Reklama

Stanisława Celińska dołącza do serialu "Barwy szczęścia"

Czwartek, 12 lutego 2015 (12:42)

Pojawiła się w „Barwach szczęścia” i zostanie na dłużej. Stanisława Celińska zdradziła nam, dlaczego nudzą ją paniusie, jak spotkała po latach filmowego brata oraz czego życzy nam w nowym roku.

Dołączyła Pani do obsady „Barw szczęścia” jako Amelia. Kim jest ta kobieta?

– Biedną, samotną istotą, pozbawioną dachu nad głową i wsparcia. Dzieci powyjeżdżały za granicę i nie interesują się jej losem, z powodu braku pieniędzy wykwaterowano ją z mieszkania, więc błąka się po ogródkach działkowych w poszukiwaniu noclegu.

W takich okolicznościach poznaje Tomasza, który dość szybko dostrzega w niej dobrą, uczciwą duszę i proponuje gościnę pod własnym dachem.

Rzadko się zdarza, by ktoś, tak bezinteresownie, przygarnął bezdomnego…

– Trzeba naprawdę wielkiego serca i wyobraźni, by zrozumieć takie nieszczęście i zdobyć się na prosty odruch pomocy bliźniemu. Nie wiemy tak do końca, co powodowało Tomaszem, może czuł, że ma do spłacenia jakiś dług wobec losu, a może zwyczajnie zachował się po ludzku, wiedząc, że w ten sposób ratuje drugiego człowieka od zguby.

Czy Amelia i Tomasz staną się parą?

– Nie tak od razu! Ona, początkowo nieufna, podchodzi do tej znajomości z rezerwą, wstydzi się swego położenia, określa się mianem odczłowieczonego szczura. Tomasz nakłoni ją, by powalczyła o siebie, pomoże jej uzyskać prawo do emerytury, mieszkania, słowem – o powrót do cywilizacji.

I tak, pomału, stworzy się między nimi więź oparta na współczuciu, zaufaniu, przyjaźni. Czy z czasem przerodzi się w miłość? Zobaczymy.

Pani bohaterka na dłużej zostanie w serialu?

– Powiedziano mi, że wchodzi na stałe. Jakieś księżniczki, damy i paniusie są dla mnie nudne, a ja lubię grać charakterystyczne postaci – a taką jest właśnie Amelia, którą polubiłam i dobrze się czuję w jej skórze.

Tą historią opowiadamy ludziom o rzeczach ważnych, przekazujemy wartości, które są wartościami, a nie udają je lub zastępują, jak to się często ostatnio zdarza. Docieramy do widzów masowo, daje to serialowi przewagę nad teatrem, w którym gram na co dzień.

Na planie „Barw szczęścia” doszło do sentymentalnego spotkania?

– Z Kaziem Mazurem, czyli moim serialowym partnerem, Tomaszem, graliśmy przed laty rodzeństwo – Agnisię i Tomaszka Niechciców, w „Nocach i dniach”. To film, a potem serial, uwielbiany przez widzów, który przeszedł już do historii polskiego kina. Nasze ponowne spotkanie z Kaziem ma wymiar niejako symboliczny – wówczas piękni i młodzi, stajemy znów razem przed kamerą dziś, w jesieni życia, by mówić o problemach bezdomnej starości.

To wątek nigdy bodaj dotąd nie poruszany w serialach…

– Bo i niemodny, nieestetyczny, niewygodny. Dziś starzy stali się niepotrzebni, nikt się o nich nie troszczy. Dawniej nie widywało się ludzi w podeszłym wieku grzebiących w śmietnikach, teraz ich przybywa.

Kiedyś ludzie umierali w otoczeniu najbliższych, dziś odchodzą w szpitalach, często samotnie, nieśmiało, po cichu, niosąc ulgę krewnym, sąsiadom, urzędom, które pozbyły się kłopotu…

Mocne słowa!

– Chciałabym, żeby ludzie żyli w zgodzie, zdrowiu i dostatku, umiejąc dostrzec człowieka obok. Czego Państwu i sobie w tym roku życzę!

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama