Reklama

To będzie rok Maryli Rodowicz

Piątek, 28 grudnia 2012 (10:11)

Na Sylwestrze z Dwójką we Wrocławiu Maryla Rodowicz swoimi przebojami znowu porwie tłumy. Nam opowiedziała, co szykuje na ten niezwykły koncert oraz zdradziła, jak wita Nowy Rok, jeśli akurat nie jest w pracy.

Zdjęcie

Maryla Rodowicz /fot  /AKPA
Maryla Rodowicz
/fot /AKPA

Będzie Pani gwiazdą sylwestra TVP 2 we Wrocławiu. Zapewne, jak zawsze, zaskoczą nas Pani barwne, sceniczne kostiumy. Jakie jeszcze niespodzianki Pani przygotowała?
- Kostiumy są jeszcze w trakcie realizacji, koncepcja jest, ale wciąż trwają miary. Nie chcę jednak zdradzać wszystkich szczegółów, żeby zachować niezbędny element zaskoczenia.

Zdjęcie

/fot /AKPA

Proszę choć uchylić rąbka muzycznej tajemnicy!
- Pierwsze moje wyjście będzie symbolizowało lata 70. Zaśpiewam trzy swoje hity z tamtych lat: "Małgośkę", "Kolorowe jarmarki" i "Diabeł i raj". Drugi raz pojawię się na scenie tuż przed północą. Zaśpiewam m.in. w duecie z Mezo. Na koniec tanecznym krokiem, gangnam style, udam się za kulisy (śmiech).

Czy Maryla Rodowicz wszystkie sylwestry spędza w pracy?
- Prawie wszystkie. Czasami jednak zdarzają mi się sylwestry niepracujące. Bardzo je lubię. To są zazwyczaj domówki w kameralnym gronie bliskich i przyjaciół i obowiązkowo w fajnych miejscach - np. w Zakopanem, w góralskiej chacie i z góralską kapelą. Pamiętam też sylwestra, którego spędzałam z mężem i synem w Meksyku. Był bardzo egzotyczny. Nowy Rok witaliśmy tańcząc na ulicy wśród kolorowego tłumu.

A Nowy Rok witany na scenie?
- Te koncertowe są trudne ze względu na pogodę. W pamięci utkwił mi sylwester sprzed kilku lat w Łodzi, gdzie wyszłam na scenę razem z Dodą. Scenografia była tak wymyślona, że scena nie miała boków. Wiał wiatr ze śniegiem i zacinał niemiłosiernie. Występ zaczynałyśmy od mojego utworu "Polska Madonna", towarzyszył nam chór. Wszyscy mieliśmy czarne peleryny. Na samym początku utworu dmuchnął wiatr, zarzuciło nam te peleryny na głowy i kompletnie nic nie widziałyśmy. Głos wywiewało z mikrofonu. Kostiumy miałyśmy tak wymyślone, że właściwie co minutę coś zdejmowałyśmy, coś wkładałyśmy. Wszystko było na rzepy. Jednak moja spódnica była tak mocno spięta, że nie mogłam jej rozerwać. Szarpałam się z nią na scenie, na szczęście Doda przyszła mi z odsieczą. W finale miałam pelerynę z piór zapinaną pod brodą również na rzepy. Ten wiatr sprawił, że wszystkie pióra poszły do tyłu i zaczęło mnie przyduszać. Znowu uratowała mnie Doda. Wtedy nie było to zabawne, choć teraz myślę o tym z rozbawieniem.

Zdarzyła się jakaś totalnie nieudana impreza. Sylwester-niewypał?
- To był rok 2000. Też we Wrocławiu. O dwunastej wszyscy wykonawcy wyszli na scenę. I w tym momencie poleciały na nas petardy z... farbą. Mnie petarda trafiła pod oko, miałam ogromy siniec. W dodatku farba w niej była różowa, a ja miałam kostium z czerwonej skóry i w efekcie wszystko, łącznie z włosami miałam różowe. Zamiast się bawić, głowa pod kran i impreza się dla mnie skończyła.

Zdjęcie

W Sylwestra artystka przypomni swoje największe przeboje
/fot /AKPA

A miały miejsce jakieś kostiumowe katastrofy?
- Wielokrotnie (śmiech). Ponieważ to, co wymyślam, nie zawsze jest praktyczne. Pamiętam taki koncert w San Remo na początku lat 90. Na głowie miałam kapelusz z ogromnym rondem, ale miałam też gitarę... Okazało się, że zdjąć gitarę przez ten kapelusz jest rzeczą niemożliwą. Wszystko mi wówczas wypadało z rąk. Często skupiam się na tym, że ma być efekt, a w rezultacie... jest dużo problemów.

Ma Pani wypracowane jakieś patenty, by przetrwać w mroźną zimową noc na scenie?
- Najgorsza jest niska temperatura, bo wiadomo, że kostiumy są zazwyczaj mocno rozebrane. Nie ma możliwości, żeby wyjść w kurtce puchówce. Potrzebna jest więc ogromna siła woli. Na tym, wspomnianym już, sylwestrze z Dodą miałyśmy obie mocno wydekoltowane gorsety. Jak zaczęło tak wiać, pękłam i poprosiłam kogoś z mojej ekipy, żeby kupił mi body w kolorze ciała, takie, jakich używają kolarze. Niestety, w połączeniu z siatką gorsetu dało to efekt brudnego ciała. Doda zapowiadała, że też coś włoży, ale nie włożyła. Ona miała piękne różowe ciałko, a ja brudną szarą skórę.

Finał roku i początek nowego zawsze wiążą się z planami. Co szykuje Pani dla swoich fanów w 2013 roku?
- Zaczęła się ukazywać moja Antologia, która w sumie będzie liczyć ponad 30 płyt. To będą wszystkie moje płyty od 70. roku i niepublikowane dotąd nagrania z archiwum Polskiego Radia. Kolejne krążki pojawiać się będą co 2-3 tygodnie. Ostatnie płyty z tego cyklu wyjdą na przełomie maja i czerwca. Oprócz CD ukaże się też wersja kolekcjonerska - 12 płyt winylowych. Do każdej będzie dołączony obraz z danego okresu, namalowany specjalnie przez Edwarda Dwurnika. Z tych obrazów będzie można ułożyć całe moje życie.

A plany koncertowe?
- Jesienią ruszy trasa koncertowa z orkiestrą symfoniczną podsumowująca Antologię. To będzie mój repertuar zagrany tak odświętnie. Jest też planowana wystawa moich scenicznych kostiumów. Biblioteka Narodowa natomiast przygotowuje wystawę moich archiwaliów. Dyplomy, zdjęcia, wszystkie płyty, listy, wycinki prasowe. Będzie też reedycja mojej książki z 1992 roku "Niech żyje bal", jest także plan, by powstała jej druga część.

Czyli rok 2013 zapowiada się dla Pani niezwykle pracowicie...
- Tak. Będzie dużo Maryli (śmiech).

A czy "Madonna RWPG", jak mawiała o Pani Agnieszka Osiecka, ma jakieś niespełnione marzenie w sensie duetu, w którym chciałaby wystąpić?
- Mam kilku swoich idoli, ale nigdy nie odważyłabym się z nimi zaśpiewać. Jednym z nich jest Stevie Wonder. Nie miałabym odwagi z nim wystapić. Chciałabym jednak kiedyś zaśpiewać z czarnoskórym chórem gospel.

Rozmawiała Joanna Bogiel-Jażdżyk

Sylwester z Dwójką w poniedziałek, 31 grudnia o godz. 20:05 na antenie TVP2.

Artykuł pochodzi z kategorii: Rozrywka

Tele Tydzień

Reklama