Reklama

Moran ma uraz do buraków

Środa, 21 listopada 2012 (06:00)

Michel Moran w gastronomii pracuje od 33 lat. W Polsce od 2004 roku prowadzi restaurację. Jednak szeroka widownia poznała go dzięki programowi „MasterChef”.

Zdjęcie

Michel Moran /Bartosz Siedlik /TVN
Michel Moran
/Bartosz Siedlik /TVN

Urodził się we Francji, ale jego rodzice to Hiszpanie. Od najmłodszych lat pasjonował się kuchnią, na poważnie kucharzeniem zajął się, gdy miał 14 lat. Pracował w najlepszych restauracjach w Europie. Do Polski przeprowadził się dla swojej żony Haliny. Od 8 lat prowadzi w Warszawie restaurację. A kilka miesięcy temu zaczął przygodę z telewizją. Miejmy nadzieję, że będzie ona miała swoją kontynuację, a my zobaczymy nową serię "MasterChefa". 

Zdjęcie

Choć wcale tego nie chce, Michel Moran staje się gwiazdą dzięki programowi
/Bartosz Siedlik /TVN

Staje się Pan gwiazdą telewizyjną. Jak to wpływa na Pana życie?
- Nie czuję się gwiazdą. Nadal pracuję tak samo, czuję się tak samo. Moje życie się nie zmieniło, choć pewnie ludzie mnie teraz nieco inaczej postrzegają. Rozpoznają mnie na ulicy, witają się, robią sobie ze mną zdjęcia. To przyjemne, ale to nie powoduje, że czuję się gwiazdą. Zresztą wcale nie chcę nią być! Wręcz przeciwnie, chcę pozostać sobą: kucharzem o złym charakterze...

Ma Pan zły charakter?
- Jak każdy kucharz: dużo nerwów, mało czasu. Tak naprawdę to może osoba, która dłużej jest w telewizji, umiałaby bardziej panować nad sobą. Mniej się stresować, mniej denerwować. Ja zachowuję się w programie tak jak normalnie. Tak samo denerwuję się, jak coś jest nie tak np. z dostawą produktów w mojej restauracji i w programie. Nie zmieniam zachowania przed kamerą.

Dobrze się Pan czuje w programie?
- Bardzo dobrze pracowało mi się z Magdą i z Anią. Różnimy się między sobą, mamy odmienne charaktery i punkty widzenia i to bardzo dobrze. W "MasterChefie" czuję się bardzo dobrze. W tej edycji programu jurorzy nie gotują. Trochę żałuję, bo chciałbym coś ugotować... 

Zdjęcie

Michel Moran najlepiej czuje się w roli kucharza
/Bartosz Siedlik /TVN

Uczestników programu najbardziej zszokowało ugotowanie królika...
- Byłem trochę zdziwiony, ale rozumiałem, z czego wynika ich reakcja. Królik miał głowę, nóżki w futrze, wyglądał prawie jak żywy. Zawodowi kucharze mają codziennie do czynienia z martwymi zwierzętami. Dzisiaj np. miałem dostawę gołębi i innego ptactwa, bo jest na to sezon. Kucharze amatorzy nie kupują całych zwierząt. To dlatego był dla nich szok. Agnieszka chciała nawet rezygnować z programu! To nie był żart. Ona chciała odejść. Miała szok przez królika.

Nie obawiał się Pan konfrontacji z Magdą Gessler?
- Skąd. Zresztą znałem ją wcześniej. Nie ma powodów jej się bać: ona jest najważniejsza w tym programie, jest liderką. Ja byłem dobrany po castingach. Każdy ma swoją rolę.

Jakie polskie dania Pan lubi?
- Uwielbiam zupy. Potrawy zimowe, zrazy są pyszne. Uwielbiam również kaszę gryczaną, której we Francji prawie nie jemy. Nie wiem dlaczego, ale tak jest...

Podobno Francuzów szokuje barszcz czerwony.
- Tak. Jeszcze go nie spróbowałem. Ani chłodnika. To ma związek z burakami. Mam uraz. Jako dziecko codziennie na szkolnej stołówce dostawałem gotowane buraki, krojone w plastry z winegretem, jako zimną przekąskę. Nie wspominam tego dobrze.

Beata Modrzejewska

"MasterChef", niedziela godz. 20:00, TVN

Artykuł pochodzi z kategorii: MasterChef

Telemax

Reklama