Reklama

Sambor Czarnota. Pożeracz niewieścich serc

Czwartek, 2 kwietnia 2015 (14:30)

– Wszyscy potrzebujemy miłości. To najważniejsza życiowa siła – przyznaje aktor, który w przeciwieństwie do swojego bohatera, jest bardzo szczęśliwy.

Niezłe ziółko z Pańskiego doktora w „Barwach szczęścia” – Adrian Świderski to pożeracz niewieścich serc!

– Istotnie, uwielbia kobiety. A i one lecą na niego, bo imponuje im swą pozycją, intelektem, no i – co tu kryć – niezwykłym urokiem osobistym (śmiech)! Ale, by nie wyszedł na banalnego podrywacza, staramy się ze scenarzystami tłumaczyć jego postępowanie traumą z przeszłości, nieszczęśliwą miłością, która odcisnęła na nim piętno.

Do tego wykonuje odpowiedzialną pracę – wiadomo, lekarz, najbardziej bodaj stresogenny zawód świata – i tak oto, pan doktor popadł w seksoholizm!

Jest taka choroba?

– Oczywiście, że jest. Zdiagnozowana. Swego czasu leczył się na nią Michael Douglas, wspierany przez swą żonę, Catherine Zeta-Jones, która wytrwale towarzyszyła mu w terapii.

Moją taką drugą połówką w serialu jest Iwonka (Izabela Zwierzyńska) – dodaje sił w walce, kibicuje, wierzy, że to się uda. Dzielna i mądra dziewczyna.

I jaka oddana! Mało której by się tak chciało walczyć o niewiernego partnera...

– Na tym polega miłość – siła sprawcza wielu niepojętych działań. Wszyscy jej potrzebujemy. Dla Iwony to pierwsze, głębokie uczucie, bo jej małżeństwo z równolatkiem okazało się niewypałem.

Mój bohater zaś, powoli zdaje się dojrzewa do tego, by w nią ponownie uwierzyć.

Czy tak się stanie? Gdzie Pan gra jeszcze, poza „Barwami szczęścia”?

– Głównie w teatrze. Jesteśmy po premierze „Ich czworo” w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Jaracza w Łodzi. To ponadczasowy tekst autorstwa Gabrieli Zapolskiej, z muzyką na żywo, bilety wyprzedane na kilka miesięcy naprzód!

Przygotowuję się też do spektaklu „Trener życia”, reżyserowanego przez Wojciecha Malajkata, który będzie wystawiony w Teatrze Adama Mickiewicza w Częstochowie. Wcielę się w nim w tytułową rolę, nomen omen graną w warszawskiej Syrenie przez samego reżysera.

Poza tym występuję obecnie aż w sześciu innych spektaklach, w różnych miastach. Wciąż jeżdżę po Polsce i gram.

Wymaga to niezłej kondycji.

– Dbam o nią od zawsze, trenuję różne dyscypliny. Przez okrągły rok, niezależnie od pogody biegam, uprawiam też sporty sezonowe. Tylko w tym roku zrezygnowałem z nart na rzecz wyjazdu do Nowego Jorku. Z braku czasu byłem zmuszony dokonać wyboru.

To był wyjazd prywatny czy zawodowy?

– Prywatny. Polecieliśmy wraz z moją dziewczyną, Martą (aktorka Marta Dąbrowska), z zamiarem obejrzenia paru musicali na Broadwayu oraz rozgrywek NBA na żywo. Spełniłem tym samym moje marzenie z dzieciństwa, kiedy nocami śledziłem je przed telewizorem, jako że jestem wielkim fanem koszykówki.

Poza tym chcieliśmy wtopić się w nowojorski tłum, zasmakować Ameryki i pobyć trochę ze sobą.

Stanowicie parę od lat. Zdradzi Pan kiedy ślub?

– To życie pisze scenariusz...

Ale ten krok należy do mężczyzny, przecież to on się oświadcza!

– Ależ ja się oświadczyłem! Już ze trzy lata temu! W dodatku zostałem przyjęty. Staram się więc jak mogę, by moja wybranka nie zmieniła zdania i mam nadzieję, że nie zmieni (uśmiech). I że przyjdzie taki dzień, w którym złożymy sobie nawzajem przysięgę przed ołtarzem.

Rozm. Jolanta Majewska-Machaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama