Reklama

Tadla: Mogę zatańczyć na stole

Piątek, 9 listopada 2012 (10:46)

Beata Tadla kocha ludzi, dlatego uwielbia z nimi rozmawiać. A z każdej rozmowy czerpie jakąś naukę. Nie wyobraża już sobie życia bez dziennikarstwa.

Zdjęcie

Beata Tadla /fot  /AKPA
Beata Tadla
/fot /AKPA

Rozmowa z nią to przyjemność. Beata Tadla (37) imponuje swoją wiedzą, poczuciem humoru i wrażliwością. Wspaniała dziennikarka i matka, a od niedawna nowa prowadząca "Wiadomości".

6 listopada zobaczyliśmy panią w "Wiadomościach". Decyzja o przejściu do TVP nie należała do najłatwiejszych?
- To trudna decyzja, której nie mogłam podjąć z dnia na dzień. Poprzedzona długimi przemyśleniami. Ale była świadoma i nie mogłam doczekać się nowych wyzwań.

Czego oczekuje pani po przejściu do telewizji publicznej?
-
Jestem przekonana, że w TVP będę mogła zdziałać więcej, niż robiłam do tej pory. Czuję się tam potrzebna i nie odczuwam stresu w kontaktach z ludźmi. Poza tym mam w sobie silne przekonanie o potrzebie wypełnienia misji publicznej, więc gdzie to robić? W TVP! Cieszę się, że czuję spokój.

Zdjęcie

Syna Jaśka, jak mówi, otacza totalną miłością.
/fot /AKPA

W TVN było inaczej?
- Odczuwałam tam niewytłumaczalne napięcie. Nie wiem z czego to wynikało. Ale z pewnością ułatwiło mi podjęcie decyzji, której nie żałuję. Jestem szczęśliwa, ponieważ przekonałam się, że przed czterdziestką jeszcze na coś mnie stać.

To właśnie wtedy rozpoczyna się prawdziwe życie?
- Ciężko mówić o jakiejś magicznej granicy. Według mnie prawdziwe życie rozpoczyna się w momencie, w którym czujemy się pogodzeni ze sobą i całym światem. Wiemy na co nas stać i na co nigdy stać nie będzie.

Gdyby miała pani wskazać najlepszy moment swojego życia...
... to wybrałabym właśnie ten moment. Już nie walczę z rzeczami, na które nie mam wpływu. Jestem wewnętrznie spójna, pozbyłam się złych emocji. W dotychczas nieznany mi sposób cieszę się życiem.

I jak korzysta pani z tego najlepszego momentu?
- Żyję tak, jakby jutra miało nie być. Bo kto z nas wie co wydarzy się następnego dnia? Katastrofa smoleńska była takim momentem zwrotnym, nie tylko zawodowo. Postanowiłam, że będę żyć najgłębiej, jak tylko się da, śmiać się do drzew i cieszyć słońcem.

A czy przypadkiem nie próbuje pani w ten sposób czegoś nadrobić?
- Faktycznie ominął mnie moment szaleństwa, zabawy, błędów młodości. A wszystko dlatego, że bardzo poważnie potraktowałam zadanie pod tytułem: praca. Moje życie zawodowe zaczęło się jak miałam 16 lat. I właściwie można powiedzieć, że pochłonęło mnie bez reszty. Życie składa się z różnych etapów. Jeżeli któryś z nich się pominie, to wydaje się, że prędzej czy później on do nas powróci. I może właśnie tak jest w moim przypadku? A może po prostu świadomość mi to wszystko podpowiada.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Mówimy o pewnych etapach życia. Czy te, które minęły można zamknąć raz na zawsze?
- Oczywiście, że jest to możliwe. Porównuję nasze życie do albumu ze zdjęciami albo do książek. Czasami musimy lub po prostu chcemy zamknąć pewne rozdziały. Jednak w dalszym ciągu powinniśmy czerpać z nich wiedzę, pamiętać co dla nas znaczyły, zdawać sobie sprawę z tego, że przeszłość jest naszym najważniejszym bagażem, który pozwala na wyciąganie wniosków na przyszłość. Nawet, jeśli wiemy, że dawne wydarzenia już się nie powtórzą.

Bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?
- Nie wierzę w żadne powroty.

Jest pani przykładem kobiety po przejściach, która z powodzeniem buduje swoje życie. Naprawdę mogę być dla kogoś przykładem?
-
Jeśli tak, to bardzo odpowiedzialne... Ale wie pani co? Nie czuję, żeby tzw. kobieta po przejściach miała jakieś szczególne prawo do mówienia co jest dobre, a co złe. Może opowiadać, co dobre dla niej samej, jeśli już o tym wie. Nie ze wszystkiego co wydarzyło się w moim życiu jestem dumna i zadowolona. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że to również buduje mój kapitał. Przynajmniej teraz już wiem, na co i na kogo mam uważać. Jeśli nie wiem, czego chcę, to już wiem, czego na pewno nie chcę. Nauczyłam się też, że muszę dobrze wybierać ludzi do swojego otoczenia, bo wiele razy się zawiodłam. Nie lubię tych, którzy zabierają mi energię. Ale to nie tak, że wierzę w jakieś czary- -mary, karmę et cetera.

To w co wierzy Beata Tadla?
- Wierzę w siebie i w to, że wszystko co najlepsze jeszcze przede mną. Nie jestem osobą związaną z Kościołem, nie chodzę też do wróżki, nie mam tzw. pleców ani wpływowych przyjaciół. Ludzie wokół mnie są prawdziwi i dobrzy. A ja po prostu uważnie słucham swoich potrzeb i uczę się na własnych błędach. Ci, którzy mają dar wiary modlą się do Boga. Kiedy coś im się udaje mówią: to dzięki Bogu. Gdy ponoszą porażki pytają: gdzie był Bóg? A ja nie wierzę w nic, co mogłoby sterować moim życiem. Jeżeli popełnię jakiś błąd to winą obarczam tylko siebie. Nikogo innego nie obwiniam za porażki. Taka już jestem.

Odnoszę wrażenie, że w pani życiu brakuje odrobiny spontaniczności. Mam rację?
- Nic z tych rzeczy! Wiem, że może się tak wydawać, ponieważ jestem niezwykle refleksyjną osobą. Potrafię jednak pstryknąć palcami, wsiąść w samochód i jeździć po mieście w środku nocy. Zdarza się, że zatańczę na stole, jeżeli tylko najdzie mnie ochota. Nie marnuję żadnej chwili. Każdy dzień mam zapełniony co do minuty. Nie wiem co to znaczy nuda. Szkoda, że nie umiem spać i pracować jednocześnie. Jestem miłośniczką życia. Poza tym kocham ludzi.

Czy tego uczy pani również swojego syna?
- Przede wszystkim uczę go rozróżniać dobro od zła. Chcę mu przekazać także to, że naszą najskuteczniejszą bronią jest wiedza. Dlatego nieustannie powtarzam mu, aby ją zdobywał, kształcił się i rozwijał. Jestem przekonana, że wybierze dla siebie jak najlepszą drogę. Po prostu wierzę w mądrość mojego syna.

Czy wychowuje go pani tak, jak sama była wychowywana?
-
Na pewno, gdyż widzę, że to ma sens. Otaczam go totalną miłością. Ja też byłam otoczona rodzicielskim wsparciem. Za każdym razem mówię mu, jaki jest dla mnie ważny i potrzebny. I to działa w dwie strony. On również nie ma problemu z tym, aby kilka razy dziennie powtórzyć mi jak bardzo mnie kocha albo jaka jestem wspaniała.

To rzadko spotykane!
-
Nie szczędzimy sobie dobrych słów, ale również krytyki, jeżeli jest ona konieczna. W naszym domu obowiązują pewne zasady. Nie ma kłamstwa, oszustwa czy też nielojalności. Taki rygor daje pewne poczucie bezpieczeństwa. Poza tym dokładam wszelkich starań, aby zrozumiał, że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy idealni. Nie spodobamy się wszystkim, tak samo jak nam nie wszyscy przypadną do gustu. Ale na tym właśnie polega różnorodność tego świata. I cudownie, że tak jest! Gdyby nagle wszyscy zostali "perfekcyjną panią domu", chyba nikt by tego nie wytrzymał.

Alicja Dopierała


Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Świat & Ludzie

Reklama