Reklama

20 lat programu "Familiada"

Poniedziałek, 22 września 2014 (08:51)

Panie Karolu, we wrześniu tego roku minie 20 lat, od kiedy na antenie telewizyjnej Dwójki wystartowała „Familiada”. Czy planowane są jubileuszowe obchody?

– Jest pomysł na specjalny odcinek z tej okazji, prawdopodobnie z udziałem lubianych sportowców, jako że nasz program opiera się również na elemencie rywalizacji. Ale poza tym nie przewidujemy jakiejś szczególnej fety, fanfar, blasku fleszy. Naszą zasadą, od samego początku, są przecież umiar oraz powściągliwość. I tego się konsekwentnie trzymamy.

Jak widać z dobrym skutkiem, bo różne widowiska pojawiają się i znikają, a „Familiada” trwa…

– Myślę, że to poniekąd siła przyzwyczajenia, byliśmy prekursorami w tych czasach, kiedy polska telewizja nie przeżywała jeszcze takiego wysypu przeróżnych „szołów” i programów rozrywkowych, jak dziś.

Z miejsca wprowadziłem zasadę mówienia sobie po imieniu, co wówczas nie było jeszcze zbyt popularne, a nam w studiu dawało poczucie bliskości, familijności właśnie i mam nadzieję, że tak pozostało.

W przeciwieństwie do innych tego typu widowisk, nie próbujemy udowodnić światu, że jesteśmy genialni. Nie ma u nas lukrowanych, wystylizowanych „do bólu” postaci, wszystko jest proste, a ludzie zwyczajni – tacy sami po obu stronach telewizora. Może dlatego widzowie się tak łatwo utożsamiają z uczestnikami?

I darzą sympatią prowadzącego.

– Miło słyszeć (śmiech). Staram się, jak mogę i chciałbym w tym miejscu pokreślić, że nie trzymamy się nigdy jakiegoś konkretnego scenariusza, a mnie, jako gospodarzowi, nikt nic nie narzuca. Nie mam w uszach słuchawek, przed oczami promptera z tekstem, sam odpowiadam za to, co mówię na planie i w tym sensie czuję się współautorem programu, a nie jego odtwórcą.

Wykorzystuje Pan przy tym zdolności aktorskie?

– Wręcz przeciwnie! To największy grzech popełniany przez aktorów, którzy biorą się za prowadzenie tego typu widowisk, że próbują „zagrać” kogoś, kim nie są. W tej sytuacji liczy się przede wszystkim naturalność, spontaniczność, refleks i poczucie humoru.

No właśnie – Pańskie słynne już żarty, którymi rozpoczyna Pan każdy odcinek, zdążyły wejść do powszechnego obiegu…

– I owszem, zdarza się nawet, że internauci, w ramach naszego konkursu na anegdotę do programu, przysyłają żarty, zasłyszane niegdyś u nas. Docierają do mnie również żarty z moich żartów, zwane przez niektórych „sucharami”. Bywa, że się z nich sam śmieję, o ile są na poziomie.

Chciałbym się tu pochwalić, że na tegorocznym Festiwalu Dobrego Humoru w Gdańsku „Familiada” zdobyła 1. miejsce, co stanowi miłą nagrodę i zaszczyt po latach pracy. Znamienne jest to, że wyboru dokonali głównie ludzie młodzi, jako że głosowanie było internetowe, a to oni właśnie stanowią przeważającą część użytkowników komputera.

Pan także chętnie z niego korzysta.

– Bo ja jestem młody (śmiech)! A mówiąc poważnie, lubię gadżety, wszelki nowinki, więc w porę „wszedłem” w obszar komputerowy i myślę, że poruszam się w nim lepiej niż niejeden przeciętny użytkownik przeglądarek internetowych oraz edytora tekstu.

W ogóle mam taki zmysł techniczny (nie bez kozery studiowałem na politechnice!) i potrafię zrobić użytek z dobrych narzędzi oraz własnych rąk. W prowadzeniu programu rozrywkowego to się raczej nie przydaje, ale w życiu bardzo.

Poza „Familiadą” działa Pan też z powodzeniem na innych frontach.

– Na wielu. Od paru sezonów gram w serialu „Pierwsza miłość” i jest to spora rola, występuję w teatrach, z którymi jeżdżę po całej Polsce, biorę udział w różnego typu przedsięwzięciach, m.in. sprawuję funkcję przewodniczącego jury Festiwalu Filmów Lotniczych, którego kolejna edycja odbędzie się w październiku. Jest to bardzo ciekawa inicjatywa, która łączy sztukę ze sportem i podróżami.

Czyli to, co Pan lubi najbardziej.

– Zdecydowanie. Zarówno praca zawodowa, jak i liczne dyscypliny sportu, które uprawiam, wiążą się ze zmianą miejsc, w zależności od pory roku i okoliczności. Odpowiada mi taki styl życia.

Lato to czas, który zazwyczaj spędzał Pan w Chorwacji, u boku ukochanej żony i nieodłącznej towarzyszki podróży, Ireny. Odeszła pod koniec ubiegłego roku…

– …a życie musi toczyć się dalej. Minęło sporo czasu, nim sobie to jakoś poukładałem. Doszedłem do wniosku, że nie powinienem rezygnować z tej formy wypoczynku i miejsca, które znaczyło dla nas tak wiele. Dlatego wybieram się tam i będzie to rodzaj sentymentalnej podróży, połączonej, jak dotąd, z pływaniem na windsurfingu, kąpielami w ciepłym morzu i plażą. To wszystko pozwala człowiekowi walczyć ze stresem i zachowywać dobrą formę, a jestem przekonany, że tego właśnie by dla nas chcieli bliscy – ci, których z nami już nie ma.

Rozm. JOLANTA MAJEWSKA

Artykuł pochodzi z kategorii: Gwiazdy

Tele Tydzień

Reklama