Reklama

Halina Skoczyńska nie musi błyszczeć

Piątek, 24 sierpnia 2012 (14:43)

Wybitna aktorka teatralna. W czwartym sezonie „Czasu honoru” zagrała matkę gubernatora Ludwiga Fischera (Robert Kozyra), Gertrudę: – Na początku ta kobieta to wstrętny, złośliwy potwór... Z czasem jednak bardzo się zmienia – mówi Halina Skoczyńska.

Zdjęcie

Halina Skoczyńska w warszawskim Teatrze Na Woli /  /MWMedia
Halina Skoczyńska w warszawskim Teatrze Na Woli
/ /MWMedia

Co za odwaga! Do roli Gertrudy Fischerowej pozwoliła się Pani mocno oszpecić i postarzyć o pokolenie.
- Ależ do tego nie trzeba odwagi! To frajda dla aktorki, że dostała taką możliwość. Być może gwiazdy miałyby z tym problem, bo te, istotnie, muszą się prezentować okazale i błyszczeć, jak długo się da. Zatem przychodziłam na plan bez makijażu, ale za to już z "charakteryzacją psychiczną", taką na własny użytek, czyli rozumieniem kobiety, którą mam zagrać. Ten rodzaj charakteryzacji zawsze wykonuję sama (śmiech). Później już talent fantastycznej pani wizażystki pogłębiał moje osobiste zmarszczki, bruzdy, co dopełniało dzieła. W ostatnim odcinku "poparadowałam" sobie co prawda w futrze, kapeluszu, lokach i karminowych ustach, ale jak się później zobaczyłam na ekranie... charakteryzacja psychiczna zwyciężyła! Wciąż była to ta sama stara, zniszczona kobieta. 

Zdjęcie

W "Czasie honoru" Halina Skoczyńska zagrała matkę Ludwiga Fischera (Robert Kozyra)
/ /AKPA

Tyle że coś się zmieniło w jej charakterze...
- Jest to rola z tzw. pęknięciem. Początkowo wstrętny, złośliwy potwór, który znęca się nad cudowną, mądrą kobietą, doktor Marią (Katarzyna Gniewkowska), opiekującą się nią z rozkazu wszechwładnego syna. Z czasem jednak potwór zaczyna rozumieć, na czym polega kariera jedynaka. Duma z syna okazała się jej życiową porażką. Ta butna Niemka nie zwerbalizowała przy Marii swojej klęski, ale zrobiła dużo więcej - uratowała Marię, lekceważąc rozkaz syna.

Niektórzy wątpią, czy matkę zbrodniarza stać byłoby na taki gest?
- A ja w to wierzę. Nie chodziło o to, aby pokazać "ludzkie oblicze" nazistki. Po prostu, spotkały się dwie kobiety, Polka i Niemka. Dzieliło je wszystko - moralność, ideologia i linia frontu. Rozstawały się natomiast tylko matki, czy raczej... aż matki! Tu nie ma mowy o przyjaźni. Między nimi zdarzyło się zrozumienie, a to znacznie więcej.

Jak Pani się grało w duecie z Katarzyną Gniewkowską?
- Ważne, szczęśliwe, zawodowe spotkanie, to coś szczególnego. Tak właśnie zapisała się we mnie współpraca z Kasią. Jest świetną, piękną aktorką. Z pewnością miałybyśmy sobie zawodowo jeszcze dużo do powiedzenia i gdyby ktoś zechciał w nasze ponowne spotkanie zainwestować, to... by nie pożałował (śmiech). "Czas honoru" owocny jest w takie spotkania, a udział w nim stanowi wręcz zaszczyt, zarówno ze względu na tematykę, fachowość i wnikliwość reżysera Michała Rosy, jak i znakomitą obsadę.

Dotyczy to również Roberta Kozyry, Pani serialowego syna, który o sobie mówi, że jest "drewnianym aktorem"?
- I brawo! Tylko tak otwartego, miłego człowieka, z poczuciem humoru na swój temat, stać na taką samokrytykę. Nie wstydził się przyznać, że nie wie, jak coś zagrać, dopytywał się tak długo, aż w końcu osiągnął swój cel. I pod tym względem jest to działanie jak najbardziej profesjonalne.

Mówi się, że aktorzy teatralni uważają serial za gorszy gatunek sztuki.
- W moim pojęciu taki podział nie istnieje, zarówno rola teatralna, jak i serialowa, wymaga rzetelnego podejścia, zrozumienia i serca.

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Czas honoru

Tele Tydzień

Reklama