Reklama

Aktorzy "Wszystko przed nami" o Bożym Narodzeniu

Poniedziałek, 24 grudnia 2012 (11:52)

Michał Malinowski wspólnie z rodzicami wybiera choinkę, u Jowity Budnik w Wigilię nie jada się karpia, Paweł Ciołkosz nie odpisuje na esemesy z rymowanymi życzeniami, Katarzyna Herman sama robi prezenty dla bliskich, a Agata Nizińska bardzo głośno śpiewa kolędy.

Zdjęcie

Michał Malinowski /fot  /ARTRAMA
Michał Malinowski
/fot /ARTRAMA

Michał Malinowski: Śpiewajmy kolędy!

Co roku wspólnie z rodzicami wybiera świąteczne drzewko, które zawsze dekoruje jego mama. Zajada się zupą grzybową i zamierza zapoczątkować tradycję wspólnego śpiewania kolęd. Na razie bez powodzenia, ale się nie poddaje - w tę Wigilię spróbuje ponownie!

Każdą wolną chwilę poświęcam na podróżowanie, ale przerwę świąteczną - mimo że kusi mnie, żeby wyjechać gdzieś daleko - wolę spędzić z rodziną. W Boże Narodzenie jestem dla rodziców. W ciągu roku nie widujemy się zbyt często, bo gdy mam przerwę w pracy, jadę przed siebie. Od dziecka bardzo lubię święta, jest w nich coś wyjątkowego. Odpoczywam, napawam się atmosferą i jem zupę grzybową, która mi bardzo smakuje. To o tyle dziwne, że nie lubię... grzybów. Święta są genialne, nie znoszę tylko jednego - porządków, które je poprzedzają. Zwłaszcza, że nie ma mowy o niedociągnięciach - przed mamą nie ukryje się nic! Sprawdza, czy wszystko jest dobrze zrobione, koordynuje przygotowania przedświąteczne.

Od kilku lat próbuję zapoczątkować tradycję wspólnego śpiewania kolęd. Póki co to kuleje, bo powstrzymują mnie rodzice, ale jest szansa, że kiedyś będzie inaczej. W tym roku spróbuję znowu, nie poddaję się! Mamy za to tradycję, którą kultywujemy od lat. Moi rodzice mieszkają w bardzo malowniczej okolicy, niedaleko Zalewu Zegrzyńskiego. Co roku chodzimy we trójkę do naszego kawałka lasu i wspólnie wybieramy drzewko świąteczne. Wyjątkowe, bo to młoda sosna, a nie świerk. Niestety, jak bardzo bym nie chciał, nigdy nie mogę jej ubierać. Mama nie daje mi się zbliżyć, nie słucha żadnych podpowiedzi, nie ma szans, żebym cokolwiek dorzucił od siebie. Dekoruje drzewko po swojemu - zawsze na czerwono i złoto. Wychodzi pięknie, to fakt.

Czasami jest nas więcej, czasami mniej. Często dojeżdża babcia, zdarzają się także niezapowiadani goście. Gdy byłem mały, przyszedł do nas instruktor jazdy konnej, który stracił pracę w święta i nie za bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Czekało na niego dodatkowe nakrycie. To chyba moja ulubiona wigilijna tradycja.

Zdjęcie

Jowita Budnik
/fot /ARTRAMA


Jowita Budnik : Karpiowi mówimy - Nie!

Gdy była mała, każdy prezent, który znajdowała pod choinką, wywoływał u niej euforię. Dziś to ona ukradkiem wsuwa podarki pod świąteczne drzewko. Wszystkie kupuje w internecie, bo nie ma czasu na przeglądanie sklepowych półek.

Nie pisałam listów do Świętego Mikołaja z listą prezentów, które chciałam dostać, albo tego nie pamiętam. Dość szybko straciłam wiarę w jego istnienie. Gdy chodziłam do pierwszej klasy szkoły podstawowej, ksiądz na religii powiedział: Nie ma żadnego Świętego Mikołaja. Traumatyczne przeżycie. Za to zawsze wyczekiwałam na prezenty. Nie pamiętam jednego wyjątkowego, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Takiego, który śni mi się po nocach do dzisiaj, który wspominam z rozrzewnieniem. Wszystkie prezenty wywoływały u mnie euforię - w czasach mojego dzieciństwa każdy podarek to był prawdziwy rarytas. Kiedyś rodzice musieli się solidnie nagimnastykować, żeby coś kupić, teraz ogranicza nas właściwie tylko fantazja i budżet, bo wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio byłam w sklepie po prezenty. Nie wiem dlaczego, ale w godzinach, w których mogłabym zrobić zakupy, czyli około północy, nikt mnie nie chce obsłużyć. Dlatego wszystko załatwiam w internecie - zamawiam i czekam na paczki. Zazwyczaj dwa-trzy tygodnie przed świętami mam podarki dla każdego.

Od kilku lat najczęściej organizujemy rodzinną Wigilię u mnie, do stołu siadamy wtedy w kilkanaście osób. Dlatego ciężar przygotowań dzielimy między siebie z moją mamą i teściową. Każda z nas ma swoje popisowe potrawy wigilijne. Co roku robię między innymi pyszne śledzie i przyrządzam jakąś rybę. Zawsze inną - a to łososia, a to tuńczyka. Wprowadzam takie innowacje, bo na święta musi być ryba, a karpiowi mówimy - nie! Przez lata stał na stole świątecznym, a - jak się okazało całkiem niedawno - prawie nikt w naszej rodzinie go nie lubi. Porozmawialiśmy i wspólnie doszłyśmy do wniosku, że nic na siłę. Karpia dla nielicznych chętnych przygotowuje moja teściowa. Razem z moją mamą są strażniczkami tradycji. Dbają o wszystkie szczegóły, do których przywiązuję mniejszą wagę, żeby nie powiedzieć, że nie przywiązuję w ogóle. Dzięki nim mamy sianko pod obrusem, i siadamy do Wigilii, gdy zaświeci pierwsza gwiazdka. 

Zdjęcie

Paweł Ciołkosz
/fot /ARTRAMA

Paweł Ciołkosz: Każdy pieróg to męka

Nie odpisuje na esemesy z rymowanymi życzeniami, bo wątpi, czy stoją na nimi prawdziwe emocje, a podczas wieczerzy wigilijnej z niecierpliwością czeka na pierogi. W jednym z nich ukryty jest grosz. Wedle rodzinnej tradycji, ten kto go wylosuje, będzie miał powodzenie finansowe aż do kolejnych świat.

W Świętego Mikołaja przestałem wierzyć, gdy miałem osiem, może dziewięć lat. Obudziłem się w nocy i zobaczyłem rodziców, którzy przynoszą mi i mojemu rodzeństwu prezenty. Zniosłem to jak mężczyzna, nie płakałem. Staramy się nie szaleć z prezentami, nie udziela nam się gorączka zakupowa, skupiamy się na budowaniu rodzinnej atmosfery i na tym, żeby te święta przeżyć wspólnie. Gdy człowiek dorasta, zmieniają się priorytety. Nie chodzi już o prezenty, na które czekało się w dzieciństwie. Zazwyczaj obdarowujemy się symbolicznymi drobiazgami, ale czasem zdarza mi się działać wspólnie z rodzeństwem. Co jakiś czas robimy rodzicom większą niespodziankę, na przykład wysyłamy ich na wycieczkę, żeby wypoczęli.

Zanim pojadę do rodzinnego domu, gdzie spędzam wszystkie święta Bożego Narodzenia, biorę zazwyczaj udział w kilku spotkaniach wigilijnych odbywających się w miejscach, w których pracuje, na przykład w warszawskim Teatrze Polskim, Akademii Teatralnej czy w różnych studiach nagrań. Dzielimy się opłatkiem, składamy życzenia. Lubię te spotkania, bo to cenny moment w roku, w którym można przekazać swoim współpracownikom wyrazy sympatii.

Odkąd w ręce każdego z nas pojawiło się narzędzie jakim jest telefon komórkowy, zrodził się dziwny świąteczny zwyczaj - esemesowe łańcuszki z życzeniami wysyłane przez ludzi seriami. Każdego roku dostaję ich mnóstwo. Mam wątpliwości, czy za owymi, często kwieciście rymowanymi, wierszykami stoją jakiekolwiek szczere intencje czy emocje, dlatego z premedytacją nie odpisuję. Do osób szczególnie mi bliskich po prostu dzwonię i składam życzenia, jeśli nie ma możliwości osobistego spotkania. Dobrym przykładem jest moja siostra Ania, która mieszka w Stanach Zjednoczonych. Niestety rzadko bywa w Polsce, bo taka podróż dla czteroosobowej rodziny to spory wydatek.

Przed świętami z utęsknieniem czekam na moment, w którym skosztuję barszczu z grzybami. Mamy też pewną tradycję, która wszystkich elektryzuje i wprowadza rewelacyjny dreszczyk emocji podczas jedzenia świątecznego obiadu. Gdy wszyscy są już najedzeni tak, że z trudem patrzą na zastawiony stół, mama podaje pierogi. W jednym z nich ukryta jest moneta jednogroszowa. Ten, kto wylosuje nasz rodzinny talizman, będzie miał powodzenie finansowe w najbliższym roku - tak mówi tradycja. Każdy pieróg to męka, ale wszyscy jedzą, żeby wylosować grosik. Denerwujemy się, blefujemy, stosujemy różne zagrywki, dzięki czemu przy stole panuje wesoła atmosfera. Niestety, zwycięzca jest tylko jeden.

Zdjęcie

Katarzyna Herman
/fot /ARTRAMA

Katarzyna Herman: Stawiam na rękodzieło

Podczas Bożego Narodzenia wyczarowuje dzieciom magiczny świat, wydaje młodszym siostrom kulinarne rozporządzenia i stara się sama robić prezenty. Uważa, że takie podarki sprawiają dużo więcej radości tym, którzy je otrzymują.

Wychowałam się w domu, który stoi pod lasem. Gdy zbliżało się Boże Narodzenie, nie chodziliśmy na targ, tylko wybieraliśmy odpowiednie drzewko rosnące nieopodal. Mieliśmy też choinkę w ogrodzie. Teraz chodzą po nią chłopaki - mój mąż z synem i - czasami - dziadkiem. To taki świąteczny męski rytuał. Ubieranie choinki ma sprawiać radość dzieciom, więc to one są za to odpowiedzialne. Zawsze zaczynają z dużym zapałem, ale brakuje im systematyczności. Poza tym nie dosięgają do wszystkich gałązek, bo są jeszcze za małe i mają za krótkie rączki. Efekt jest taki, że co roku musimy z mężem kończyć ich dzieło, wieszając większość ozdób.

Boże Narodzenie zaczyna się coraz wcześniej, na wystawach sklepowych choinki stoją już w połowie listopada, ale wciąż lubię to święto. Zwłaszcza od kiedy w domu są dzieci. Wyczarowujemy dla nich magiczny świat, co sprawia nam dużą frajdę, bo przy okazji przenosimy się w krainę dzieciństwa. Nasz syn uczy się grać kolędy na pianinie, zawsze jest nas dużo, bo mam liczną rodzinę. Zjeżdżamy się z całego świata, siadamy przy stole i miło spędzamy czas. W tym roku będzie nas trochę mniej, co nie znaczy mało. Wigilia odbywa się w moim domu, bo jestem najstarszą z córek. Lubię gotować, specjalizuję się w niektórych potrawach świątecznych, ale nie biorę wszystkiego na swoje barki. Wydaję moim siostrom świąteczne rozporządzenia. Daję im prawo wyboru, same mogą zdecydować, co ugotują. Każdy przynosi coś od siebie i zapełnia się świąteczny stół. Staramy się, żeby znalazły się na nim te potrawy, które powinny być na święta, ale czasami dodajemy coś nowego. Unowocześniamy wigilijny jadłospis.

Próbujemy ograniczać ilość prezentów, żeby nie dominowały świąt. W Bożym Narodzeniu chodzi o coś innego. Stawiamy na rękodzieło - staramy się robić podarki sami. Takie prezenty sprawiają dużo więcej frajdy tym, którzy je otrzymują. Trzeba się zająć tą wesołą twórczością jak najwcześniej, bo można nie zdążyć. Oczywiście nie zawsze nam się udaje, czasami wspomagamy się zakupami, ale walczymy z konsumpcjonizmem.

Zdjęcie

Agata Nizińska
/fot /ARTRAMA

Agata Nizińska: Cyrk na kółkach

W święta zamienia się w łakomczucha, śpiewa kolędy z rodziną tak donośnie, że trzęsą się ściany i musi uważać na swojego yorka. Podczas jednej z Wigilii jej ukochany pies został porwany przez ogromnego doga!

Boże Narodzenie spędzam albo w Warszawie - zazwyczaj w domu dziadków lub u siostry mojej mamy, albo w Katowicach i okolicy u rodziny taty. Niezależnie od tego, gdzie świętujemy, zawsze jest gwarno i radośnie. W Sosnowcu mamy bardzo rozśpiewane towarzystwo. Ciocia, sopranistka obdarzona niezwykle mocnym głosem, gra na pianinie i wszyscy śpiewamy kolędy, naturalnie na glosy. Gdy zbierze się mój ukochany kwartet wokalny, czyli tata, wujek oraz dwóch braci ciotecznych, którzy absolutnie nie ustępują cioci pod względem mocy głosu, trzęsą się ściany! Śmiejemy się, że do niedawna nikt w rodzinie nie wiedział, że śpiewam, bo przez lata nie mogłam się przebić. Wierzcie mi, starałam się, ale nie dawałam rady. Cztery barytony i sopran to poprzeczka nie do przeskoczenia. Może podczas tych rozpaczliwych prób wykształcił się mój głos - dość mocny w stosunku do postury?

Równie wesoło jest podczas świąt, które spędzamy w Warszawie, zwłaszcza gdy zasiadamy do wieczerzy wigilijnej u siostry mojej mamy. Kiedyś mieszkała w dużym domu pod Warszawą, gdzie schronienie znajdowało wiele zwierząt, także dość egzotycznych. Przez jakiś czas miała małego aligatora, którego kąpała w zlewie metalową rękawiczką. To był hit! Potem trochę urósł i okazało się, że trzeba go oddać. Wigilia w domu cioci przypomina przysłowiowy cyrk na kółkach - wokół choinki biega masa podekscytowanych i krzyczących dzieci oraz psów, kotów i świnek morskich. Za którymś razem podczas rozpakowywania prezentów atmosfera udzieliła się ogromnemu dogowi. Wszyscy z wypiekami na twarzach rozpakowywali podarki, latały papiery, kokardy, a on też chciał coś dostać. Ostatecznie wybrał mojego yorka, którego wziął do pyska i niespiesznie się oddalił. Zabrał go do stajni, gdzie miał swoją siedzibę. Być może chciał z nim porozmawiać, bo ponoć w wigilijny wieczór zwierzęta mówią ludzkim głosem. Historia skończyła się dobrze - mój pies był w szoku, ale nic mu się nie stało.

Pierwszy i drugi dzień świąt poświęcam z reguły partnerowi lub swoim przyjaciołom. Odwiedzam inne domy, składam życzenia i... jem. Na chwilę zamieniam się w małego łakomczucha. Ale co zrobić, to taki czas, trzeba spróbować wszystkich potraw.



 










Artykuł pochodzi z kategorii: Seriale

Reklama