Reklama

Wołoszański: Żona rozumie moją pracę

Wtorek, 23 października 2012 (12:56)

Bogusław Wołoszański był w gabinecie Churchilla i w Hiroszimie. Przemierzył całą linię Maginota, a teraz szuka skarbów w Polsce. Bogusław Wołoszański opowiedział nam, dlaczego nie chciał robić kariery jako prawnik i jak zaraża swoją pasją przyjaciół i rodzinę.

Zdjęcie

Bogusław Wołoszański /fot  /AKPA
Bogusław Wołoszański
/fot /AKPA

Wraca Pan do telewizji z nowym programem historycznym. Chociaż z wykształcenia nie jest pan historykiem, to najlepiej znamy Pana z tej dziedziny. Kiedy zafascynowała pana przeszłość?
- Żywa historia otaczała moje pokolenie na każdym kroku. Kiedy byłem dzieckiem wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, ale w podstawówce, gdy szedłem na wycieczkę do lasu, to za każdym razem znajdowałem jakieś niewypały albo bunkry. Do dziś pamiętam, kiedy pojechałem po raz pierwszy do Auschwitz. Wtedy był to opuszczony obóz koncentracyjny. Później wróciłem tam w latach 70., ale zobaczyłem już tylko muzeum.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Pana rodzice widzieli jeszcze więcej niż Pan. Czy chętnie opowiadali o tym, co wydarzyło się zanim przyszedł Pan na świat?
- Mówili o tym bardzo niechętnie. Jeżeli w naszym domu poruszano takie tematy, to tylko w kategorii ciekawostek. Teraz rozumiem, że dla nich były to bardzo bolesne wspomnienia. Sam nie wiem, czy większym koszmarem mogła być dla nich wojna, czy okres stalinizmu. Mój ojciec urodził się w 1908 roku. Przeżył dwie wojny światowe, a więc najbardziej tragiczny okres XX wieku. Horror II wojny światowej mógł zobaczyć na własne oczy, jako dowódca plutonu przeciwpancernego w 25. pułku piechoty. Proszę sobie wyobrazić, że odkryłem to dopiero po jego śmierci. Nigdy nie wspomniał o swoich zasługach. Nie miał żadnych pamiątek z tamtych czasów.

A czy kolejne pokolenie Wołoszańskich, Pana dzieci bada przeszłość równie skrupulatnie co Pan?
- To nie jest rodzinne hobby. Oczywiście moje dzieci nie zamykają się na to pole zainteresowań. Po prostu wychowały się w tej lepszej połowie XX wieku i wydarzenia historyczne mają dla nich zupełnie inny wymiar. Córka w pewien sposób pozostała przy historii, ale tej piękniejszej, ponieważ skończyła historię sztuki. Mój syn zajął się całkowicie współczesną dziedziną. Po skończeniu prawa i zrobieniu aplikacji został radcą prawnym.

A skoro mówimy o młodych ludziach, Pan zaczął swoją karierę bardzo wcześnie.
- Kiedy prowadziłem pierwszy program w telewizji miałem nieco ponad 20 lat, ale byłem wtedy po studiach. Szkołę zacząłem z rocznym wyprzedzeniem. Podstawówka była siedmioletnia, a studia prawnicze trwały tylko 4 lata. Miałem 21 lat kiedy skończyłem prawo i zacząłem studia dziennikarskie, które połączyłem z pracą.

Czy po skończeniu prawa nie myślał Pan o pracy w zawodzie?
- Wtedy prawo nie było tak atrakcyjne i ciekawe, jak dzisiaj. Bardziej pociągało mnie dziennikarstwo, w którym widziałem sposób na prowadzenie urozmaiconego, ciekawego i pełnego życia.

Oglądając Pana programy jestem pewien, że to się panu udało. Dużo pan wyjeżdża. Nie prowadzi Pan programów zza biurka, ale zawsze jest tam, gdzie opisywane wydarzenie miało miejsce. Czy Pana małżonce wystarcza na to cierpliwości?
-
Zawsze marzyłem, żeby być tam, gdzie działa się historia i udało mi się to zrealizować. Byłem w wielu miejscach: od gabinetu Churchilla, przez bunkry linii Maginota, aż do Hiroszimy. A żona to doskonale rozumie, choć nigdy nie proponowałem jej udziału w trudnych i czasami wyczerpujących eskapadach. Ona miała swoje wyzwanie: praca zawodowa, dzieci, dom. A jest to równie wyczerpujące.

Podczas tych wypraw udowodnił pan rozległą wiedzą. Czy Pana przyjaciele widzą w Panu historyczną wyrocznię? Może proszą Pana o informacje, lub pomoc, kiedy np. nie potrafią rozwiązać hasła w krzyżówce?
- O tak. To zdarza się bardzo często. Bywa też, że przyjaciele dzwonią do mnie, kiedy napotkają coś ciekawego. Opowiadają mi o tym i pytają się co mogę na ten temat powiedzieć. Zresztą działa to także w drugą stronę, kiedy sam staram się ich czymś zainteresować. Na przykład ostatnio zorganizowałem przyjacielski wyjazd na Dolny Śląsk. Zaplanowałem całą wycieczkę i wybrałem najciekawsze miejsca do zwiedzenia, niestety ostatecznie pojechali wszyscy, poza mną. W domu zatrzymała mnie operacja żony.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Czy widzi Pan historię wszędzie wokół siebie?
- Bardzo często i jestem tego świadomy. Właśnie wróciłem z Pszczyny, gdzie uderzył mnie widok stajen. Kiedyś musiały były to bardzo piękne zabudowania, ale popadły w ruinę. Nie wierzyłem, że uda się je uratować. A jednak Dyrektor Kluss dokonał tego: jaśnieją blaskiem historii. Niestety wielu osobom brakuje tej historycznej perspektywy. Z tego powodu często widzę smutne obrazy. Tydzień temu na Dolnym Śląsku oglądałem grób rodziny Wagnerów. Stojąc nad rozbitą płyta krypty, można zobaczyć zniszczoną trumnę i fragmenty szkieletu, a obok porozrzucane butelki piwa. To przerażające, że nie zajął się tym nawet proboszcz z pobliskiej parafii.

Opowiada Pan o tym w "Skarbach III Rzeszy". Czy zgodnie z tytułem, znalazł Pan jakiś skarb?
- Oczywiście. Na Dolnym Śląsku, gdzie kręciliśmy, nadal kryje się wiele interesujących przedmiotów. Czytając listy niemieckiego oficera trafiliśmy miejsce ukrycia skrzyń w zamku Grodno. Mogą to być dokumenty lub kosztowności. Niestety autor listów wspomniał także o minach porcelanowych, których nie można znaleźć za pomocą wykrywacza metalu i teraz, poza zgodą konserwatora na badania, musimy czekać także na saperów. "Skarby" to jest takie hasło wywoławcze do przedstawienia historii, które są stosunkowo mało znane. Tak jest na przykład niemiecką partyzantką Werwolf, albo organizacją ODESSA, założoną przez byłych żołnierzy SS. To grupy, które bardzo mocno nałożyły się na powojenną organizację świata, a o których wciąż niewiele się mówi. Z tytułowymi skarbami związani są ich strażnicy i tzw. "inkasenci", jak w żargonie określano ludzi, którzy po wojnie docierali na Śląsk, aby wydobywać kosztowności, ukryte tam przez hitlerowców.

To wszystko zobaczymy w Pana programie. Czy możemy spodziewać się cyklu na miarę "Sensacji XX wieku", który nie zniknie z anteny przez kolejne 20 lat?
- Pod warunkiem, że widzowie będą chcieli to oglądać i wystarczy nam tematów. Na razie nakręciliśmy 10 odcinków.

Rozmawiał Mateusz Albin - AKPA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

AKPA

Reklama