Reklama

Aktorzy "Barw szczęścia" o Bożym Narodzeniu

Czwartek, 20 grudnia 2012 (12:12)

Katarzynka Glinka, czyli Kasia Górka lubi tradycyjne kartki świąteczne, Marka Molaka grającego Huberta czeka wyjątkowe Boże Narodzenie, Otar Saralidze - serialowy Irek szykuje swojej mamie świąteczną niespodziankę, a Dawid Kartaszewicz, czyli Daniel Rosiak łowi karpie na Wigilię!

Zdjęcie

Katarzyna Glinka /fot  /ARTRAMA
Katarzyna Glinka
/fot /ARTRAMA

Katarzyna Glinka: Odrzucam wirtualną rzeczywistość!

Od życzeń przesyłanych esemesami, e-mailami i za pośrednictwem portali społecznościowych Kasia Glinka zdecydowanie woli świąteczne kartki pocztowe. Podczas Bożego Narodzenia dobrze nastraja ją jej ulubiona kolęda "Bóg się rodzi, moc truchleje".

 - Kiedyś w moim domu rodzinnym mieliśmy zwyczaj, który co roku przed świętami przykuwał mnie na kilka godzin do stołu. Mama kupowała mnóstwo kartek pocztowych i cały wieczór poświęcałyśmy na wymyślanie i pisanie życzeń bożonarodzeniowych dla rodziny, znajomych i przyjaciół. Każda kartka była inna, wyjątkowa i skierowana do konkretnej osoby. Praca, którą w to wkładałam, dawała mi dużo radości, bo mogłam wyróżnić wszystkie bliskie mi osoby. Dzisiaj dominują bezosobowe esemesy ze sztampowymi życzeniami wysyłane jednocześnie do kilkudziesięciu osób. Bardzo ich nie lubię, bo brakuje mi w nich indywidualnego podejścia. Zresztą w ogólnie nie przepadam za kontaktem za pośrednictwem urządzeń elektronicznych, e-mailami, esemesów, wpisów na portalach społecznościowych.

Odrzucam wirtualną rzeczywistość, zwłaszcza w święta! Zdecydowanie wolę bezpośrednie spotkania, a Boże Narodzenie jest dla mnie wyjątkowe właśnie dlatego, że mogę spędzić czas z najbliższymi, z którymi rzadko widzę się w ciągu roku. Celebrujemy każdą chwilę, cieszymy się swoją obecnością, śpiewamy razem kolędy. Najbardziej lubię "Bóg się rodzi, moc truchleje", bo jest radosna, pełna optymizmu i dobrze mnie nastraja. Podczas Bożego Narodzenia nigdy nie włączamy telewizora - podkreśla Kasia Glinka. Zanim usiądę do świątecznego stołu w domu, co roku przeżywam kilka innych Wigilii. Spotykam się między innymi z ekipą serialu "Barwy Szczęścia" i zespołem warszawskiego Teatru Kwadrat, w którym występuję. Życzymy sobie wszystkiego najlepszego, rozmawiamy i miło spędzamy razem czas - dodaje aktorka.

Zdjęcie

Marek Molak
/fot /ARTRAMA

Marek Molak: Początek nowego rozdziału

Tytuł "Barwy szczęścia" pasuje nie tylko do serialu, w którym Marek Molak gra Huberta, ale idealnie nadaje się także do opisania tego, co niedługo wydarzy się w jego życiu. W styczniu bierze ślub, na początku lata zostanie tatą, ale najpierw czeka go wyjątkowe Boże Narodzenie.

 - Święta Bożego Narodzenia to bez dwóch zdań mój klimat. Ta szczególna atmosfera, która się z nimi wiąże, zawsze mi się udziela. Naprawdę lubię cały ten zgiełk, szukanie prezentów, kupowanie i ubieranie choinki. To takie pozytywne szaleństwo. Ale przede wszystkim jest to dla mnie czas, który spędzam z bliskimi. Od kiedy pamiętam w moim domu było bardzo rodzinnie. Wyczekiwane, radosne i ciepłe spotkania. Zbierali się wszyscy - i najbliżsi, i ci dłużej niewidziani krewni. Zawsze cieszyliśmy się, że wreszcie się widzimy, możemy ze sobą pobyć, porozmawiać twarzą w twarz.

W tym roku Boże Narodzenie będzie dla mnie symbolicznym początkiem nowego rozdziału. Pierwszy raz spędzę święta z rodziną mojej ukochanej. Zaręczyliśmy się, w styczniu weźmiemy ślub, a w czerwcu pojawi się na świecie nasz syn. Zyskuję więc nową rodzinę. Bardzo jestem ciekaw tych świąt, mieszają się we mnie niepewność i entuzjazm. Zastanawiam się, czy sprostam wymaganiom, jakie życie przede mną stawia, a jednocześnie wiem, że czekają mnie piękne przeżycia. Ponieważ muszę jakoś wkupić się w łaski nowej rodziny, ekscytująco zapowiada się nawet samo kupowanie prezentów. Na szczęście bardzo lubię te całe podchody, by dowiedzieć się, co komu sprawi radość, podpytywanie niby mimochodem o marzenia. Będziemy musieli z narzeczoną trochę pokombinować.

I jeszcze jedno - pierwszy raz w życiu spędzę Boże Narodzenie na Śląsku, bo stamtąd pochodzi moja ukochana. Poznam pewnie jakieś nowe obrzędy, tradycje nieznane w moim domu. Święta dla każdego łączą się z jakimiś konkretnymi smakami, aromatami, a tam najprawdopodobniej poznam zupełnie inne potrawy. Ciekawe jak będzie.

Dla mnie jako muzyka jednym z nieodłącznych elementów świąt są oczywiście kolędy. Nie wyobrażam sobie tych dni bez ich śpiewania. Chyba trudno byłoby mi znaleźć ulubioną kolędę, ale na pewno mogę wskazać taką, do której mam słabość. A to dlatego, że kojarzy mi się ona z pewną zabawną, wielokrotnie powtarzającą się sytuacją. Zawsze wszyscy domagali się żebym śpiewał "Przybieżeli do Betlejem", a mnie nigdy nie udało się zapamiętać tekstu... Dlatego co roku śpiewałem tę jedną z najbardziej znanych kolęd metodą "klusek w buzi". Mruczałem niewyraźnie do melodii, aż ktoś inny dołączał się ze śpiewaniem. Do dziś nie wiem, czy ktokolwiek zorientował się, że nie znam słów - mówi aktor.

Zdjęcie

Otar Saralidze
/fot /ARTRAMA

Otar Saralidze: Potrójne świętowanie

Z dzieciństwa Otar Saralidze najmilej wspomina oczekiwanie na św. Mikołaja oraz gruziński przysmak gozinaki. W tym roku szykuje świąteczną niespodziankę mamie, która mieszka w Gruzji. Z tej okazji na pewno zostanie wzniesiony niejeden toast!

- W tym roku święta spędzę w Gruzji. Po raz pierwszy od dziesięciu lat, czyli odkąd zamieszkałem w Polsce. Pochodzę z Tbilisi, które nazywane jest miastem świateł, więc w okresie bożonarodzeniowym każdy zaułek będzie oświetlony i świątecznie udekorowany. Mama wie, że przyjadę, ale nie spodziewa się kiedy. To będzie dla niej duża niespodzianka!

Moja rodzina jest wyznania prawosławnego, jak większość Gruzinów, więc Wigilię świętują później niż w Polsce - szóstego stycznia. Równie ważnym świętem w Gruzji jest Nowy Rok. Pamiętam, że jako dziecko wyczekiwałem tego dnia, bo wtedy św. Mikołaj przynosi prezenty. W noc sylwestrową spotykamy się w gronie rodzinnym i zasiadamy przy zastawionym stole, na którym zawsze jest mnóstwo potraw. Najbardziej lubię gozinaki, czyli orzechy z miodem zasmażane na patelni. Oczywiście przy tej okazji nie może zabraknąć wina, którym Gruzini wznoszą słynne toasty. Pije się nie tylko za zdrowie, przede wszystkim za przyszłość, rodzinę czy naszych przodków. Dopóki toast się nie skończy, a może trwać nawet dwadzieścia minut, nikt nie może przechylić kieliszka. Gruzja kojarzy mi się z jednym wielkim toastem! Tym bardziej, że kolejną okazją do świętowania i wznoszenia toastów jest Stary Nowy Rok, a co za tym idzie drugi Sylwester. Zgodnie z kalendarzem juliańskim wypada trzynastego stycznia, a następnego dnia mam urodziny. O północy na niebie pojawiają się sztuczne ognie, a ja śmieję się, że to dla mnie. Taki miły prezent.

Fantastycznie wspominam polską Wigilię w domu mojego kolegi ze studiów. Zaprosił mnie na tydzień do Kutna. Poznałem jego rodzinę, spędziłem święta w przyjaznej atmosferze i byłem traktowany jak król. Wieczorne rozmowy, wspólne śpiewanie kolęd i wspaniałe jedzenie - niesamowite przeżycie. Skosztowałem wszystkich potraw, które znalazły się na stole, bo chcę podążać za polską tradycją. Zjadłem nawet karpia, mimo że nie lubię ryb. Nie jest dla mnie ważne, gdzie spędzam okres świąteczny, liczą się bliscy mi ludzie - podkreśla Saralidze.

Zdjęcie

Dawid Kartaszewicz
/fot /ARTRAMA

Dawid Kartaszewicz: Każdy czas ma swoje prawa

Śpiewa od najmłodszych lat, więc przy wigilijnym stole obowiązkowo rozbrzmiewają kolędy. Łowi karpie, uwielbia barszcz z uszkami przygotowany przez babcię i nie chce przestać wierzyć w Świętego Mikołaja. W święta nabiera energii na kolejny rok i uświadamia sobie, że pora mieć dzieci...

 - Boże Narodzenie kojarzy mi się z zapachem żywej choinki i ryb ze stawu mojego szwagra. Na wigilijnym stole zawsze znajduje się karp, który z niego pochodzi. Łowimy go z tatą, bo obaj jesteśmy zapalonymi wędkarzami. Czasem trafi się nam się stara ryba, ale i tak wszyscy się uśmiechamy i jesteśmy zadowoleni. Zgodnie z tradycją potraw jest dwanaście, ale gdy na siebie patrzę, mam wrażenie, że z roku na rok ich przybywa. Z wiekiem zmieniają się upodobania kulinarne - jako dziecko nie jadłem barszczu z uszkami, a dziś mi smakuje. Ale zupy śliwkowej nadal nie cierpię! Świąteczne potrawy przygotowuje babcia, bo jest w tym po prostu najlepsza. To ona tworzy listę potrzebnych produktów, a ja z rodzicami i siostrami robimy zakupy. Zawsze kupujemy za dużo rzeczy, ale zwiększony świąteczny apetyt powoduje, że nic się nie marnuje. Przedświąteczny szał nie jest dla mnie problemem - każdy czas ma swoje prawa. Przynajmniej raz w roku rozumiem, dlaczego stoję w korku.

Z dzieciństwa najmilej wspominam Wigilię, gdy przyszedł do nas Święty Mikołaj. W jednej dłoni trzymał prezenty, a w drugiej rzemień; pamiętam, że musiałem odmówić pacierz. Po jego wizycie przybiegłem do mamy i powiedziałem, że miał takie same ręce jak babcia. Śmieję się, że umiejętności aktorskie odziedziczyłem po niej. To wzbudziło moje podejrzenia, ale nigdy nie przestałem wierzyć w Świętego Mikołaja. Nawet dorośli powinni być trochę naiwni, bo dzięki temu są szczęśliwsi.

Nasz dom rodzinny w Rynarzewie jest wielopokoleniowy. Mieszkają w nim moi dziadkowie, rodzice, ja i siostry, a do niedawna także moja prababcia. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko, dlatego święta są dla nas wyjątkowe. Boże Narodzenie sprawia nam ogromną radość. To okres, kiedy uświadamiam sobie, że pora mieć dzieci. Co roku czuję coraz większy instynkt rodzicielski. Jesteśmy wierzący, więc staramy się kultywować wszystkie świąteczne tradycje. Wspólnie czytamy Pismo Święte, razem z siostrą śpiewamy kolędy w domu i pobliskim kościele. Śpiewanie to nasza pasja od najmłodszych lat. Lubię wracać do Rynarzewa, bo mogę liczyć na dobro, ciepło, a przede wszystkim szczerość. Brakuje mi tego na co dzień. W święta nabieram energii na kolejny rok - to dla mnie czas oczyszczenia - twierdzi Dawid Kartaszewicz.


Artykuł pochodzi z kategorii: Barwy szczęścia

Reklama