Reklama

Janusz Chabior: Mam swój kodeks

Czwartek, 2 kwietnia 2015 (14:30)

Ci z Państwa, którzy widzieli „Disco Polo”, wiedzą że jest uroczy nawet gdy klnie. W „Służbach specjalnych” gra zabójcę, a jednak... nie sposób nie ulec jego wdziękowi! Co więc sprawia, że coraz częściej padają słowa: „Chabior coś w sobie ma”?

Pułkownik Marian Bońka z miniserialu „Służby specjalne” to specjalista od mokrej roboty, który dowiaduje się, że ma raka trzustki. Co było najtrudniejsze w „rozpracowywaniu” tego bohatera?

– Chyba to, jak zagrać tę postać, żeby widz nie czuł do niej obrzydzenia. Żeby Bońka nie tylko przerażał, ale też wzruszał. Żeby widz za nim podążał. Ba, żeby mógł się z nim w pewien sposób utożsamić, a tym samym wzbudzić w sobie ciekawość, co będzie dalej.

Przyznał Pan kiedyś, że to jedna z ważniejszych ról w Pańskim dorobku. Dlaczego?

– Może do odpowiedzi na to pytanie użyję terminologii sportowej. Skok się udał, kibice byli zadowoleni (śmiech).

Podziela Pan pogląd, że zasady są dla głupich ludzi?

– Ja mam swój kodeks. Trzymam się go.

Uczynił Pan perełkę z roli patologa Leona Bergera w „Komisarzu Aleksie”, dzięki czemu Leon wyszedł z cienia. Czym zaskoczy nas w 7. serii, którą TVP 1 pokaże jesienią?

– Patolog Leon Berger jest jak Rolls-Royce. Nie zaskakuje. Markowe ubrania, klasa, specyficzne poczucie humoru to jego znak rozpoznawczy. Taki będzie też w siódmej serii. Będzie służył pomocą łódzkim gliniarzom przy rozwiązywaniu kolejnych zagadkowych zbrodni.

Berger ma ponadprzeciętną wiedzę na temat wróżbiarstwa i tarota. A czy Pan w prywatnym życiu skorzystałby z wiedzy wróżki?

– Do tej pory nie korzystałem. Nie jestem jednak zatwardziałym realistą. Lecz uważam, że wróżki najlepiej sprawdzają się w bajkach.

Gdyby wróżka wywróżyła Panu daleką podróż za ocean i powiedziała, że z Warszawy do Hollywood droga jest krótsza niż z Legnicy do Warszawy?

– Kupiłbym wróżce atlas geograficzny albo poprosił o siedmiomilowe buty.

Jak ocenia Pan szanse polskich aktorów na rynku amerykańskim?

– Skąd mogę to wiedzieć? Nie jestem agentem z Hollywood. Na pewno trzeba mieć talent, świetnie znać język angielski i mieć łut szczęścia.

Tymczasem ma Pan doświadczenie w pracy w serialu skandynawskim „Kampen for tilvaerelsen”. Jak lekcje norweskiego?

– Nie miałem czasu, żeby odbyć regularny kurs języka norweskiego. Uczyłem się tylko kwestii, które miałem wypowiedzieć w scenie. W nauce pomagała mi przesympatyczna tłumaczka. Generalnie bardzo miło wspominam tę pracę.

Gdyby jednak dostał Pan ofertę z Hollywood, to z którym reżyserem chciałby Pan współpracować i w jakim towarzystwie stanąć przed kamerą?

– Wielką przygodą byłby udział w jakiejkolwiek hollywoodzkiej produkcji. Popuszczę jednak wodze fantazji. Z Damienem Chazellem, reżyserem filmu „Whiplash”. Genialnie poprowadził J. K. Simmonsa, zdobywcę Oscara za rolę Terence Fletchera.

Do towarzystwa wybrałbym Michelle Williams, znaną z filmów takich jak „Blue Valentine” czy „Mój tydzień z Marilyn”. Cudowna aktorka.

Jak się Pan czuje w roli amanta w „Na Wspólnej” i jakie będą losy związku redaktora naczelnego z Ewą (Ewa Gawryluk)?

– Naczelny bardzo się stara. Zakochał się facet bez reszty. To byłby fajny, poważny związek. Ale w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało na raz. Pożyjemy, zobaczymy.

Tworząc charakterystyczne i zarazem charyzmatyczne postaci, zdobył Pan uznanie widowni. Sarkastyczni z natury internauci piszą o Panu „Chabior wymiata”. Jednocześnie udało się Panu zachować prywatność i tajemniczość. Jak to się robi?

– Kiedyś Philip Seymour Hoffman powiedział, że jedynym miejscem wypowiedzi aktora jest scena albo plan filmowy. Nigdy nie przepadałem za udzielaniem wywiadów, szczególnie takich, które miałyby odsłaniać moją prywatność. 

Rozm. Karol Borowy

Artykuł pochodzi z kategorii: Rozmaitości

Tele Tydzień

Reklama