Reklama

Widzowie go lubią

Sobota, 14 kwietnia 2012 (18:00)

Kto nie zna przemądrzałego Paździocha, sąsiada Ferdka z serialu "Świat według Kiepskich"? Ryszard Kotys ma na swoim koncie mnóstwo ról, ale dopiero ta dała mu popularność, której tak nie lubi. By od niej uciec czas spędza na czytaniu dobrej literatury. Syn próbował go przekonać do gier komputerowych, ale aktor zdecydowanie woli książki.

Zdjęcie

/   /AKPA
/ /AKPA

Już trzynaście lat "Kiepscy" bawią widzów. Nie znudziła Pana ta praca?

- Po takim czasie traktujemy serial jakby był czymś naszym, a nie tylko pracą. Na planie czujemy się dobrze, ale przyznam, że już bez tej kreacyjności, która towarzyszyła nam na początku. Na szczęście Paździoch co chwilę przeistacza się w kogoś innego, od naukowca, aż do cwaniaczka. Jego fantazja prowadzi go do rożnych zdarzeń, więc na monotonię narzekać nie mogę.

Podobno męczy Pana popularność Paździocha?

- Jeśli ktoś gra w popularnym serialu, musi się liczyć z tym, że będzie utożsamiany ze swoim bohaterem. Ludzie niby wiedzą, że to jest aktor, ale jak już go spotkają osobiście, to sądzą, że to jest ta postać, która schodzi do nich z ekranu.

Spotykają Pana z tego powodu nieprzyjemności?

- Dla mnie jako dla aktora jest to swego rodzaju udręka. W Polsce zapanowała moda, że wszyscy chcą autografów od ludzi z telewizora albo, co gorsze, koniecznie chcą się fotografować. Kiedy jestem w sytuacji prywatnej, w restauracji albo na stacji benzynowej wychodzę z samochodu, by kupić gazetę, to takie dowody uznania mnie krępują. Miałbym obawę, by wsiąść do komunikacji miejskiej.

Ale nie łechce to trochę Pana próżności?

- Oczywiście, tą popularność mogę odczytywać na swoją korzyść, bo widocznie ludziom w jakiś sposób zapadłem w pamięć. Wygląda na to, że Paździoch, o którym trudno powiedzieć, by był szlachetny, a często bywa wredny i "mendowaty", jednak wzbudza sympatię. Widzowie go lubią.

A Pan go lubi?

- Chyba muszę, ale lubię go szczerze, bo jest to człowiek z ogromną wyobraźnią.

W jednym z nowych odcinków Ferdek z Paździochem grają w gry komputerowe. Prywatnie goni Pan za nowinkami technicznymi?

- W ogóle się tym nie interesuję. Przy nagrywaniu odcinka po prostu powiedziałem dokładnie to, co mi scenarzyści napisali, bez zagłębiania się w tekst. Mam nadzieję, że nic nie pomyliłem, bo Paździoch jak zwykle występuje w roli niemal eksperta. Natomiast ja osobiście używam tylko telefonu komórkowego i to też w ograniczonym zakresie. SMS-y odbieram, ale sam nie wysyłam. Wychodzę z założenia, że telefon służy do rozmowy.

A syn nie próbował Pana wciągnąć w gry komputerowe?

- Nie dałem się. To nie moje pokolenie. Moja młodość i całe dorosłe życie, to czas spędzony z książką. Przeczytałem pewnie olbrzymią bibliotekę. W tej chwili świat poszedł w inną stronę. Nie dziwi mnie to, ale też nie pociąga.

W tej bibliotece dużo miejsca zajęłyby kryminały?

- Przede wszystkim powieści klasyczne, ale pewnie kilka półek byłoby dla dobrych kryminałów, na przykład Chandlera. Kryminał nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Wystarczy przeczytać dwa, by rozgryźć wszystkie pozostałe i już na początku zgadnąć, gdzie autor robi uniki, gdzie nas wprowadza w błąd, a gdzie schował rozwiązanie. Jeśli więc sięgam po kryminał, to tylko wtedy, gdy wiem, że jest to przede wszystkim dobra literatura, a zagadka jest bonusem.

Serial i powieść to jednak fikcja. A może nie do końca? Myśli Pan, że świat z kamienicy przy ulicy Ćwiartki istnieje?

- Mnie się wydaje, że popularność "Kiepskich" nie wynika z tego, że ludzie utożsamiają się z bohaterami, czy widzą w nich swoich znajomych. Raczej widzą swoje prawdziwe problemy, ale pokazane przez mocno przerysowane postaci. U nas wszystko jest w pewnej karykaturze, bo przyjęliśmy taką konwencję.

A Pan śmieje się przed telewizorem oglądając "Kiepskich"?

- Przede wszystkim czytam scenariusze i wtedy jest to dla mnie zabawne, a niekiedy bardzo śmieszne. Przed telewizorem patrzę już raczej technicznie, jak to zrobiliśmy. Jeśli pracowało się przy serialu, to trudno przesiąść się na fotel widza i patrzeć jego oczami.

Nagrywacie dwa razy do roku po kilka tygodni. A co pomiędzy?

- Między innymi przedstawienie teatralne "Andropauza", z którym jeżdżę po całej Polsce. Zagrałem dużo ponad 300 spektakli w ciągu półtora roku. Mam nadzieję, że jak się to skończy, będzie "Andropauza II", bo temat cieszy się duża popularnością i trafia w gusta widzów.

Ewa Pokrywa - AKPA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

teletydzien.pl/AKPA

Reklama