Reklama

Dominika Kluźniak: Im trudniej, tym lepiej

Czwartek, 13 grudnia 2012 (06:00)

Całuje deski teatralne, regularnie osiąga stan bliski przedzawałowemu, a producenci „M jak miłość” powierzyli jej wyjątkowe zadanie. Ewa Szefler, którą gra w najpopularniejszym polskim serialu, i Marek Mostowiak prawdopodobnie zostaną parą! Temu związkowi kibicują ich rodzice i dzieci. Nie może się nie udać - oni muszą być razem!

Zdjęcie

Dominika Kluźniak /Marta Gostkiewicz /MTL Maxfilm
Dominika Kluźniak
/Marta Gostkiewicz /MTL Maxfilm

Kiedy odbędzie się ślub Ewy i Marka?
- Nie wiem i myślę, że Kacper (Kuszewski - przyp. red.), który gra Marka, też nie posiada takiej wiedzy. Nie podpytujemy reżyserów i scenarzystów, natomiast zapowiada się, że nasi bohaterowie zostaną parą. Jest romantycznie, mamy coraz więcej bardzo przyjaznych scen w pięknych okolicznościach przyrody. Oczywiście nic nie zostało jeszcze przesądzone - ta historia może potoczyć się w różne strony, bo pewna kobieta także pragnie obecności Marka w swoim życiu. 

Zdjęcie

Jeszcze nie wiadomo, kiedy ślub Marka z Ewą, bo różni ludzie rzucają im kłody pod nogi
/Marta Gostkiewicz /MTL Maxfilm

Czy chodzi o Annę (Tamara Arciuch - przyp. red.)?
- Tak, o niej mówię. Będzie wymyślała różne sposoby, żeby zdobyć względy Marka, pojawi się nawet wątek szpiegowski. Kłody pod nogi Ewie i Markowi będzie rzucał również Jacek, z którym była związana moja bohaterka. Jakoś z tego wybrną, bo Marek okaże się bohaterskim rycerzem, ale czy na tym się skończy - pokaże czas. Może Jacek wróci i znowu będzie zatruwał im życie? Im więcej przeciwności losu, z którymi muszą borykać się nasi bohaterowie, tym lepiej dla nas i dla widzów. Ten etap jest najciekawszy!

Anna i Jacek są wyjątkami potwierdzającymi regułę. Inni bohaterowie serialu z całych sił dopingują, żeby Ewa i Marek zostali parą.
- Jak najbardziej. Swatają ich dzieci - Mateusz (Krystian Domagała - przyp. red.) i Antek (Jakub Jankiewicz - przyp. red.), tata Ewy oraz rodzice Marka też chcieliby, żeby zostali parą. Sygnałów wskazujących, że mają się ku sobie, jest coraz więcej. W tej chwili widzowie są na etapie, w którym Ewa jest w szpitalu, ale wydobrzeje i na razie wszystko będzie dobrze. Nic złego się nie dzieje. Okaże się, że to wesoła, normalna dziewczyna z poczuciem humoru.

Zostałaś wrzucona na głęboką wodę. Nie byłaś wprowadzana do serialu stopniowo, Twoja bohaterka pojawiła się od razu z licznymi problemami.
- Sądziłam, że na początku będzie spokojniej, ale zaczęliśmy z grubej rury. Podejmujemy dużo ważnych tematów; mam co grać. Na szczęście ekipa realizująca serial ma w sobie coś takiego, że po pierwszym miesiącu na planie miałam wrażenie, że jestem z nimi od dawna. Zaakceptowali mnie, czuję się wśród nich dobrze. Mają swój rytm, język, ale gdy przychodzi nowa osoba, cieszą się, bo to ożywia, daje impuls. Charakteryzatorki mogą malować nową twarzą, dziewczyny z garderoby mają nową osobę do ubierania.

Zdjęcie

Dominika Kluźniak jest aktorką utalentowaną muzycznie, a swoje umiejętności czasem prezentuje też w serialu
/Marta Gostkiewicz /MTL Maxfilm

Możesz także liczyć na wsparcie Kacpra Kuszewskiego.
- Podziwiam Kacpra. Pracuje na planie "M jak miłość" kilkanaście lat, jest w serialu od początku. To twardziel i profesjonalista. U niego nie ma dnia, że przychodzi i mówi: przepraszam, dzisiaj mi się nie chce. Nie gwiazdorzy, ma dużo pokory i jest pracowity. Dyskutujemy, jak zagrać poszczególne sceny, co ewentualnie zmienić. Propozycje wychodzą głównie od niego, ponieważ ja się jeszcze nie ośmielam. Mam wrażenie, że na razie Kacper rządzi, ale nie narzekam, bo dobrze mu idzie. Dogadujemy się.

Na razie?
- (śmiech) Może za jakiś czas zacznę mówić trochę głośniej, ale nie będzie tak, że nagle pokażę rogi. Słucham Kacpra i mam do niego zaufanie, bo wiem, że zna zasady i reguły, wie co trzeba zrobić, żeby było dobrze. Nigdy nie jest mu wszystko jedno, co mnie bardzo cieszy i uspokaja, bo gram głównie z nim. Mam szczęście.

Ciąży na Tobie duża odpowiedzialność. Ewa jest wprowadzana do rodziny Mostowiaków w miejsce Hanki.
- Wydaje mi się, że to są różne postacie, więc nie jestem przerażona. Zastanawiam się, czy takie porównania są potrzebne. Staram się nie wykorzystywać faktu, że gram w "M jak miłość".

Ale same się nasuwają! Na Ewę patrzy ponad siedem milionów widzów, czyli przyjaciół Mostowiaków. Przyglądają się Twojej bohaterce, porównują, zastanawiają, czy pasuje do rodziny.
- "M jak miłość" cały czas ma taką oglądalność? Niesamowite, nie wiedziałam. W ogóle tego nie odczuwam. Widzę bardzo sympatyczne uśmiechy ludzi, których spotykam na ulicy, ale nie czuję żadnego obciążenia związanego z tym, że akurat ten wątek jest tak ważny dla widzów. Robię swoje, staram się jak zawsze.

Zdjęcie

Aktorka ma na swoim koncie kilka Feliksów Warszawskich - nagród przyznawanych za kreacje teatralne
/ /MWMedia

Ochłonęłaś już po premierze spektaklu "Natan mędrzec"?
- Jeszcze nie. Ktoś kiedyś powiedział, że stan aktora przed premierą jest bliski przedzawałowemu. Coś w tym jest. Osiągamy bardzo wysoki poziom stresu. Emocje stabilizują się po dwóch dniach, człowiek zwalnia, staje się zobojętniały, ma lekko przytępione zmysły, zaczyna czuć ból we wszystkich mięśniach. Wszystko wraca do normy po tygodniu. Podczas bankietu po premierze spektaklu "Pippi Pończoszanka" - jednej z moich najważniejszych, bo po raz pierwszy grałam główną rolę - mogłam bawić się do rana z szeroko otwartymi oczami, ponieważ utrzymywał się we mnie ogromny poziom adrenaliny.

Biorąc pod uwagę, co dzieje się w Twoim życiu teatralnym, musisz być wykończona.
- Rzeczywiście, pracuję bardzo intensywnie. Takiego sezonu teatralnego jak obecny jeszcze nie miałam. Ósmego września odbyła się premiera spektaklu "Pożegnania" Agnieszki Glińskiej, w połowie listopada po raz pierwszy zagraliśmy sztukę "Natan mędrzec" Natalii Korczakowskiej, a w grudniu zaczynam próby do następnej. Premiera w marcu przyszłego roku! Jestem zmęczona, ale pomijając ten drobny fakt, bardzo się cieszę, bo po trzech latach w Teatrze Narodowym pierwszy raz będę grała na dużej scenie. Pocałuję deski, zaprzyjaźnię się z nimi - rozumiesz, co to znaczy?! Dreszczyk emocji, bo to sprawdzian. Wprawdzie w Teatrze Dramatycznym, gdzie występowałam, była duża scena, ale to coś innego.

Jak trafiłaś do Teatru Narodowego?
- W Teatrze Dramatycznym od pewnego momentu przestał podobać mi się zamysł artystyczny. To nie był już mój teatr, poczułam, że muszę coś zrobić. I zrobiłam. Po raz pierwszy w życiu zawodowym wykonałam jakikolwiek ruch. Przyszedł mi do głowy Teatr Narodowy. Poszłam, zapukałam do drzwi dyrektora, powiedziałam, że chciałabym u niego grać i bardzo się zdziwiłam, bo odparł: dobrze. Mam nadzieję, że nie żałuje.

Zdjęcie

W "Pippi Pończoszance" Dominika Kluźniak pierwszy raz zagrała główną rolę w teatrze
/ /AKPA

Naprawę całujesz deski teatralne?
- Zawsze. Nauczył mnie tego jeden z aktorów Teatru Współczesnego. To nie musi być oficjalnie, żeby ktoś widział. Mam wrażenie, i to mi się sprawdziło, że scena, którą traktuję osobiście, nie tylko jako podłogę, która ma mi służyć, oddaje coś od siebie. Gdy ją pogłaszczę i powiem dobre słowo, jest bardziej przyjazna. Coś w tym jest!

Masz inne aktorskie nawyki?
- Bardzo nie lubię zaburzać rytmu spektaklu. Mam utarte ścieżki, dokładnie obliczone, w jakim momencie wychodzę z garderoby, kiedy idę się przygotowywać, kiedy mam czas na papierosa. Podczas ostatniego aktu spektaklu "Mewa" przebieram się i zmieniam charakteryzację. Sprawdziłam, że najpierw muszę założyć buty, potem spódnicę, a na końcu koszulę, bo jeśli zrobię odwrotnie, będzie źle. Gdy o czymś zapominam i się po coś wracam, gdy wydarza się coś niezaplanowanego, zaczynam się gubić. Boję się, że przyniesie mi to pecha.

Trochę jak w "Dniu świra"...
- Zdaję sobie sprawę, że ode mnie zależy, czy będzie dobrze, czy źle, ale odpowiedni rytm daje mi poczucie bezpieczeństwa. To takie małe natręctwa, ale bezpieczne (śmiech).

Rozmawiał Kuba Zajkowski

"M jak miłość", poniedziałek i wtorek, godz. 20:40, TVP 2

Artykuł pochodzi z kategorii: M jak miłość

Reklama