Reklama

Żeby tylko się udało!

Czwartek, 8 marca 2012 (13:56)

Jolanta Fajkowska zakochała się w telewizji od pierwszego wejrzenia wiele lat temu. I tak już zostało. Zaczynała w "Teleexpresie", później była gwiazdą programów kulturalnych, a obecnie prowadzi "Pożyteczni.pl". Nam zdradza, który ze znanych i przystojnych gwiazdorów, z którymi miała przyjemność rozmawiać, zrobił na niej największe wrażenie.

Zdjęcie

/   /AKPA
/ /AKPA


Prowadzi Pani w Dwójce program "Pożyteczni.pl" o organizacjach, które pomagają innym. Łatwo jest tematem społecznym zainteresować widzów?

- Temat nie jest łatwy, ale jakże wdzięczny. Nie jest to show, czy typowy program rozrywkowy, ale ma w sobie bardzo pozytywny wydźwięk. Pokazuje, że kiedy ludzie się zjednoczą, mogą zrobić wiele dobrego. W każdym programie pokazujemy trzy organizacje. Do tej pory zaprezentowaliśmy już blisko 70. To oczywiście kropla w morzu, ale są one przykładem dla innych, że warto się zaangażować. Dzięki współpracy zwykli ludzie mają czasem większą siłę niż politycy lub instytucje.

To ciąg dalszy Pani działalności?

- Można tak powiedzieć. Działam w wielu organizacjach, na przykład w Europejskiej Unii Kobiet, Koalicji na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy, Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Chrześcijańskich Organizacji Wiejskich i kilku innych. To naturalne, że jako osoba publiczna uczestniczę też w wielu akcjach charytatywnych. Program pokazuje, że wszyscy, nie tylko osoby publiczne, mogą wiele zdziałać i pomóc innym.

Czy uważa Pani, że mówienie o pomaganiu, przynosi wymierne rezultaty?

- Po tych paru miesiącach na antenie Dwójki wiemy, że organizacje coraz chętniej chcą się zaprezentować. Są dumne, że ich portret został pokazany w telewizji. Nie wątpię, że czasem też pomaga to w ich działalności. Często same ułatwiają nam pracę. Dostajemy wiele maili z prośbą, byśmy na antenie poruszyli tematy, które są dla nich istotne.

Dziennikarstwem zajmuje się Pani od bardzo dawna. Często mówi Pani o tym, że lubi tę pracę. A czy jest w niej coś, czego Pani nie lubi?

- Kiedy jestem w ferworze pracy, coś organizuję, przygotowuję, nagrywam, to nie mam czasu, by czegoś w tym nie lubić. Ale nie przepadam, gdy czegoś nie można zrobić, są opóźnienia, trzeba na coś czekać. W pracy dziennikarza telewizyjnego, tak jak w pracy aktora, dużo się czeka. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Nie narzekam.

Podobno wśród prezenterek telewizyjnych można się spotkać z zazdrością? Czy Pani to odczuła?

- To jest normalne, że zazdrości się ciekawszych tematów, gości oraz czasu antenowego. To zwykłe ludzkie uczucia i myślę, że można się z nimi spotkać w każdym zawodzie. Być może tylko emocje tu są silniejsze, bo ludzie pracujący w mediach są bardziej emocjonalni. Taka zdrowa rywalizacja bardzo mobilizuje do samodoskonalenia, jest ona wręcz potrzebna i pożyteczna.

Czuje Pani oddech młodszych koleżanek na plecach?

- Oczywiście, że tak. W większości są to wspaniałe osoby. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadziłam ze studentami zajęcia z wystąpień przed kamerą. To fantastyczne uczucie, gdy ktoś z nich rozpoczyna pracę na wizji. Kiedy siedzę przed telewizorem i widzę taką osobę, to trzymam kciuki i powtarzam: "Żeby tylko się udało, żeby tylko się udało!". To nie jest tak, że ja się ich boję. Wręcz przeciwne. Bardzo mocno im kibicuję.

Przeprowadzała Pani wywiady z gwiazdami światowego formatu. Jak je Pani wspomina?

- Wielkie gwiazdy są zawsze bardzo życzliwe. Biorą udział w promocji własnej osoby czy filmu, w którym zagrały i naprawdę zależy im, aby dobrze wypaść. Oczywiście ode mnie takie rozmowy wymagają większego przygotowania. Ale nigdy się nie stresowałam, bo moim celem było nagranie dobrego materiału.

Kto zrobił na Pani największe wrażenie?

- Anthony Hopkins ze mną zatańczył. To było niezwykłe. Ze Stingiem rozmawiałam trzy razy. Pierwszy raz był najtrudniejszy, ale kolejne były już bardzo przyjemne. Richard Gere jest bardzo uroczy, ale zawsze zachowuje dystans...

Bycie Polką pomaga czy utrudnia porozumienie?

- Bardzo pomaga. Za granicą nas lubią. Pamiętam rozmowę z Georgem Clooney'em. Zaczęłam od tego, że jestem z Polski. Okazało się, że on uwielbia Stanisława Lema. Od razu złapaliśmy nić porozumienia i świetnie się dogadywaliśmy. Na rozmowę miałam 6 minut, a rozmawialiśmy dwa razy dłużej.

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

teletydzien.pl/AKPA

Reklama