Reklama

Widawska: Jestem dość nietypowa...

Piątek, 10 sierpnia 2012 (09:34)

Daria Widawska nigdy nie prosi o pomoc. Nie pozwala synowi grać na konsoli. Sama odnawia meble. Silna kobieta zdradza nam swój przepis na szczęście.

Zdjęcie

Daria Widawska /AKPA
Daria Widawska
/AKPA

Dokąd pani jedzie na wakacje?

- Nie mam pojęcia. Do późnej jesieni będę na planie "Prawa Agaty".

Ale potem, gdy skończą się zdjęcia, położy się pani z drinkiem pod palmą?

- Wolę aktywne wakacje. Nawet jak mamy trzy czy cztery dni wolnego, to pakuję rodzinę i wyjeżdżamy. Nie dlatego, że nie lubię Warszawy. Po prostu będąc w domu, nie można odpocząć. Każda kobieta zawsze znajdzie sobie wtedy zajęcie - a to książka krzywo stoi, a to do banku trzeba pojechać, a to koleżanka na spotkanie wyciągnie.

Zdjęcie

Są małżeństwem od pięciu lat. Michał Jarosiński jest operatorem telewizyjnym.
/fot /AKPA

Potrafi pani odpoczywać?

- Jasne. Zwykle najpierw trzy dni odsypiam i wyleguję się na leżaku. Ale z drugiej strony, przy małym dziecku takie stuprocentowe leniuchowanie nie wchodzi w grę. Potem spędzam ten czas aktywniej.

Lepi pani babki z piasku?

- I buduję zamki, i kopię tunele, zwłaszcza na plaży. Dla mnie na wakacjach zawsze musi być rzeka, morze lub jezioro. Jestem dziewczyną, która wychowała się w Gdyni, więc nie potrafię odpoczywać bez wody.

Marzy się pani sesja w spa, połączona z wizytą u wizażystki i fryzjera?

- Jestem chyba dość nietypową kobietą. Z racji wykonywanego zawodu, muszę często chodzić do kosmetyczki i fryzjera, ale tam nie odpoczywam. Natychmiast mam tysiąc siedemset pomysłów, dokąd powinnam w tym czasie iść i co załatwić. Ostatnio jednak odkryłam, że to jest świetne miejsce do czytania książek. Wtedy czas szybciej mija. Zakupy to dobry pomysł na relaks? Też jakoś średnio chodzę. Po dwóch godzinach bolą mnie nogi. Jak sobie przypomnę, że mam jeszcze kupić coś na drugim końcu sklepu, szumnie zwanego galerią handlową, to szlag mnie trafia.

Zabiera pani syna ze sobą?

- Po co? Jak mogę, to nie zabieram. Iwo ma cztery lata, a był w galerii może ze dwa razy. A w McDonald’sie? Bardzo rzadko. Kiedy jedziemy do Gdyni samochodem, to w Ostródzie zatrzymujemy się w McDonaldsie. Bo to jest akurat połowa drogi. Zjadamy wtedy frytki.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Pozwala pani używać synowi psp?

- A co to jest?

Konsola do gier.

- Nie. I mogę śmiało powiedzieć, że mój syn nie dotyka ani mojego komputera, ani mojej komórki.

Mówi to pani z dumą. A przecież dziś rodzice chwalą się, że dzieci błyskawicznie uczą się korzystania z elektronicznych gadżetów. (śmiech).

- Oboje z mężem staramy się załatwić wszystkie nasze komputerowe sprawy, kiedy Iwo śpi lub gdy wychodzi na spacer. Dla mnie komputer czy komórka są tylko użytecznymi przedmiotami. Nie chcemy, by stały się naszym sposobem na spędzanie wolnego czasu.

Nie korci panią, by Iwo pograł np. w Angry Birds i dał wam chwilę świętego spokoju?

- Nie. Święty spokój mam w pracy. Ale ja z Iwem lubię grać bez komputera. Często sami wymyślamy różne zabawy. Na przykład rysujemy sobie rybki, potem je liczymy, segregujemy, dostosowujemy do nich cyferki. Możemy to razem robić godzinami.

Kiedy znajduje pani na to czas? Poza zdjęciami do "Prawa Agaty" pochłaniają panią przecież przedstawienia teatralne.

- Nie lubię robić zbyt wielu rzeczy naraz, bo to rozprasza. Staram się pracować uczciwie wobec siebie i wobec widza. Ale owszem, jeżdżę z różnymi spektaklami - na jesieni nawet pięć czy sześć razy w miesiącu. Czasem mam wrażenie, że objechałam już całą Polskę wzdłuż i wszerz. Często wchodząc do hotelu, widzę, że wisi moje zdjęcie, co oznacza, że już tam byłam. Mam nadzieję, że w przyszłym roku przygotuję sztukę teatralną.

Pani mąż pomaga w prowadzeniu domu?

- Bardzo! Zawsze to podkreślam.

Ojcem też jest dobrym?

- Powiedziałabym nawet, że czasem jestem o to odrobinę zazdrosna.

Czyli wraca pani z wyjazdu, a w domu idealny porządek... I wtedy myśli pani sobie: "Czy ja tu w ogóle jestem jeszcze komuś potrzebna?".

- O nie, nie! Dzisiaj wyszłam z domu na dwie godziny i to, co zastałam po powrocie... W niektórych domach taki bałagan powstaje przez co najmniej tydzień (śmiech). Jestem zazdrosna raczej o cierpliwość mojego męża. Kiedy ja po ciężkim dniu w pracy wracam do domu, muszę choć przez chwilę podładować akumulatory i przestawić się na inną rzeczywistość. I wtedy mój mąż momentalnie, bez słowa, przejmuje obowiązki.

Podobno mężczyźni boją się silnych kobiet?

- Wiem jedno: ja sobie nie wyobrażam życia bez mojego męża. Mówi się też, że silne, zaradne kobiety przyciągają do siebie tylko nieudaczników. Nie w moim przypadku. Ja muszę mieć partnera do dyskusji, który dodatkowo mnie inspiruje. Nie wyobrażam sobie innego modelu związku. Może dlatego, że sama pochodzę z bardzo nowoczesnej rodziny.

Co to znaczy?

- Moja mama urodziła mnie, gdy miała 31 lat. W tamtych czasach to było dość nowatorskie - tak późno decydować się na dzieci. Moi rodzice najpierw pokończyli studia, a potem jeszcze chcieli nacieszyć się życiem i sobą nawzajem. Potem mama, która sama zawsze była kobietą bardzo silną, wychowywała mnie w poczuciu dużej niezależności. Natomiast ojciec potrafił przejmować zwykłe obowiązki domowe. Jak wracał do domu, to na przykład podawał do stołu obiad, bo mama przychodziła z pracy dużo później. Dlatego potem instynktownie znalazłam silnego faceta, który odpowiada mi pod każdym względem.

Bo...

- ...potrafi ugotować obiad, popłacić rachunki, załatwić wszystko w warsztacie samochodowym, ogarnąć mieszkanie, a do tego jest spełnionyw pracy i ma swoje pasje. Mój mąż ma też swoje zdanie. Potrafi jednak odpuścić w jakiejś kwestii, bo jest mądrym mężczyzną. Pewnie myśli: "A niech sobie to robi". I ja robię.

Zdjęcie

Daria Widawska i Leszek Lichota na planie "Prawa Agaty"
/fot /AKPA

Ale co konkretnie?

- Tapiceruję fotele, maluję ściany, składam meble na działce.

Pani nie ma pretensji, że on nie pomaga?

- Często pomaga.

Skąd się u pani wzięła pasja do majsterkowania?

- Z potrzeby życiowej. Jeszcze w czasie studiów w Warszawie wynajmowałam chyba z jedenaście mieszkań i każde z nich zostało własnoręcznie przez mnie odmalowane i odpicowane. Nie potrafiłam żyć w "nie swoim świecie" z obcym bałaganem i zapachem. Majsterkowanie do dziś sprawia mi ogromną przyjemność.

Dlatego mówią o pani, że ma męską naturę?

- Moja męska natura polega raczej na tym, że lubię myśleć o świecie: czarne jest czarne, a białe jest białe. Rzadko kieruję się emocjami. Oczywiście czasem mi się zdarza, bo jednak jestem kobietą. Ale jak rozmawiam z mężem, zawsze staram się używać argumentów logicznych. Bo wiem, że do niego bardziej to przemawia niż wrzask i histeria.

Nie zdarzyło się, że usiadła pani kiedyś w fotelu i pomyślała: "Nie mam pojęcia, co teraz zrobić"?

- Rzadko. Lubię brać sprawy w swoje ręce. Nie cierpię tracić kontroli i prosić o pomoc.

Czy to oznacza, że nie potrafi pani przyjmować pomocy?

- Potrafię, wielokrotnie doświadczyłam ogromnej pomocy bliskich mi osób. Ale nigdy o tę pomoc nie poprosiłam. Nie zrobiłam tego, bo to by znaczyło, że nie jestem w stanie sama dać sobie rady. A ja nie lubię siebie słabej. Osobiście uważam, że tyle, ile dajesz z siebie innym - tyle samo otrzymasz z powrotem. A może i więcej! Bo gdy dajesz komuś poczucie, że może na ciebie liczyć, to ta osoba zwykle chce choć trochę ci oddać..

A jeśli nie?

- Trudno. Ja się czuję dobrze z tym, że pomagam i to ma dla mnie znaczenie. Jeśli tylko mogę, staram się pomóc. I wcale nie chodzi tu o jakieś wielkie sprawy. Na przykład pomagam znajomym w drobnych sprawach, gdy usilnie starają się coś załatwić.

Często angażuje się pani w akcje charytatywne?

- Nie chcę o tym mówić na łamach gazet.

Wierzy pani, że dobro wraca?

- Kiedyś, jeszcze w szkole teatralnej, zabrakło mi pieniędzy, jak to każdemu studentowi. Profesor Zofia Kucówna pożyczyła mi stówę. Jak tylko dostałam stypendium, pobiegłam oddać pieniądze. "Dobra, tam! Daj tę stówę kolejnej osobie, która będzie jej potrzebowała", odpowiedziała pani Zofia, machając ręką. To się wydarzyło z dwanaście lat temu. I ja przez ten czas dostałam wiele dobrego od ludzi. O tej stówie myślę więc jak o pewnym symbolu. Pewnie ona krąży po ludziach do tej pory. Ktoś zatrzyma łańcuszek? Trudno. Ale ktoś inny to pomnoży.

Ma pani za dobre serce.

- Drugiego policzka pewnie bym nie nadstawiła. Raczej bym oddała. Nigdy też nie zastanawiam się, czy coś jest dobre, czy złe. Raczej dzielę zadania na te, które chcę robić, i na te, których nie chcę. Nie potrafię być obojętna na krzywdę drugiej osoby. Tak zostałam po prostu wychowania. I nie analizuję tego.

Gdy oglądam "Prawo Agaty", cieszę się, że jest taka bohaterka, jak grana przez panią Dorota Gawron. Bardzo prawdziwa, czasem zwyczajnie zmęczona, z trójką dzieci...

- Trzecie dziecko jest w drodze, ale to już piąte z Karolakiem (śmiech). Bo przecież dwójkę mieliśmy w serialu "39 i pół".

Prywatnie planuje pani powiększyć rodzinę?

- Na to pytanie pozwolę sobie nie odpowiedzieć, bo potem będę w notorycznej ciąży albo zostanę okrzyknięta egoistką, co to nie chce już dzieci.

Jak się pani pracuje z Tomaszem Karolakiem? To jest podobno bardzo trudny partner.

- A skąd! Tomek jest prosto skonstruowanym mężczyzną (śmiech). Trzeba tylko znaleźć na niego sposób. Bo on ma dwoistą naturę. A wiem, co mówię, bo mój syn też jest zodiakalnym Bliźniakiem.

Jaki jest zatem sposób na Karolaka?

- Jak się kłócimy, on potrafi zaraz wszystko naprawić ogromnym poczuciem humoru. I za to go uwielbiam. Nigdy nie obrażamy się na siebie. Nawet jak coś zgrzytnie, to natychmiast sobie wszystko odpuszczamy i idziemy dalej.

Agnieszka Dygant powiedziała, że jest pani bardzo koleżeńska na planie.

- Równie dobrze mogłaby to powiedzieć o sobie. Świetnie jest mieć takiego partnera w pracy jak Agnieszka. Ona nie rozdrabnia się na jakieś niepotrzebne rzeczy. Uczę się też od niej asertywności, ale w takim dobrym znaczeniu tego słowa. Bo Aga jest w tym mistrzynią. Nigdy nie rywalizujemy ze sobą przed kamerą, bo najważniejszy dla nas obu jest efekt końcowy.

Zaprzyjaźniły się panie?

- Kompletnie nie spodziewałam się, że tak szybko znajdziemy wspólny język. Mamy podobne poczucie humoru. Dużo też ze sobą rozmawiamy. Bo Agnieszka jest taką kobietą, z którą można gadać nie tylko o pracy i dzieciach. Zwykle przerzucamy się tematami, by na koniec dojść do wniosku, że na większość spraw mamy dość podobne poglądy. Mam nadzieję, że nasza znajomość nie skończy się na tym serialu.

Pani żyje trochę "wbrew". Większość aktorek dała się sterroryzować kultowi szczupłego ciała. A pani wręcz przeciwnie!

- Jeśli ktoś zaproponuje mi rolę chudzielca, choć w to wątpię (śmiech), to schudnę i zagram. Ale wydaje mi się, że nie każda aktorka musi być chudą dziewczyną z napompowanymi ustami i policzkami, w nienagannie skrojonych sukienkach. Przecież potrzeba w polskim kinie aktorów różnych: i grubych, i chudych, i blond, i rudych, i z uchem, i bez ucha. Nie widzę więc powodu, by zmieniać się zgodnie z jakimś kanonem. Zawsze dla kogoś będę za gruba, za ruda, za jakaś. Nie da się zadowolić wszystkich. Wiem też, że wykonując taki zawód, narażam się na ocenę.

Czyta pani komentarze na swój temat w internecie?

- Powstrzymuję się.

Nie jest pani ciekawa?

- Jestem. Ale potrafię się powstrzymać. Ciekawość bywa zgubna. Nie zawsze wszystkiego trzeba spróbować.

Po bułki chodzi pani w makijażu?

- Zwykle się maluję, ale delikatnie. Choć po bułki to zdarza mi się wyjść bez makijażu. Normalnie. Mam zwykłe życie, mało celebryckie.

Mało perfekcyjne?

- Bardzo perfekcyjne, ale w moim rozumieniu tego słowa. Bo ja żyję, jak chcę. Kropka.

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Show

Reklama