Reklama

Łabędź? Nie! Kolorowy ptak

Niedziela, 1 kwietnia 2012 (10:08)

Na pokazie jej tańca najbardziej płakała dozorczyni. Krystyna Mazurówna do baletu trafiła przez szantaż. Udawała przed rodzicami, że umiera.

Zdjęcie

/    /AKPA
/ /AKPA

Rok 1942, Lwów. Po niebie suną niemieckie bombowce. W całym mieście słychać wycie syren. Krysia ma dwa lata. "Pierwsze wspomnienie? Stoję w łóżeczku, trzymam się siateczki i strasznie się boję. Nie wiedziałam wtedy, co to jest wojna, ale pamiętam uczucie zagrożenia. W czasie alarmu wszyscy nerwowo biegali, brali na ręce moją siostrę, psy, garnki, a mnie na końcu. Bałam się, że o mnie zapomną", opowiada tancerka.

Zdjęcie

/ /MWMedia

Chwile wojennego zagrożenia przeplatały się z próbą prowadzenia normalnego życia. - Z Baśką, starszą siostrą, byłam w stanie permanentnego konfliktu. Ciągle biłyśmy się i kłóciłyśmy. Ona do dzisiaj mówi, że najszczęśliwszy okres jej życia przypadał na siedem pierwszych lat, a później było już tylko gorzej... bo ja się urodziłam -  śmieje się tancerka.

Jej tata Stanisław był naukowcem, profesorem matematyki, człowiekiem o niezwykłym poczuciu humoru. Ale to dzięki mamie Bronisławie, która miała duszę artystyczną, obie siostry pokochały taniec. - Miałam trzy lata, kiedy mama zabrała mnie na pierwszy spektakl baletowy. Pewnie rodzice myśleli, że prześpię całe przedstawienie u nich na kolanach, ale ja wtedy po raz pierwszy poczułam fascynację. Teatr, scena, taniec wprowadziły mnie w stan euforii - wspomina.

Pierwszy pokaz Basia i Krysia zorganizowały w domu. Prześcieradło udawało kurtynę, a na krzesłach w pierwszym rzędzie (innego nie było) siedzieli rodzice. - Później urządziłyśmy spektakl w piwnicy. Na pierwszym i ostatnim z nich ze wzruszenia popłakała się dozorczyni domu, w którym mieszkaliśmy. Nigdy potem żaden widz nie płakał tak na widok mojego tańca!-  mówi artystka.

- Gdy zobaczyłam łzy dozorczyni, poczułam, że nie mam innego wyjścia: zostanę tancerką!-  dodaje. Po wojnie rodzina Mazurów ruszyła w drogę. - Jechaliśmy do Polski w nieznane, w bydlęcych wagonach. Ale dla dziecka wszystko jest ciekawe-  wspomina. Wysiedli w Łodzi i prosto z peronu ruszyli do hotelu. - W dzieciństwie wciąż bezskutecznie marzyłam o własnym pokoju: we Lwowie, w Łodzi i w końcu w Warszawie. Może dlatego dziś w Paryżu mam 16 mieszkań?-  śmieje się tancerka.

Po kilku latach spędzonych w Łodzi rodzina przeniosła się do Warszawy. Wtedy razem z siostrą, używając podstępu, poprosiły kierowcę taksówki, aby zawiózł je do szkoły baletowej na ulicy Ogrodowej. "Tę dużą Basię zapiszemy, ale ta mała Krysia na razie się nie nadaje - usłyszały. - Jak ja wtedy płakałam! Zrobiłam strajk głodowy, udawałam, że umieram. Leżałam w łóżku bez życia - śmieje się Krystyna.

Tata zmiękł po dwóch dniach szantażowania. Zabrał Krysię ponownie do szkoły i oznajmił, że musi zostać przyjęta! - Moim nauczycielem był profesor Zygmunt Dąbrowski, świetny pedagog. Po pierwszej lekcji powiedział: »Szpagatów na razie nie rób, bo chyba dawno nie ćwiczyłaś«. Nie mógł uwierzyć, że to był mój pierwszy trening w życiu! - mówi Mazurówna. Choć Krysia po ukończeniu szkoły dostała angaż jako solistka baletu Teatru Wielkiego, wciąż ciągnęło ją do tańca nowoczesnego. - Mówiono o mnie, że w zespole jest trzydzieści jeden poprawnych łabędzi i jeden jakiś... inny. Miał za duży biust jak na baletnicę i tańczył bardziej współcześnie niż pozostałe, wytresowane łabędzie- mówi artystka. Jej marzenia zaczęły się powoli spełniać po wyjeździe do Paryża w 1968 roku. - Bywało lepiej i gorzej. Tańczyłam z Josephine Baker, ale pracowałam też w kinie jako bileterka. I wciąż wierzę, że najlepsze jeszcze przede mną!.

Oskar Maya

Artykuł pochodzi z kategorii: Tylko taniec. Got to dance

Show

Reklama