Reklama

The voice of Poland. Andrzej Piaseczny: Jestem zdystansowany

Poniedziałek, 5 października 2015 (10:32)

To on przetarł szlaki jurorom w pierwszej edycji i... zniknął. Teraz Andrzej Piaseczny wrócił na fotel w „The Voice of Poland” i zdradza, jak zmienił podejście do uczestników i czym zapunktował u Edyty Górniak.

Był Pan trenerem w pierwszej edycji „The Voice of Poland”, jest Pan nim znów w bieżącej, szóstej. Co z tymi pomiędzy? Dlaczego Pana w nich nie było?

Pierwsza edycja kosztowała nas wszystkich – jurorów, produkcję, no i z pewnością uczestników – wiele nerwów, czasem gorączki. Myśmy się dopiero uczyli, każdy z nas szukał własnej drogi do sedna tego show, w którym stawką jest czyjaś kariera. Ludzi, którzy do nas przyszli, zaczęliśmy z czasem traktować jak rodzinę!

Musiało dużo wody w rzekach upłynąć, nim ochłonąłem na tyle, by stanąć ponownie do takiej próby. Tym razem postawiłem na spokój i opanowanie – mam nadzieję, że mi się to uda, a jeśli poczuję, że wchodzimy znów w relacje zbliżone do rodzinnych, to będę się starał zachować dystans... dalszego kuzyna (śmiech).

Może i dobrze, poprzednio sam Pan określał się mianem trenera – tresera, w porywach tyrana! Teraz będzie tylko głaskanie i chwalenie?

Chyba nie do końca o to w tej zabawie chodzi. Myślę, że do zasiadania w jury uprawnia nas muzyczna historia, doświadczenie, którym dzielimy się z młodymi adeptami sztuki.

Tyle tylko, że nic na siłę! Pojąłem, że nie możemy za wszelką cenę „zakładać własnych butów na ich nogi”, nie ma to sensu, dlatego poprzestanę na radach, propozycjach, z których oni skorzystają albo nie. Bez trenerskiej (treserskiej) zawziętości, ale też i bez zbędnych laurek – u nas liczy się rzetelność i profesjonalizm!

Skład jury jest inny niż uprzednio, ale znacie się nie od dziś...

To prawda, spotykamy się czasem na scenie, w trasach koncertowych, w telewizji – jak przypadku Tomsona i Barona, z którymi występowaliśmy już razem w „Bitwie na głosy”. Ale rozpoznanie nie oznacza poznania – to nastąpiło dopiero tu, podczas wspólnej pracy i dało wiele ciekawych spostrzeżeń. Chłopaki niezmiennie imponują energią, żywiołowym podejściem do sprawy – w kontraście do nich pozostaję stoikiem.

Inaczej rzecz ma się z Marią, z którą uwielbiam się spierać! To ona przejęła ode mnie „bacik” z pierwszej edycji, autorytatywnie wygłasza opinie, walczy ze wszystkim – w tym ze mną, co nie zmienia faktu, że bardzo się polubiliśmy. A Edyta? Niewątpliwie fascynująca osobowość, nie tylko sceniczna – wyspecjalizowałem się w... podawaniu jej chusteczek (śmiech).

Rywalizujecie ze sobą ostro?

Więcej jest między nami wzajemnego wsparcia niż współzawodnictwa. Bywa, że oddajemy sobie nawzajem zagrożonych uczestników, jesteśmy solidarni w poszukiwaniu pięknych głosów i charakterów, a tych w naszym programie nie brakuje. Zdarzają się prawdziwe perełki – już paru wykonawców podczas przesłuchań w ciemno podniosło nas wręcz z foteli i każdy chciałby mieć ich u siebie, lecz najważniejsze, aby się talent nie zmarnował. Jesteśmy poławiaczami pereł dla polskiej sceny muzycznej.

Skąd bierze się tylu zdolnych ludzi?

Zdawałoby się, że wszyscy, którzy potrafią śpiewać, dostali szansę, by gdzieś zaistnieć. Ale codziennie rodzą się nowi i całe szczęście, bo scena muzyczna wciąż czeka na nowe odkrycia.

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama