Reklama

Mam duży dystans do siebie

Czwartek, 4 października 2012 (11:37)

– Cieszy mnie, że jestem rozpoznawalna, ale nic nie sprawi, że się zmienię. Nie przestanę też mówić tego, co myślę – opowiada w szczerym wywiadzie jurorka "Bitwy na głosy" - Alicja Węgorzewska-Whiskerd.

Zdjęcie

Alicja Węgorzewska-Whiskerd /fot  /AKPA
Alicja Węgorzewska-Whiskerd
/fot /AKPA

 Jest Pani uznaną artystką operową, po co więc właściwie Pani ten świat polskiego show-biznesu i udział w show, który z operą nie ma nic wspólnego?

- Chciałabym to ująć tak, żeby nie zabrzmiało to megalomańsko, ani fałszywie skromnie. To jest tak, że media obecnie mają ogromną siłę i nie wolno jej negować. Śpiewałam kilkanaście lat w operze i jestem całkowicie zrealizowana jako artystka operowa. A o udziale w “Bitwie na głosy" zdecydował częściowo los, bo zachorowałam i musiałam odwołać kontrakt w Niemczech. Zaproszono mnie na zdjęcia do programu i spodobałam się, więc powiedziałam sobie, czemu nie? Potem okazało się, że ten program stał się na tyle nośny, że stwierdziłam, że mogę wypromować inne moje projekty. Chciałam np. zagrać monodram, który według jednych był “zbyt komercyjny" a przez niektórych traktowany jako tzw. “sztuka wysoka". Byłoby hipokryzją nie wykorzystać tych narzędzi, które wtedy znalazły się w moich rękach.

Zdjęcie

Jako jedyna jest od początku w jury show.Teraz towarzyszą jej Titus Pukacki, Katarzyna Zielińska i Wojciech Jagielski.
/fot /AKPA

Ale ta sława w show-biznesie wiąże się m.in. z tym, że nagle media skupiają się przede wszystkim na Pani życiu osobistym, zamiast na talencie. Nie przeszkadzało to Pani?

- Ja przede wszystkim nie przestaję śpiewać. Gdy został zamknięty Festiwal im. Jana Kiepury, słyszałam głosy - O jest Węgorzewska, więc może ona nam pomoże? Bo jest właśnie medialna. Ktoś po prostu pomyślał o mnie jako o promotorce muzyki, ze względu na szerszą popularność jaką dało uczestnictwo w jury “Bitwy na głosy". Nie uważam się z drugiej strony za celebrytkę. Nie pojawiam się gdziekolwiek, po to żeby być, ale bywam na imprezach artystycznych, teatralnych i muzycznych.

Jednak mimo tego pisze się o Pani jako o osobie ze świata celebrytów. Jak się Pani z tym czuje?

- Oczywiście to się zdarza notorycznie, ale myślę, że jestem generalnie nieinteresująca. każdy będzie wiedział, kto jest moim mężem, że mam dziecko, ale staram się kierować zainteresowanie mediów przede wszystkim na to, co robię. Na przykład na moją fundację StartSmart, działania charytatywne czy edukacyjne. Natomiast nie epatuję prywatnością i będę w tym konsekwentna. Dla mnie wzorcami są takie osoby jak Krystyna Janda czy Elżbieta Penderecka, które są znane, robią ogromnie dużo, ale nie są przecież celebrytkami. Dlatego myślę, że moje nazwisko pomogło festiwalowi Kiepury, a także np. fundacji Synapsis, które zwróciło się do mnie o rozpropagowanie ich akcji. Cieszy mnie to, że jestem rozpoznawalna, ale chciałabym wykorzystywać tę popularność właśnie dla takich spraw. Ale dobrze, że mogę to wyjaśnić teraz. Bo o mnie często piszą np., że mam kiepską sukienkę, że przytyłam, że schudłam, że mam nie taką fryzurę...

Jednocześnie ma Pani duży dystans do siebie.

- Celebryta to taka osoba, co ciągle jest na tip-top, wyglądająca zawsze świetnie, odchudzona i wymuskana. I podejmuje wiele starań, by ją sfotografować w tych atrakcyjnych dla niej sytuacjach. A ja nie mam na to czasu i mnie to po prostu nie obchodzi. I żadne publikacje nie wpłyną na to, bym się zmieniła. Poza tym śmieję się z siebie, że jestem “masakrą modową" i czasem tak się zastanawiam “Naprawdę nic nie piszą, że się źle ubrałam, czy uczesałam? To chyba coś się stało" (śmiech)

A patrząc na Pani udział w "Bitwie", jury się zmienia, a Pani, od samego początku nie.

- Może poza Wojtkiem Jagielskim, który wrócił. A ja? Sądzę, że może dlatego jestem ciągle w programie, bo właśnie nie jestem celebrycka? Nawet, jak ktoś mówi, że przeważnie słodzę, to staram się zawsze mówić to, co myślę. Ja też nigdy się nie ścigałam z kimś, kto jest muzykiem w jury. Miałam więc o tyle komfort, że mogłam się wypowiadać muzycznie, interpretacyjnie, mówić o barwie głosu pod względem intonacji, budowy frazy. Nie miałam w jury punktu odbicia dla moich opinii. Choć eksperci w poprzednich edycjach - np. Zbigniew Zamachowski, Sonia Bohosiewicz śpiewają, to nie było czegoś takiego, co nazywam “ping-pongiem muzycznym". Teraz czuję to w pewnym sensie z Titusem Pukackim, ale poczekam na rozwój sytuacji...

Zdjęcie

/fot /AKPA

Jak się Pani współpracuje z obecnym ekspertami w jury?

- Wojtka Jagielskiego znam z pierwszej edycji i czuję, że te kolokwializmy, których zaczął używać w swoich ocenach, niezbyt mi odpowiadają. Kasia Zielińska jest przesympatyczna, trudno byłoby wywołać, sądzę jakiś konflikt między nami. A Titus jest na razie dla mnie głuchy...

To znaczy? - Mam wrażenie, że pracuje w kontrze do mnie, a nie ocenia uczestników. Po każdej mojej opinii on się odnosi do mojej osoby, a nie do zespołu. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo sądzę, że jeśli on ocenia pozytywnie kogoś, kogo uznałam za pozbawionego słuchu muzycznego, to trudno mi przyjąć taką opinię. Uważam, że głuchy człowiek nie ma prawa stawać na scenie, nawet jak ma największe serce i zapał. Mam więc wrażenie, że to nie jest opinia Titusa, tylko sposób prezencji siebie.

A czy nie zgodzi się Pani z twierdzeniem, że tym właśnie jest show - czasem taką grą?

- Mi nikt nigdy nie pisał tekstów do moich wypowiedzi. Jak przyszłam do pierwszej edycji, to mogłam się czuć właśnie takim Kopciuszkiem i outsiderem. Byłam wtedy nieznana i miałam oceniać ludzi z dorobkiem artystycznym. Dla mnie więc była to niekomfortowa sytuacja ocenianie np. Ryszarda Rynkowskiego, bo jest starszy ode mnie i trzeba naprawdę dobrze się czuć jako juror, by móc się swobodnie wypowiedzieć. A z drugiej strony oceniam drużynę, a artystów tylko jako pedagogów.

Zdjęcie

Z Kasią Zielińską
/fot /AKPA

Czy przeszkadza to Pani w ocenianiu?

- Trochę tak, bo jeśli możnaby coś podpowiedzieć na próbach, to uniknięto by paru błędów. Mam też często ochotę skrytykować dobór repertuaru. Cieszyło mnie, że w paru odcinkach zaczęto śpiewać po polsku. Ale nadal myślę, że jest za mało piosenek w naszym języku. Postawiłabym przede wszystkim na polski repertuar. Jesteśmy już tak zamerykanizowani, że nawet w radiu trudno usłyszeć polską muzykę. Szkoda, bo młodzież później nie zna wielu fantastycznych piosenek. Często też wybierane specjalnie są hity, które mają największą popularność na You Tube.

W programie jedną z kapitanek jest Jula, która właśnie dzięki temu serwisowi zdobyła uznanie.

- Tak to jest ogromna siła nośna, choć nie wiem do końca, co o tym myśleć. Ostatnio słuchałam Lany del Rey i byłam przerażona jej sposobem śpiewania. Sądzę nawet, że nie przedostałaby się do eliminacji w BnG. Więc uważam, że siła internetu jest czasem przerażająca, bo to czysty PR. Ale będę walczyć, by to nie był tylko marketing, ale by liczyła się interpretacja, zaangażowanie i charakter. Myślę, że często brakuje tego współczesnej młodzieży.

Cytat

– W jury najbardziej ścieram się z Titusem

Czyli podstaw, które nie są związane bezpośrednio z muzyką?

- Tak i mam taki przykład. Mówiono o Marii Callas, że często śpiewa nieczysto, że nie wyciąga górnych partii. Ale ona mawiała, że to ją nie interesuje i ważna jest całość. To co związane było z frazą, charakterem i charyzmą - to w tym była najlepsza. Ja nie walczę, żeby dzieciaki były doskonałe technicznie, bo nikt nie jest, ale żeby miały osobowość. I nie chciałabym żeby oni kopiowali po prostu swoich idoli, bo nie śpiewają wtedy swoim głosem.

Podobno nagrywa Pani płytę, kiedy premiera?

- Planuję ją na późną jesień. Będą to wykonania z orkiestrą symfoniczną. Trudno określić jeden gatunek muzyczny, bo utwory będą wykraczać poza ramy poszczególnych stylów. Nie będą to jednak arie, ale utwory specjalnie napisane na tę płytę albo dobrane częściowo z już stworzonego materiału. Na razie jednak nie ma tytułu (śmiech).

Słyszałem też, że córka próbuje iść w Pani ślady.

- Tak, wywinęła mi niezły numer, bo mimo braku mojej zgody zgłosiła się do "Królowej Śniegu" w Teatrze Syrena. Chciała tam wystąpić, ale nie zgodziłam się, bo ona już ma wiele obowiązków i zajęć dodatkowych, a angaż do teatru mógł to mocno skomplikować. Nie mając mojej zgody poszła do taty i on jej uległ. Teraz widzę, że Amelia pokochała teatr i widzę, że to od niej wymaga ogromnej odpowiedzialności. Jako matka jestem przerażona, choć śmieję się, że to ja poszłam w jej ślady, bo Amelia była kiedyś jurorem w mini Szansie na sukces. Mówię często, że jestem jej nędznym prototypem (śmiech).

Rozmawiał Wojciech Skrok

"Bitwa na głosy" w soboty o godz. 20:10 na antenie TVP 2.


 




Artykuł pochodzi z kategorii: Bitwa na głosy

Tele Tydzień

Reklama