Reklama

Stanisław Janicki. Wciąż mam energię

Poniedziałek, 27 lipca 2015 (11:31)

Jego program „W starym kinie” był telewizyjnym fenomenem. Od kilku lat w „Kalejdoskopie Polskiego Filmu” ujawnia kulisy powojennej kinematografii. Pisze autobiografię i planuje wyprawę z kamerą.

Praca zawsze dawała mu dużo satysfakcji. Niezależnie od tego, czy zarabiał na życie jako dziennikarz i pisarz, dramaturg, scenarzysta i reżyser filmów dokumentalnych, czy pracował ze studentami jako wykładowca scenopisarstwa i realizacji filmów krótkometrażowych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. – Nigdy nie robiłem tego, czego nie chciałem, co mi nie odpowiadało. Nie usiedziałbym w jednym miejscu. Lubię ruch, kiedy coś się dzieje – mówi Stanisław Janicki.

Nie zwalnia tempa

Przez ponad trzydzieści lat prowadził słynny cykl „W starym kinie”, najdłużej nadawany program w historii polskiej telewizji. Od ostatniej emisji minęło szesnaście lat, lecz większość widzów nadal pamięta barwne opowieści Stanisława Janickiego i jego anegdoty o przedwojennych, zapomnianych produkcjach. – Kojarzono mnie ze „Starego kina” jako prezentera w ciemnych okularach.

Mówiono, że naśladuję Zbyszka Cybulskiego, później Augusto Pinocheta, a nawet Wojciecha Jaruzelskiego. To jednak wynikało ze względów praktycznych. Ówczesne telewizyjne lampy miały bardzo ostre światło – wyjaśnia.

W listopadzie będzie obchodził osiemdziesiąte drugie urodziny, ale młodzieńczą werwę i poczucie humoru zachował do dziś. Mimo że od kilku lat jest na zasłużonej emeryturze, nie zwalnia tempa, wolny czas to dla niego rzadkość. W stacji Kino Polska, w „Kalejdoskopie Polskiego Filmu”, z wrodzonym wdziękiem opowiada widzom o kinie powojennym, a w radiu w RMF Classic w „Odeonie Stanisława Janickiego” przypomina największych bohaterów dawnego, jak i współczesnego kina.

W planach książka i film

Obecnie przygotowuje do druku autobiografię. Książka ukaże się na wiosnę przyszłego roku. – Opowiadam w niej o wielu sprawach, nie będzie to jednak wywiad rzeka, raczej opowieść o historycznych faktach i wydarzeniach. Nie zabraknie w niej wątków osobistych. W planach mam również realizację filmu dokumentalnego o małym miasteczku w powiecie jędrzejowskim.

Ten projekt traktuję nieco sentymentalnie, gdyż swój pierwszy film „Krzyż i topór” zrealizowałem na Kielecczyźnie. Można powiedzieć, że wrosłem w tę ziemię, bo przez dwanaście lat razem z żoną prowadziliśmy ponad czterohektarowe gospodarstwo. Do dziś mam tam przyjaciół i znajomych – zdradza pan Stanisław, który mordercze tempo życia przypłacił dziewięć lat temu zawałem.

– Znałem wszystkie jego objawy, ale wtedy chorowałem na ostre wirusowe zapalenie krtani. To uśpiło moją czujność i dopiero rutynowe badania kardiologiczne potwierdziły najgorsze. Kiedy powiedziałem lekarzowi, że zamelduję się w szpitalu za kilka dni, bo teraz czekają mnie obowiązki, ten złapał się za głowę – wspomina i dodaje, że zawsze pracował w terenie, rzadko kiedy siedział za biurkiem.

Podróże oraz muzyka

– Zjeździłem całą Polskę, kręcąc filmy dokumentalne i krótkometrażowe oraz jako juror na festiwalach filmowych. Miałem to szczęście, że kilka razy byłem w Japonii. To fantastyczny kraj, bardzo bliska jest mi jego duchowość.

Fascynacja językiem japońskim jest tylko częścią mojego oczarowania Krajem Kwitnącej Wiśni, jego kulturą i sztuką, historią oraz religią – wyjaśnia ten znakomity znawca, miłośnik i propagator starego kina, który pierwsze dziennikarskie szlify zdobywał w redakcji „Żołnierza Wolności”. Pisał w nim przez pięć lat, do 1959 roku. – Po skończeniu studiów dziennikarskich chciałem pracować w swoim zawodzie, być w centrum najważniejszych wydarzeń, w stolicy skupiało się wszystko to, co najlepsze.

Jednak aby zostać w Warszawie, należało mieć pracę i zameldowanie. Udało mi się trafić do świetnego zespołu, złożonego w większości z przedwojennych inteligentów. To była doskonała szkoła, a kiedy dostałem upragniony meldunek, zmieniłem redakcję – opowiada Pan Stanisław, ujawniając przy okazji jeszcze jeden sekret. – W czasach szkolnych marzyłem, aby zostać reżyserem albo dyrygentem orkiestry symfonicznej.

Muzyka zawsze odgrywała istotną rolę w moim życiu. Los chciał inaczej, ale muzykologię i historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim ukończył mój syn. Dziś pracuje w Narodowym Instytucie Fryderyka Chopina. Z Maćkiem nieźle się rozumiemy i wiem, że zawsze możemy na siebie liczyć.

Artur Krasicki

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama