Reklama

Dawała szansę na sukces

Niedziela, 1 lipca 2012 (09:32)

Przez blisko 20 lat Elżbieta Skrętkowska była mózgiem pierwszego polskiego talent show „Szansa na sukces”. – Stworzyłam go, bo czułam głód młodych, zdolnych ludzi – mówi. I choć program z anteny zdjęto, ona nie ma żalu: – Wszystko ma przecież swój kres – tak w życiu, jak i w telewizji.

Zdjęcie

Elżbieta Skrętkowska /fot  /AKPA
Elżbieta Skrętkowska
/fot /AKPA

Spotykamy się w upalne letnie popołudnie w jednej z warszawskich restauracji. Pani Elżbieta sprawia wrażenie kogoś, kto wreszcie nigdzie nie musi się spieszyć: - Zanim nastawi pan dyktafon, proszę coś zamówić - proponuje. Zaraz potem - przy pysznej mrożonej kawie i ciastku - ruszamy.

Jak się właściwie zaczęła Pani przygoda z "Szansą na sukces"? Był rok 1993, jesień, świat wyglądał inaczej niż dzisiaj...
- Minęło prawie 20 lat. To dużo. Na pewno było jednak łatwiej, niż obecnie, bo i "Szansa" była pierwszym tego typu programem na rynku. Z pomysłem poszłam do ówczesnej dyrektor Niny Terentiew. Z wyczuciem zaakceptowała moją koncepcję. Ja sama czułam, że to strzał w dziesiątkę. Jeździłam sporo na festiwale, był we mnie wielki głód młodzieży. Całość wymyśliłam jednak raczej jako program rozrywkowy, a nie typowy talent show. Chciałam, żeby przyciągał wszystkich - wspomnianą młodzież, która pragnęła się sprawdzić wokalnie, i ludzi, chcących spełnić swe marzenia.

Każdy dobry pomysł zaczyna się od impulsu, olśnienia. U Pani to było... co takiego?
- Spontaniczna myśl, z której tworzy się potem wszystko inne. Tylko artysta głodny jest wiarygodny! Ja czułam głód. To on sprawił, że pojawił się pomysł. Zależało mi bardzo na stworzeniu programu promującego polską muzykę, bo anglosaska w tamtym czasie dominowała. Proszę się nie śmiać, ale chciałam robić... program misyjny. Dzisiaj to wyświechtane słowo, lecz wtedy ważne było dla mnie "wyciąganie" ludzi z małych miast, tak by i oni mieli szansę zaistnieć. A widziałam dużo utalentowanej młodzieży! W Warszawie, innych miejskich gigantach, łatwiej zostać dostrzeżonym. Postanowiłam jeździć na festiwale, organizowane w małych miejscowościach. 

Zdjęcie

- Na początku wydawało mi się, że wszyscy są genialni. Dopiero z czasem każda nieczysta nutka raziła - wspomina Elżbieta Skrętkowska
/ /AKPA

A misyjność?
- Polegała właśnie na tym, że młodych wyciągałam z miejsc, w których diabeł mówi dobranoc... No i na promocji polskiej piosenki.

Na przełomie tysiącleci otrzymała Pani nagrodę dla najlepszego programu rozrywkowego XX wieku.
- To było spore wyróżnienie, wielka radość, ale też zaskoczenie. Razem z nami za najlepszych uznani zostali "Czterej pancerni i pies" oraz "Kabaret Starszych Panów". Mimo 7-milionowej publiczności w naszych najlepszych latach, nie byłam jednak nigdy specjalnie dopieszczana nagrodami.

Choć program był szalenie popularny! Istniał w zbiorowej świadomości Polaków tak jak istnieje, bo ja wiem, poranna kawa, herbata czy słońce. "Szansa na sukces" po prostu była i każdy ją znał.
- No właśnie! Ja zaś jako autorka niezwykle dużo się dzięki niej nauczyłam. Oczywiście nie zawsze było to łatwe, mimo to utrzymałam się przez 19 lat.

Szkoda, że nie udało się dojechać do 20. Ale wróćmy do historii. Pamięta Pani absolutnie pierwszy odcinek, absolutnie pierwszy casting, jaki Pani prowadziła?
- Naturalnie! Później już jest gorzej, ale początki mam żywo przed oczami. Pierwszy odcinek poświęcony był Maryli Rodowicz. Na casting przyszło 90 osób. Na drugi - co za niespodzianka! - już 1200. Może nawet odrobinę więcej! Startowaliśmy w Warszawie, jeździć zaczęłam dopiero nieco później.

Kiedy?
- Gdy zorientowałam się, że młodzi ludzie z małych miast i wsi nie mają środków na to, by dotrzeć do Warszawy. Trzeba było się do nich wybrać. 

"Szansa" była formą życiowej pomocy dla ludzi z małych miasteczek, nie tylko w karierze przez wielkie k, lecz w rzeczach małych, a przecież ogromnie istotnych.
- Dlatego wspomniałam o tej biednej, wyświechtanej misji. Oni przyjeżdżali z bardzo daleka, chcieli iść wyżej i wyżej. Bardzo wielu z nich zostało w Warszawie, skończyło studia, jakoś zaistniało, nawet jeśli nie w show-biznesie, to sami dla siebie, w życiu.

Co począć z kimś, kto na scenę wychodzi spięty, przestraszony, niepewny siebie, ale ten głos ma. Przepada?
- Osobowość każdego z nas składa się z wielu czynników, które wprawnemu oku pozwalają właściwą osobę szybko wyłowić. Na eliminacjach byłam po pewnym czasie w stanie bez problemu zorientować się, czy mam do czynienia z kimś słabym, czy wręcz przeciwnie - silnym, zdolnym i odważnym. Reszta zależała już nie ode mnie. Ktoś taki będzie potem istniał lub nie, w zależności od tego, do jakiego stopnia potrafi się odnaleźć w show-biznesie. Co wcale łatwe nie jest... 

Ma Pani swoich ulubieńców, których do dzisiaj hołubi Pani we wspomnieniach?
- Takich ludzi jest ogromnie dużo. Wiedziałam od samego początku, że Patrycja Kazadi ma osobowość, a Tatiana Okupnik talent. To samo Ewa Farna, Kasia Stankiewicz - nie wiem, co się z nią teraz dzieje. Wiedziałam o Kaśce Cerekwickiej, Szymonie Wydrze, Andrzeju Lampercie, Ani Wyszkoni i Ani Świątczak. Wielu z nich to ludzie, którzy zostali wyłonieni przeze mnie na eliminacjach, bo wyczułam w nich to coś. Na przykład słynna historia z Justyną Steczkowską i Trubadurami. Przecież ona poległa totalnie, ale nie można było nie zauważyć jej talentu! Stało się dla mnie oczywiste, że zaproszę ją jeszcze raz.

Myśli Pani czasem, patrząc na te wielkie dziś gwiazdy: to moje dzieci, moi wychowankowie, jak miło?
- Bardzo często dziennikarze zadają mi to pytanie, ja zaś uparcie odpowiadam przecząco: nie, zupełnie nie! 

Zdjęcie

Od samego początku program prowadził Wojciech Mann
/ /TVP

Dlaczego?
- Bo nigdy nie miałam możliwości zająć się nimi od początku do końca. U mnie artyści po prostu stawiali pierwszy krok. To, że ich dostrzegłam na eliminacjach, że ich zaprosiłam do programu - to cała moja zasługa. Naciśnięcie klamki. Reszta zależała od losu. Oczywiście realizowałam całą masę koncertów z udziałem laureatów. To była ich kolejna szansa, żeby się pokazać. Choćby koncert w Teatrze Wielkim z Violettą Villas "Violetta - taka jestem", który niedawno był wielokrotnie powtarzany. Zrobiłam też koncert nad morzem "Lato z Tercetem Egzotycznym", dwukrotnie koncert z okazji świąt "Wierzyć to znaczy chodzić po wodzie", raz na ludowo. Do tych koncertów zapraszałam laureatów "Szansy", do każdego z nich około 30 osób.

Dlaczego akurat 30?
- Przypadek. Wydawało mi się, że i w obrazku to się sprawdzi, i wokalnie dobrze wypadnie.

Pani definicja sukcesu?
- Wiara w siebie. Jeśli tego chcemy, potrafimy góry przenosić. Sukces to nie musi być wielkie halo. Dla jednego - jeśli już mowa o programie - będzie to przyjazd na casting, dla innego wygranie odcinka lub finału w Sali Kongresowej. Zapraszałam osoby starsze. Nie raz już samo wejście do studia było dla nich sukcesem - sprawdzianem z charakteru, dowodem odwagi, spełnionym marzeniem.

Dlaczego więc nie ma "Szansy"? Mielibyście 20. rocznicę, gdyby poczekać jeszcze chwilę?
- To trochę jak sytuacja maratończyka, który postanowił przebiec dystans 1000 kilometrów, jest już na 999, nagle przystaje i... nie dobiega. Nie potrafię tego zrozumieć. Nie chcę na ten temat rozmawiać, bo ja na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię, a więc nie jestem jego adresatem. Według mnie to po prostu pewien brak konsekwencji.

Trudno byłoby nie zadać tego pytania. Gust muzyczny Elżbiety Skrętkowskiej dzisiaj to...?
- Byłam i zawsze będę pod ogromnym wrażeniem Amy Winehouse. Taki talent, taka osobowość zdarzają się raz na sto lat!

A polski rynek?
- Co mnie zachwyca? Ciągle Grechuta. Ewa Demarczyk, której nigdy nie udało mi się zaprosić, choć rozmawiałyśmy na ten temat wielokrotnie. Ciężko było także namówić innego mojego ulubieńca, Czesława Niemena, choć on na szczęście w końcu się zgodził.

Nie zawsze było więc tak trudno, jak w przypadku pani Ewy?
- Oczywiście, że nie! Program dawał mi ogromną satysfakcję. Nigdy nie miałam kłopotów z artystami, ich menedżerowie sami dzwonili. Przez wszystkie te lata udało mi się pracować z fantastycznymi ludźmi. 

Bez szansy na okrągły jubileusz

liczba zdjęć: 36

Jest piękne, ciepłe lato. Pani zostaje w Warszawie?
- Nie. Wyjeżdżam do domu na Mazurach, chce się zresetować. Chodzi mi po głowie pomysł nowego programu, pracuję nad scenariuszem. Coś tam sobie układam, coś mi się rodzi. No i zobaczymy, może uda się coś jeszcze zrealizować. Prowadzę już zresztą rozmowy, ale nie spieszę się. Mam prawo do odpoczynku po prawie 20 latach pracy od rana do wieczora. Tak, bo to była ciężka praca. Nie odpuszczałam nawet montażu, który w przypadku "Szansy" był bardzo ważny. Teraz czas na chwilę wytchnienia.

A Pani recepta na dobry humor i zgodę z samą sobą?
- No proszę, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie! Niech pan mi podpowie. Gdy "Szansa" dobiegła końca, najpierw wyłączyłam telefon, potem zmieniłam numer. Dla mnie działanie jest ważniejsze. Ogromną satysfakcję dawały mi nie nagrody, lecz sumiennie wykonana praca. Przylgnęła do mnie łatka osoby trudnej, a więc lekko nie miałam. Ale w sumie ta łatka to chyba wynik mojej konsekwencji i niezależności, która "nie lubiła", gdy ktoś wpływał na moje decyzje. To tak, jakby nad malarzem ktoś stał i mówił mu: pociągnij pędzlem w tę, a potem w tę stronę. Czyje to będzie dzieło? Choć więc było trudno, to gdybym nie trwała w swojej konsekwencji, tego programu pewnie dawno by już nie było.

Rozmawiał Maciej Misiorny

Jeśli chcesz wiedzieć, jaką rolę miała pełnić "Szansa na sukces" i czyje gusta muzyczne promowała, jakie cechy musi mieć kandydat na artystę, a kto mimo braku umiejętności może odnieść sukces, o kim Elżbieta Skrętkowska nie może powiedzieć, że jest fantastycznym wokalistą, i co budzi jej niesmak w związku z zakończeniem produkcji programu - sięgnij po 27. numer "Tele Tygodnia", w którym znajdziesz pełną wersję wywiadu!

Artykuł pochodzi z kategorii: Rozrywka

Tele Tydzień

Reklama