Reklama

Monika Staruch: Wierzę, ale nie gwarantuję

Środa, 21 grudnia 2016 (11:39)

Razem z psychologiem i antropologiem wyswatała obcych sobie ludzi, którzy poznali się dopiero... przed ołtarzem. – Dobraliśmy ich bardzo dobrze, ale wszystko zweryfikuje życie – mówi nam seksuolog Monika Staruch.

Program, w którym ludzie poznają się tuż przed zawarciem związku małżeńskiego, jest dość kontrowersyjny. Czy Pani zdaniem nie przekracza pewnej granicy?

Jakiej granicy?

To pytanie do Pani-seksuologa. Czy jest jakaś granica intymności, którą powinniśmy zostawić tylko dla siebie, czy też nie?

Bardzo ważne dla nas, specjalistów, a także producentów programu było zachowanie pewnych granic intymności. Wszystkie osoby biorące udział w castingu potraktowaliśmy z niezwykłym szacunkiem.

Moje rozmowy z uczestnikami nie zostały pokazane właśnie dlatego, że dotyczyły naprawdę bardzo osobistych szczegółów.

Weszła Pani w rolę swatki. A dawniej to właśnie takie osoby aranżowały małżeństwa.

W Polsce było tak jeszcze sto lat temu. Do tej pory, szczególnie w krajach muzułmańskich, funkcjonują małżeństwa aranżowane. Na Sri Lance na przykład stawia się młodym horoskopy. Jeśli są zgodne, jest ślub. Jeśli nie – szuka się dalej. Tak, weszliśmy w rolę takich naukowych, miłosnych swatów.

Co było najciekawszym doświadczeniem?

Rozmowy z uczestnikami. Dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy. Okazało się, że mężczyźni największą uwagę zwracali na zadbane dłonie i piękne włosy. Dla wielu kobiet natomiast bardzo istotny okazał się głos mężczyzny.

To mnie zaskoczyło, bo sądziłam, że dla mężczyzn najważniejsze są piersi czy pupa, czyli takie części ciała, które wpływają na reaktywność seksualną. Kobiety cenią to, że mężczyzna jest zadbany, ale ważniejsza jest inteligencja i poczucie humoru.

Nie bez znaczenia jest też zaradność. To istotna cecha dla kobiety, która planuje mieć dzieci.

Wierzy Pani, że te pary będą ze sobą długo, może całe życie?

Gdybym nie miała takiego poczucia i nie wierzyłabym w dobór naukowy, to nie wzięłabym udziału w tym programie. Razem z moimi partnerami ze „Ślubu od...” zrobiliśmy całą dokumentację, wszystko dokładnie przeanalizowaliśmy.

Teczkę zabierałam nawet do domu i kilka razy czytałam każdą informację, aby przed dobraniem ludzi w pary mieć pewność, że niczego nie przeoczyłam. Czułam się odpowiedzialna za swoje decyzje, podobnie jak pozostali eksperci.

Dobraliśmy ich zarówno pod względem wyznawanych wartości, jak i podejścia do seksualności. Wierzę w to, że duża zgodność może bardzo pomóc tym parom iść razem przez życie.

Czy to wystarczy, żeby stworzyć trwały związek?

Tego nie jesteśmy w stanie zagwarantować. Są na początku tej drogi. Jak ona będzie wyglądała i czy będzie wspólna, zależy tylko od nich.

Dlaczego? Skoro zostali tak dobrze przez Państwa dobrani…

Dlatego, że na tym etapie wszystko opiera się na deklaracjach. Oni mówią w tym programie: „Tak, jestem gotowy/gotowa na ślub”, ale wszystko zweryfikuje dopiero wspólne życie.

Rozmawiała: Katarzyna Ziemnicka

Artykuł pochodzi z kategorii: Rozmaitości

Tele Tydzień

Reklama