie grają na instrumentach. Okazało się, że to także kwestia czasu. Z tych fałszujących dzieci, które przytupują w przedszkolu, wyrosły dziewczyny, które chodzą na lekcje śpiewu, uczą się grać na instrumentach. Pięknie śpiewają. Zaczynają komponować pierwsze utwory. Mój syn ma także niebywały talent muzyczny. Gdybyśmy zaczęli trochę wcześniej - jestem pewien, że byłby wziętym pianistą. Ale wybrał co innego.

Podczas sesji zdjęciowej miał Pan okazję wcielić się w trzech legendarnych muzyków - Elvisa Presleya, Michaela Jacksona i Boba Marleya. Który z nich jest najbliższy Pana sercu?
- Chętnie byłbym każdym z nich. Jeśli muszę wybrać, to najpierw odrzucam Presleya, bo się dziwnie ubierał. Potem rezygnuję, niestety, z Boba Marleya. Trochę nie moja bajka. Zostaje Michael Jackson. Może dlatego, że zbyt późno dostrzegłem jego geniusz. Wcześniej wydawało mi się, że to dziwny człowiek, te jego operacje, plotki, sensacje... w zasadzie miał bardzo smutne życie. Gdy już go nie było, wróciłem do jego muzyki i dostrzegłem geniusz w jego kompozycjach.

Rozmawiała Edyta Karczewska-Madej

Pełna wersja wywiadu - w którym Robert Janowski wyjaśnia, jak to się stało, że jednak zgodził się prowadzić program "Jaka to melodia?", oraz zdradza, czy przyjąłby ponownie rolę w serialu - w 2. numerze "Tele Tygodnia"!

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama