Reklama

Moment na telewizję

Poniedziałek, 24 października 2011 (15:08)

Michał Żebrowski dołączył do stałej obsady serialu "Na dobre i na złe". Wciela się w postać nowego ordynatora chirurgii w szpitalu w Leśnej Górze. Jak godzi pracę w serialu z obowiązkami młodego ojca i dyrektora teatru?

Zdjęcie

    /AKPA
   
/AKPA

Komu i w jaki sposób udało się Pana namówić do pracy w serialu "Na dobre i na złe"?

- Otrzymałem zaskakująco dobrze napisaną rolę, rozpisaną na kilka miesięcy, w serialu, który z racji swojej oglądalności i trzynastu lat emisji stał się ewenementem na skalę europejską. Cieszę się, że ja również mogę wziąć w nim udział.

Oglądał Pan wcześniej "Na dobre i na złe"?

- W ciągu trzynastu lat zdarzyło się nie raz.

O Falkowiczu wiadomo tyle, że to chirurg, który prowadzi też własną klinikę.

- Tak, ale nie będę zdradzał zbyt wielu szczegółów, bo dobrze by było, żeby widzowie obejrzeli kolejne odcinki. Natomiast postać jest wyrazista, to dobry materiał do gry, która daje mi frajdę. Mam nadzieję, że widzowie będą śledzić z zainteresowaniem odcinki z Falkowiczem.

Chirurgia to precyzja, tu aktor nie może chyba pozwolić sobie na niepewne ruchy - podpatrywał Pan u kogoś pracę chirurga?

- Mamy na planie konsultantów, którzy precyzyjnie służą pomocą. Często wpływają na zmianę scen, żeby serial trzymał wysoki poziom.

Czy coś się zmieniło w Pańskim stosunku do seriali? Jeszcze kilka lat temu raczej niepochlebnie wyrażał się Pan o nich.

- Sądzę, że nie znajdzie pani takich wypowiedzi. Natomiast do dzisiaj uważam, że w telewizji zdarzają się zarówno bardzo dobre rzeczy, jak i te słabe. Podobnie w kinie. W teatrze również są spektakle gorsze i lepsze.

Czy Pańska firma producencka zamierza wkroczyć na nowe obszary: telewizji oraz filmu?

- Przez ostatnie lata skupiałem się przede wszystkim na produkcjach teatralnych. Wykuwaliśmy na tym rynku pozycję najpierw dla naszej firmy producenckiej z Eugeniuszem Korinem kilkoma przedstawieniami, które do dzisiaj są oglądane przez widzów, a potem stworzeniem Teatru 6. piętro, w którym występuje coraz więcej aktorów, co mnie ogromnie cieszy. Jestem zdania, że lepiej skupić się na konkretnej rzeczy, gdyż to zawsze wychodzi z pożytkiem i dla widzów, i dla aktorstwa. A teraz jest taki moment, w którym mogę otworzyć się na telewizję.

Ubiegły rok, zdaje się, okazał się przełomowy dla Pana, bo zbiegło się i otwarcie teatru, i narodziny dziecka?

- Tak, to był intensywny rok, ale ten zapowiada się jeszcze bardziej intensywnie, bo dziecko już chodzi, biega i krzykiem wyraża swoje potrzeby.

Zauważył Pan, że przy małym dziecku inaczej płynie czas?

- Zdecydowanie. Wszystko się zlewa w jeden wielki dzień.

W Teatrze 6. piętro stawia Pan na młodych aktorów, świeżo po szkołach teatralnych. Sam Pan ich wyłuskuje gdzieś podczas spektakli dyplomowych, czy to oni przychodzą do teatru?

- Tak naprawdę ludzi utalentowanych jest bardzo niewielu, więc jeżeli się dzwoni do szkoły teatralnej i pyta o jakieś typy, to zawsze pani czy pan dziekan ich wskaże. A weryfikacja jest bardzo prosta, bowiem rzetelny, prawdziwy, szczery talent od razu rzuca się w oczy. Mamy ten komfort, że możemy obsadzać aktorów, którzy po prostu pasują do ról, nie muszą zmagać się z jakimś tekstem wbrew swojemu emploi. Nie przypominam sobie żadnego teatru państwowego, a już na pewno prywatnego, który by pozwolił zadebiutować trzynastu najzdolniejszym ubiegłorocznym absolwentom szkół teatralnych w jednym przedstawieniu, do piosenek Jacka Cygana i Roberta Jansona, choreografii Jarosława Stańka i reżyserii Eugeniusza Korina, do tego za prywatne pieniądze. Mówię o przedstawieniu "Maszyna do liczenia", którego premierę mieliśmy w zeszłym roku. Ale z drugiej strony młodych aktorów angażujemy też w innych sztukach u boku tzw. tuzów. Z olbrzymią radością przez starszą publiczność został przyjęty fakt obsadzenia Wojciecha Pokory w fenomenalnej roli w "Chorym z urojenia".

Młodzi ludzie chcą dzisiaj oglądać klasykę?

- Bardzo cieszy nas rozpiętość wiekowa naszych widzów. Do Teatru 6. piętro przychodzą i piętnastolatkowie, i seniorzy.

Czy praca dyrektora artystycznego jest bardzo absorbująca?

- Ostatnich parę lat jeździłem dosyć dużo za wschodnią granicę, do Moskwy i do Kijowa. Natomiast teraz, kiedy mam już małe dziecko i żonę, ostatnią rzeczą, jakiej chcę, są wyjazdy. One się wciąż zdarzają, ale staram się je ograniczać, bo po prostu tęsknię za domem.

Rozmawiała Anna Mieczkowska

Artykuł pochodzi z kategorii: Na dobre i na złe

Tele Tydzień

Reklama