Reklama

Yves Saint Laurent - biografia geniusza mody

Czwartek, 26 czerwca 2014 (15:53)

Oglądając mocną, nie szczędzącą intymnych szczegółów biografię geniusza mody Yves Saint Laurenta (1 VIII 1936 – 1 VI 2008), nie sposób nie zadać sobie pytania, czy cierpienie jest logiczną konsekwencją drogi na szczyt i czy zdarzył się w świecie wielkich, bogatych oraz wpływowych chociaż jeden taki, który żył i umarł spokojnie?

Nie tak dawno pisaliśmy o filmie poświęconym nieszczęśliwej Grace Kelly (1929-1982), która dla dobra księstwa na Lazurowym Wybrzeżu zrezygnowała z tego, co kochała najbardziej – aktorstwa.

Teraz zaglądamy za kulisy życia człowieka, któremu niejeden zazdrościł: wspomnianego już YSL.

Zyskał prawo wstępu do świata "bogów"

Kto z nas nie zna jego koktajlowych sukienek, tweedowych marynarek i smokingów? Kto nie widział perfum opatrzonych eleganckim logo? Wszystko to są przedmioty, za sprawą których nieśmiały okularnik zyskał prawo wstępu do świata „bogów”.

To jednak, co z zewnątrz wydaje się piękne: błyskawiczna kariera chłopca, który przyszedł do domu mody Diora z teczką olśniewających projektów, wstęp na salony, komplementy pochlebców, szalone „zakochania” i upojenie związane z byciem na piedestale – to wszakże tylko pozory.

Twórcy filmu opowiedzianego z perspektywy partnera kreatora, Pierre’a Bergé (panowie wzięli ślub w roku śmierci YSL), skupiają się nie na bajce o wspaniałym życiu, lecz na tym, czego nie widać – a więc ciemnej stronie sławy.

Przychodzi zmiana

YSL poznajemy jako piekielnie nieśmiałego chłopca, który boi się w towarzystwie odezwać. Pracuje już u Diora, odnosi pewne sukcesy, w domu rodzinnym w Algierii waha się jednak nazywać tego sukcesem. W końcu... kim jest, żeby się pysznić? Zmiana przychodzi wraz ze śmiercią protektora, Christiana Diora, w 1957 roku. Yves staje na czele domu mody zmarłego, ratując markę od bankructwa, świat zaś zaczyna go coraz bardziej podziwiać. Fortuna, jak to fortuna, niestety – kołem się toczy. Oto bowiem zaostrza się konflikt francusko-algierski, Saint Laurent otrzymuje zaś powołanie do wojska.

Wspina się na wyżyny aktorskiego kunsztu

Pierre Niney wspina się na wyżyny aktorskiego kunsztu, odgrywając sceny załamania nerwowego, jakie Yves przechodzi w wojsku. Tam przecież nienawidzi się homoseksualistów!

Jeszcze gorzej będzie potem, gdy trafi do psychiatryka na „leczenie” elektrowstrząsami. Jakim cudem rozpacz uda mu się przekuć w sukces, stworzenie własnej marki i ponowny marsz na szczyt? Pewne jest jedno: bez Pierre’a Bergé (wzruszający Guillaume Gallienne) i miłości, która wszystko znosi, żaden z tych małych i wielkich cudów nie byłby możliwy. Doskonałe kino dla tych z Państwa, którzy lubią wiedzieć więcej.

Maciej Misiorny

Artykuł pochodzi z kategorii: Rozmaitości

Tele Tydzień

Reklama